Wiem, podobnych wątków do tego tutaj jest co niemiara, jednak każda historia jest trochę inna i chciałabym tu nakreślić pokrótce swoją.
Jestem ze swoim chłopakiem 1.5 roku, broniłam się przed tym związkiem,chciałam tylko pozostać z nim na dobrej stopie koleżeńskiej. Ale po kilku miesiącach intensywnego zabiegania o mnie - stało się. Na początku miałam luźne podejście do tego, ale z czasem zakochałam się, pokochałam, bardzo się zaangażowałam.
Przeżyliśmy razem dużo dobrych jak i złych chwil. Zawsze starałam się go wspierać, on mnie też. Poświęcał mi dużo uwagi, dawał ogrom ciepła, czułości ... to było niesamowite. Jednak po pięknych początkach pojawiły się kłótnie, zazwyczaj o błahostki, ale dla mnie to nic wielkiego. Jestem trochę nazbyt emocjonalna, za bardzo przeżywam i biorę do siebie, ale w razie konfliktu zawsze uważałam, że problem trzeba dobrze obgadać i jakoś się dojdzie do porozumienia.Dodam, że on ma trudny charakter i jest osobą zamkniętą w sobie, nie rozmawia o uczuciach i swoich wewnętrznych rozterkach, rzadko otwierał się ze swoimi problemami ... Często było tak, że w kłótniach o błahostki wracał do rzeczy i sytuacji, które miały miejsce X czasu temu, bo przez ten okres wszystko się w nim kumulowało i on w pewnym momencie wybuchał. Pomimo moich próśb o rozwiązywanie problemów na bieżąco, niestety sytuacje "przemilczania " się powtarzały.
Byłam w nim bardzo zakochana,on we mnie też.Przez pierwszy rok był to związek na odległość, naszym celem było przeniesienie go na płaszczyznę normalnych spotkań, gdzie dziesiątki kilometrów nie ograniczałyby nas.Kiedy się to udało, po paru miesiącach posiadania siebie obok - wszystko się sypie.
Mamy te same cele życiowe, jednak inne sposoby dążenia do nich. Oboje uważaliśmy, że charakterami dobraliśmy się dobrze. Nie mamy wspólnych znajomych czy wspólnych zajawek, które by nas łączyły - to okazało się być problemem nr 1.
Pomimo jego wad, które mogłabym wymieniać dosyć długo, akceptuję go takim bo uważam, że pewne rzeczy można zmienić, gdy się chce.
Problem polega na tym, że on już nie chce... Od miesiąca przeżywamy kryzys,który jest chyba punktem kulminacyjnym wszystkich naszych najgorszych momentów. Właściwie to mieliśmy zerwać, ale chyba oboje nie potrafimy. Doszliśmy do niejakiego porozumienia,daliśmy sobie ostatnią szansę, ale on zachowuje się tak,jakby jej nie chciał (lecz mimo wszystko tkwi w tym nadal). Jest zimny, oschły, unika kontaktu wzrokowego i fizycznego, nie odzywa się całymi dniami...kiedy mówię mu o tym,on tylko przeprasza. Mówi, że to już nie jest to.Czy mnie nie kocha ? To nie jest tak, że mnie już nie kocha, to skomplikowane - odpowiada.
Nie wiem jak to wszystko przełknąć. Wiadomo, że nic na siłę się nie da zrobić. Obecnie jest on najbliższą mi osobą.Nie tylko partnerem ale i przyjacielem. Moje uczucia również nie są takie gorące jak wcześniej, ale wydaje mi się, że go kocham. Choć z drugiej strony jestem bardzo do niego przywiązana i to może tylko to? Nie potrafię dać się temu zakończyć. Dlaczego ? Głowię się nad sposobem ratowania związku, ale nie wiem co ja sama ze swoimi chęciami mogę zrobić, a jeśli już to ile by to jeszcze wytrzymało...Wizja pięknej przyszłości z nim u swego boku pękła jak bańka mydlana.Zawsze podchodziłam z dystansem do takich rzeczy, tak przynajmniej mi się wydawało, bo teraz to ciężko odchorowuje, mam huśtawki emocjonalne, płaczę, nie mogę sobie znaleźć miejsca. Nie potrafię się wziąć w garść i rozczulam się nad przeszłością i obwiniam siebie za wszystko.
Wiem, że to tylko 1.5 letni związek,a nie 10 lat staż. Jednak cały ten czas wypełnialiśmy sobie do maksimum i nie wiem, jak teraz może być inaczej.
Dziękuję za wysłuchanie,pozdrawiam serdecznie .