U mnie żadnych reguł, czasami kilka miesięcy w ogóle nie piję, czasami piję codziennie czy co drugi dzień, zależy od ochoty i jak się składa. Lubię pić w towarzystwie, ale nie mam problemu, żeby nalać sobie szklaneczkę do filmu czy książki.
Też uważam, że problem zaczyna się, kiedy sobie dnia bez drinka nie wyobrażamy. Mam kumpla, dobroci facet, upija się raz na ileś lat i to jak go kumple z pracy szantażem w wódkę wrobią (do której ma bardzo słabą głowę). Ale dzień bez piwa, a dokładniej paru, nie istnieje. Nie było problemu, póki nie przyszedł gorszy okres, wydatki, i żona poprosiła go, żeby z piwa zrezygnował na jakiś czas. I się okazało to niemożliwe, wolał chomikować część wypłaty (która była potrzebna "na dom") zmuszając tym samym żonę do pożyczki niż zrezygnować z tych kilku piw. To też alkoholizm.
Z kolei inny przypadek - dziewczyna miała ostro imprezującego (czyt. pijącego) faceta, co weekend wódka lała się strumieniami, ona piła razem z nim, często gęsto do upadłego. Ale rozstała się z facetem, skończyły się alkoholowe weekendy i skończyło się jej picie. Zero problemu. Może się napić, może nie, w ogóle jej do alkoholu nie ciągnie. Innymi słowy, zero problemu. (Ale już ten facet jak dla mnie problem ma, bo dla niego w głowie relaks=wódka, impreza=dużo osób pijących wódkę, wakacje=wódka w plenerze, urlop=wódka etc)
Ach, no i moja niemiecka rodzina - na zachodzie w ogóle jest całkiem inna kultura picia. U nas się pije od okazji do okazji za to dużo, u nich codziennie, do obiadu, dla smaku, ale mało kto się tam upija. Nie pamiętam u nich obiadu bez wina, a mimo to nikt nie jest alkoholikiem. Może to kwestia mentalności i podejścia do alkoholu...