Stałe bywalczynie znają historie mojego romansu... (on ma żonę... kochanka i co dalej?) a więc muszę się pochwalic bądź nie ale odeszłam... nic sie w sumie takiego nie wydarzyło... poprostu wziełam sobie do serca słowa jednej z Was...
"każda kobieta zasługuje na to żeby byc czyjąś księżniczką 24 godziny na dobe, 7 dni w tygodniu, 365 dni w roku a nie tylko kilka godzin w tygodniu"
zaczełam się zastanawiać co będzie jak sie w nim zakocham bo byłam tylko w fazie zauroczenia.... a już zaczeło mnie draznic, że nie mogłam się z nim spotkac wtedy kiedy chciałam, zadzwonic gdy było mi smutno wieczorem, w niedzielne popołudnie iść z nim na spacer, pojechac na zakupy.. przyszły by Świeta i co? Nie moglibyśmy ubrac razem choinki, spędzic tych dni razem... w Sylwestra nie witalibysmy razem Nowego Roku.. więc po co to wszystko? Dla tych chwil....? o tak było miło ale chyba wystarczy.... nie zapomne ich nigdy. Teraz jak o nich mysle to albo pojawia sie usmiech albo płynie maleńka łza... trudno.. "ciesz się, że było nie płacz że mineło" jak to się mówi...
Myslę o nim co jakis czas ale to z czasem minie... mama taka nadzieje... czas leczy rany tak sie chyba mówi nie?;) zobaczymy...