Witam, bardzo chcialabym poznać opinię osób postronnych. Czuję, że nie jestem obiektywna...I pewnie to normalne, skoro kocham Go a w dodatku przeżywam wciąż to co się dzialo.
Poznaliśmy się jeszcze w liceum. Nasz związek trwa już prawie sześć lat. Jakieś cztery lata temu mial pierwszą wpadkę. Odwiedzal daleką rodzinę i upil się z daleką kuzynką, po czym uprawiali seks. Wyznal mi to, twierdzil, że byl tak pijany, że nie wiedzial co się dzieje. Uwierzylam, przebaczylam, praktycznie zapomnialam i zaufalam. I wcześniej, i po tym wydarzeniu czulam się przy nim bezpiecznie, dobrze, sprawial, że czulam się kobieca i kochana. Wiadomo, z czasem nie szaleliśmy już tak jak to bywa u zakochanych, ale oboje mieliśmy poczucie, że zakochujemy się w sobie od nowa co jakiś czas i bylo nam dobrze. Kochaliśmy się, w lóżku bylo nam przyjemnie, fajnie spędzaliśmy czas na różne sposoby i snuliśmy plany na przyszlość. Oboje studiujemy, dwa lata temu pojechal na stypendium zagraniczne. Zaufalam, że wszystko będzie ok, odwiedzalam go i spędzalam tam wakacje. Cieszylam się, że mam tak wspanialego mężczyznę, któremu mogę zaufać, nawet jeśli dzieli nas odleglość. Rozląka nie byla latwa, ale wyglądalo na to, że nasz związek ją przetrwal szczęśliwie. A jednak...już wtedy wyczuwalam, że coś jest nie tak- kochaliśmy się, ale częściej z mojej inicjatywy, mijaliśmy się pomimo mieszkania w jednym pokoju. Moglo to być spowodowane pracą, ale i tak... Zabraklo romantycznych rzeczy, najpierw z jego strony, a potem i ja przestalam nalegać widząc, że On nie potrzebuje tego go tak jak ja. Pomyślam jednak, że każdy związek ma taki spokojniejszy, mniej gorący czas. Wrócil do Polski, do mnie i to się liczylo. Pochlonęly nas studia, praca. Nie mieszkamy razem ale mimo to staraliśmy się widywać jak najczęściej, kilka razy w tygodniu. Marzylam o zaręczynach, ślubie- choć ustaliliśmy, że zaczniemy wspólne życie dopiero, gdy choć jedno z nas skonczy studia i znajdzie pracę na pelny etat.
Mój świat runąl parę dni temu. To byl ciężki rok, pisal pracę magisterską, mial klopoty ze znalezieniem satysfakcjonującej pracy i sądzilam, że dlatego jest oddalony, zamknięty w sobie. Nie moglam zrozumieć jednak tego, czemu nie chce się ze mną kochać, z początku bylo to uprawiedliwione moimi klopotami zdrowotnymi, a później jego chorobą. Jednak parę miesięcy temu bylo już to możliwe, a on nic. Czulam się brzydka, nieatrakcyjna, zaczepialam go i zero efektu. Uspokajal mnie, że to chwilowe, że to przez klopoty z pracą itd. Uwierzylam choć nie moglam się z tym pogodzić. Coraz częściej puszczaly mi nerwy. W końcu w wyniku kilku nieprzyjemnych klótni (doszla perspektywa jego wyjazdu do innego miasta na rok w związku z pracą i kontynuacją studiów), wyznal mi, że prowadzi podwójne życie. Za pierwszym razem wyznal, że za granicą zdarzylo mu się parę razy zdradzić mnie fizycznie z kilkoma przypadkowymi dziewczynami. Drugiego dnia przyszedl chcąc zostawić mnie "aby mnie dalej nie krzywdzić" i wyciągnęlam z niego, że od czasy wydarzenia po pijanemu z kuzynką zdradzal mnie kilkanaście razy. Jako powód podaje "glupotę" i filmy pornograficzne, które oglądal jeszcze przed poznaniem mnie, uważa że uzależnil się w jakiś sposób od seksu, który utkwil mu w glowie, i choć to ze mną byl jego pierwszy raz, to odkąd raz mnie zdradzil, te zobaczone w porno obrazy wracaly do niego i sprawily, że nie panowal nad sobą. Żaluje bardzo, jest teraz strzępkiem siebie, w kólko placze, nic nie moze robić.
Najbardziej chyba zaskoczyla mnie moja reakcja. Pomimo, że oakzalo się, że wiele jego wyjazdów bylo zupelnie gdzie indziej niż mówi, pomimo, że wmawial mi, gdy bylam zazdrosna o jakieś- jak się okazalo prawdziwe- ślady, że jest mi wierny, ja widzę w nim kogoś kto ma problem z psychiką, musi koniecznie udać się do terapeuty. Nie poczulam nienawiści, nie przestalam kochać. Widzę kogoś, kto wiódl podwójne życie, ale dal mi lepszą polowę. Mówi, że kochal mnie, kocha i będzie kochal. Że nie powtórzy już tego blędu, że nie może życ ze sobą, takim jakim byl. Że nie chce mnie skazywac na niepewność. Że boi się że pomimo, że chcę przy nim zostać, w końcu zdam sobie sprawę, że jest mnie niewart. Nie rozumie, jak mogę jeszcze na niego patrzeć. A ja faktycznie chcialabym, żeby jakoś, wbrew wszystkiemu, nasz związek, w nowej, nieskażonej postaci, odrodzil się. Chcę kiedyś móc mu zaufać. Chcę poczuć, że jestem jego jedyną kobietą pod każdym względem. Zaznalam od niego wiele dobrego, pomimo wszystko.
Wiem, że postępuję nieracjonalnie. Wiem, że gdy wyjedzie, będę przeżywać niejeden raz ciężkie chwile. Boję się też, że On wycofa się pod ciężarem tego co zrobil. Wiem, że poczucie winy, świadomość, że wiem o nim najgorsze, przygniata go.
I wiem też, że mogę wydawać się wręcz nienormalna...