Jak bardzo brakowało mi w dzieciństwie prawdziwego ciepła, opieki i kontaktu z rodzicami - zwłaszcza z matką, uświadomiłam sobie dopiero niedawno. Dlaczego?
Rok temu urodziłam śliczne dziecko. Jest zdrowe, rozwija się prawidłowo, jest śliczne.
Niemniej jednak ja cierpię. Cierpię, ponieważ odkrywam co dzień od nowa, że nie potrafię być dobrą matką. Wiadomo, że idealnych matek nie ma ale nie o to chodzi.
o tym problemie napisze na końcu mojego posta.
A teraz - do korzeni.
Pochodzę z rodziny rozbitej. Ojciec zostawił matkę, kiedy miałam pół roku. Wychowywałam się w rodzinie składającej się z mamy, wuja, starszej siostry i dziadków (rodziców mamy).
Ponieważ mama pracowała po całych dniach, zajmowała się mną babcia i początkowo też dziadek.
Z tamtych lat pamiętam wieczne niepokoje i depresje mamy oraz złorzeczenie babci na ojca, że ten "gestapowiec", jak go określiła babcia, zostawił moją matkę na pastwę losu z dwójką ślicznych dziewczynek. Mama przez całe lata sądziła się z nim o alimenty.
Ojca nie znałam aż do 11 r.ż. kiedy to przyjechał bez zapowiedzi z "zzagranicy" i odwiedził mnie w mojej szkole (!!!).
Możecie sobie to wyobrazić. Nagle, w środku lekcji przychodzi pan dyrektor i mówi do mnie, że zabiera mnie na "wycieczkę".
Nie wiedziałam co jest grane. Okazało się, że w gabinecie siedzi mój ojciec. Rozpoznałam go natychmiast (ze zdjęć). I przeżyłam wielką trwogę, bo on chciał mnie zabrać do kawiarni na lody.
Nie pojechałam z nim. Czułam, że on jest "zły". Później rodzice i pani pedagog pochwalili mnie za tą decyzję.
Niemniej jednak w końcu razem z pełnoletnią już wówczas siostrą pojechałyśmy z ojcem do restauracji.
Było sztucznie. Nigdy nie czułam, żeby on mnie kochał, żebym w ogóle cokolwiek dla niegp znaczyła.
Warto dodać, że podczas tych 11 lat mojego życia on prawie nigdy nie pisał listów, nie próbował się ze mną zobaczyć.
Dla mnie słowo "Tato" było i jest wyrazem obcym. Nie wiem co ono oznacza.
Jedyną osobą, którą szczerze kochałam, lub może raczej, która szczerze kochała mnie, był mój dziadek.
On zabierał mnie ze sobą sadzić cebulę w ogrodzie, opowiadał wiersze, których uczyłam się na pamięć, on miał dla mnie zawsze czas, nawet kiedy był zmęczony.
To była jedyna osoba w domu rodzinnym, z którą miałam psychiczny kontakt.
Niestety dziadzio zmarł, kiedy miałam niecałe 4 lata :-(((
Babcia nie była złą kobietą. (a kto jest zły tak do końca?).
Żyła jednak nienawiścią do mojego ojca i potrafiła godzinami złorzeczyć na niego.
Ponadto, w przeciwieństwie do dziadka nie była zbyt wykształcona i nie umiała opowiadać mi bajek, czy w ogóle zainteresować się mną, jako osobą. Babcia gotowała. Pilnowała mnie, kiedy mamy nie było w domu.
Moja mama natomiast od lat wczesnej młodości była bardzo nerwowa. Już w wieku 16 lat brała środki uspokajające, ponieważ w tamtym czasie (jak zwykle) były w naszym domu "jazdy" - tzn nieustające kłótnie brata mamy z rodzicami na temat "majątku".
Mama poznała ojca kiedy miała 18 lat. Ojciec był o wiele starszy od niej. To był człowiek gałtowny i pyskaty. Nigdy nie bił mamy ani siostry ale ogólnie stosował "twardą szkołę" wychowania. np. kiedy moja siostra była "arogancka" czytaj: miała swoje zdanie na jakiś temat, to on ją karał, za niewyparzony pysk. Karą było klęczenie w kącie z podniesionymi w górę rękoma, albo bieganie po schodach góra-dół do odwołania.
Na szczęście nie doświadczyłam "jego opieki", bo jak już wspomniałam wyprowadził się gdy miałam pół roku.
Mamę moją bardzo kochałam. Ale ona nigdy w zasadzie nie miała dla mnie czasu. Nie dziwię jej się teraz. to nie jej wina. Kiedy wracała z pracy, sprzątała w domu, rąbała drzewo na opał, malowała, etc.
Robiła wszystko bo dziadek już nie żyła a babcia była słabego zdrowia.
W domu "stacjonował" jeszcze brat matki - chłop na schwał ale od niego nie szło niczego wyegzekwować. Pracował ale nie dokładał się do budżetu domowego. Był pyskaty a w razie czego potrafił postraszyć biciem.
Wszystko to pewnie sprawiło, że moja matka zawsze była nerwowa, depresyjna i rozchwiana emocjonalnie.
Nie potrafiła ze mną po prostu być.
Nie pisałabym o tym gdyby nie fakt, że wszystko to niestety odbija się na mnie do dziś.
odkąd jestem mamą, zauważam, że nie umiem się przy dziecku "wyluyzować".
Stale się spinam i staram.
Kiedy urodziłam to pierwsza myślą było "czy on mnie polubi" - dacie wiarę???
Dosłownie bałam się własnego dziecka. Tak jest do dziś. Potrafię się nim sprawnie zająć (jak się zajmowano mną). Potrafię go zabawić i rozśmieszyć (rola błazna zawsze zapewniała mi minimum akceptacji i poczucia bezpieczeństwa zarówno w szkole, jak i w domu).
Ale najtrudniej mi po prostu być z nim. Wtedy się staję nerwowa. Ja nie wiem, co znaczy proste bycie razem. Często płaczę. Dziecko to czuje i również jest przy mnie niespokojne.
Tłumaczę sobie, że nie jest źle ale czuję, że mam w sobie bezmiar pustki i nie mam czym podzielić się z dzieckiem.
Obserwuję teraz dokładnie swoją matkę. Kiedy mi czasem pomaga przy dziecku widzę jej nieobecną twarz. Jej reakcje są mechaniczne, często nerwowe. Patrzę na to i widzę siebie.
To cholernie boli.
NIe zamierzam się poddać. Mam już namiary na terapeutkę rodzinną.
Niestety takie terapie kosztuję.
Nie tracę wiary chociaż niemal codzień płaczę.
Od czasu gdy się dziecko urodziło, może raz jeden czułam, że mam z nim więź. Może kilka razy patrzył na mnie z zaufaniem, kiedy miałam go w rękach. Przeważnie jednak odwraca wzrok i staje się nieobecny. Jak ja. Jak matka. Jak moja rodzina.