Od kilku dni śledzę podobne wątki, gdyż jestem w nieprzyjemnej sytuacji i ciężko mi sobie z tym poradzić. Mieszkam z chłopakiem od 3 lat, jesteśmy razem 7 lat (ja mam 25 lat on 27). Na początku życie intymne było (przynajmniej w mojej opinii) zadowalające, ale później zaczęło coś się psuć. Nie dochodziło do stosunków, a jeżeli już, to tylko pieszczoty. Potem nastąpiły coraz częstsze przerwy - najdłuższa wynosiła 8 miesięcy...
Rozmawiałam z nim na ten temat, miało zmienić się coś, jak razem zamieszkamy. Nie zmieniło się. Seks był, ale bardzo sporadyczny - jak raz w miesiącu, to był sukces (mam dość duży temperament i mogłabym spokojnie kilka razy w tygodniu). Pod względem seksualnym jestem dość otwarta, on niekoniecznie, ale przy mnie zaczął się otwierać -a przynajmniej tak myślałam. Wiele razy pytałam się Go, czy się zaspokaja sam, bo ja muszę, skoro on ze mną nie chce. Mówił, że nie. W sobotę odkryłam, że masturbuje się oglądając zdjęcia innych kobiet - zabolało strasznie. Jeszcze bardziej fakt, że chciał ze mnie zrobić wariatkę i udawał, że nie zna danych stron... Dopiero kiedy powiedziałam mu, że wiem, że to robił danej nocy, przyznał się. Okazało się, że za każdym razem pod tym względem okłamywał mnie. Czuję się skrzywdzona i zdradzona podwójnie. Prawdę mówiąc nie przypuszczałam, że tak bardzo mnie to zaboli - tym bardziej, że masturbacja jest dla mnie czymś normalnym. Jednak to mnie zniszczyło, ta wiedza nie daje mi spokoju. Mimo, że on mi obiecał, że więcej tego nie zrobi (powiedziałam, że nie musi obiecać - z resztą już złamał tą obietnicę wcześniej, jednak on powiedział, że nie chce mnie więcej tak ranić) nie potrafię mu uwierzyć, nie potrafię zapomnieć i ciągle widzę przed oczami, jak on oglądając za przeproszeniem gołe dupy masturbuje się, gdy ja tak bardzo zabiegałam o zbliżenia między nami...
Postanowiłam dać temu związkowi ostatnią szansę - staramy się oboje, gdyż wiem, że ja też święta nie byłam. Narastająca we mnie frustracja i złość z braku seksu powodowały, że byłam bardzo często dla niego nieprzyjemna. On wie, że jeśli tym razem się nie uda, to rozstaniemy się (tzn. mam nadzieję, że wie, iż mówię poważnie).
W związku z tym mam pytanie, czy są osoby na forum, które miały podobnie? Czy jest jakiś sposób na poradzenie sobie z tym? A konkretniej, z tymi myślami, wyobraźnią i brakiem zaufania? Mam tak wielki mętlik w głowie, czuję się tak zraniona, że rozmowa z najlepszą przyjaciółką nawet nie pomaga, gdyż nie czuję do końca się zrozumiana. Może to dlatego, że trwało to aż tak długo...
Mam nadzieję, że ktoś moje wywody przeczyta i podyskutuje ze mną na ten temat. Może to okaże się pomocne. Pozdrawiam.