Witam,
Potrzebuję chyba podzielić się z Wami moją historią. Uwypukli ona pewnie moją głupotę i wątpliwą moralność, zdaję sobie z tego sprawę. Wiem też, że wiele z Was przeżyło zdradę mężów i rozumiem, że z niechęcią możecie czytać o moich troskach. Ale potrzebuję chyba pewnego podsumowania, dopięcia tej historii do końca.
Mam 25 lat i do niedawna o kilkanaście lat starszego kochanka. Historia klasyczna, wręcz banalna- poznaliśmy się gdy odbywałam praktyki w firmie, w której M. pełnił wysokie stanowisko. Byłam wtedy w trakcie kończenia kilkuletniego związku, w którym to ja okazałam się stroną mniej kochającą... Może się więc wydawać, że byłam łatwym łupem dla starszego faceta. I oczywiście jest w tym dużo racji. Mimo wszystko, widząc zainteresowanie ze strony M. udawałam przed nim, że w związku jestem nadal. A M. spodobał mi się od razu. Spodobał? Mało powiedziane! Poczułam chemię jakiej nie czułam dotąd, poza tym M. jest niezwykle atrakcyjnym mężczyzną. Miesiącami starałam się nie okazywać mu żadnego zainteresowania, co nie było łatwe. Nie chciałam jednak wchodzić w relację z żonatym mężczyzną, wiedziałam, że tego typu znajomości zawsze dla kogoś kończą się fatalnie. To on zdobył mój numer, to on zaczął do mnie wypisywać, dzwonić... Wierzcie mi, ze swojej strony przez długi czas nie zrobiłam nic! Ale okazało się, że nie jestem konsekwentnym człowiekiem... Po odbyciu praktyk, miałam nadzieję, że nasz kontakt się urwie (chociaż prawda jest taka, że nigdy nie zasugerowałam mu, że kontaktu mieć z nim nie chcę, więc, tak szczerze mówiąc, musiałam podświadomie mieć jakąś nadzieję na kontynuowanie znajomości).
Nic się nie zmieniło- dzwonił, pisał. Zaczęliśmy umawiać się na kawę. Bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Z jednej strony rozmawialiśmy jak dobrzy przyjaciele, z drugiej- nie dało się nie dostrzegać tego co się dzieje między nami... To co mówił, robił stawało się coraz bardziej sugestywne. Ale uwielbiałam przebywać z nim do tego stopnia, że rzuciłam w kąt moje dawne postanowienie. Nigdy z nikim nie rozmawiało mi się w taki sposób, nikt nie potrafił mnie rozbawić tak jak on, nikt nie miał tak ciekawego spojrzenia na świat... No i pewnego wieczoru stało się, poszliśmy ze sobą do łóżka. I tkwiłam w tym prawie dwa lata. Nie jestem z tego dumna. Chcę jedynie obalić pewne stereotypy, które niejednokrotnie rzucają mi się w oczy. Po pierwsze, nie miałam nigdy nadziei, że zostawi żonę, a i on nie kłamał na temat swojego małżeństwa, jak większość zdradzających mężczyzn (obyło się więc bez zapewnień typu: "jestem nieszczęśliwy", "nie uprawiam z żoną seksu" itp, itd). Po drugie, nie miałam z tej relacji żadnych korzyści materialnych (powiem więcej: nawet na jego propozycje wyjazdów reagowałam niechętnie i ostatecznie nigdy z nim nie wyjeżdżałam). Po trzecie wreszcie, w pewnym sensie nie byłam "zabaweczką do seksu"- bo do łóżka chodziliśmy naprawdę rzadko, najczęściej spotykaliśmy się po to, by po prostu spędzić ze sobą czas. Powinnam powiedzieć o rzeczy dla mnie najważniejszej- zakochałam się w nim i kocham go nadal. Nie spodziewałam się, że jestem w stanie żywić do kogoś tak intensywne uczucia, a szczególnie do kogoś, kto swoim zachowaniem pokazuje, że jest niewiele wart.
A skoro już o tym mowa, to jego obecna żona jest młodsza od niego o kilka lat. Pierwszą zostawił właśnie dla niej. I z jedną, i z drugą ma córki. Dla większości osób taki człowiek byłby od razu skreślony, wiem. Dla mnie (dawniej) też. Do tej pory nie rozumiem dlaczego mogłam aż tak się w nim zakochać! Przez tę relację przechodziłam stany depresyjne, bywały dni, w trakcie których przeżywałam wszystkie negatywne emocje, jakie tylko można czuć. I właśnie w takie dni postanawiałam uciąć to na zawsze. Jednak potem odzywał się on i wszystkie moje założenia rozsypywały się... Zdaję sobie sprawę z tego, że trafiłam na jeden z najgorszych typów mężczyzny- mężczyzny, który jest tak czarujący (a przy tym bezczelny), że owija ludzi wokół palca.
Na koniec dodam jeszcze, że nigdy nie okazałam mu uczuć, nie ja podtrzymywałam kontakt; udawałam, ze traktuję go jak formę rozrywki. A w środku umierałam. Z czasem oczywiście zauważyłam, że traktuje mnie (albo udaje że tak jest) coraz poważniej. Próbował rozmawiać o nas, jednak zawsze ucinałam te rozmowy. Bałam się, że zupełnie stracę dla niego głowę. Aż w końcu udało się- skończyłam to. Było mi bardzo ciężko, teraz wcale nie jest lepiej. Strasznie za nim tęsknię. Ale wiem, że postąpiłam słusznie, szkoda że tak późno...
Historia jego małżeństw pokazuje jedno- nie warto "odbijać" męża drugiej kobiecie... Bo potem odwrócić się to może przeciwko nam (jak w przypadku jego drugiej żony). Z jednego jestem zadowolona (o ile mogę w ogóle tak to nazwać...): nie próbowałam odebrać go żonie. Starałam się czasem nawet za niego, żeby zapewnić dyskrecję. I przyrzekam, cała ta znajomość nawet przez chwilę nie była dla mnie zwykłą zabawą, aż tak perfidna nie jestem....
Eh, musiałam się trochę wyżalić. Teraz zaczynam nowy etap w życiu, do którego nie zamierzam już wpuszczać takich ludzi jak on.
Pozdrawiam,
E.
Zabrakło puenty: w jakim celu obnażyłaś się ze swojej porażki i słabości przed osobami, które mają na takie jak Ty alergię?
Po rozgrzeszenie to do konfesjonału, tam również mogłabyś się wygadać, a jeśli lubisz być biczowana, to są amatorzy takich zabaw na innych forach.
Ja napiszę tylko tyle... "lepiej późno niż wcale".
Ważne, że wyciągnęłaś z tego jakieś wnioski na przyszłość.
4 2014-05-18 21:32:31 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2014-05-18 21:48:54)
Najlepiej jest zwalić 100% winy an kochankę tak wygodniej szczególnie jak mąż ma kupę mamony i daje ostre wulgaryzm.
A w środku umierałam.
E.
Zastanów się, dlaczego miłość czy związek postrzegasz przez cierpienie. Bo to jest Twoim problemem, całą resztę pomijam bo nie ma czego roztrząsać.