Hej!
Otóż wydaję mi się, że brak we mnie współczucia. Otóż, gdy ktoś zwierza mi się ze swoich problemów, ja pocieszam go, jednak właściwie tylko dlatego, że tak powinnam. Co więcej, czuję pewną radość, że ktoś mi się zwierza. Tak jakbym cieszyła się, że mają trudności.Złe wiadomości nie wywołują u mnie wielkiego wrażenia, po prostu idę dalej. Czasami to jest pewnie dobre, ale ten brak empatii trochę mnie niepokoi. Z pozytywnymi emocjami jest podobnie. Tak właściwie, czuje małą radość wewnętrzną jak komuś bliskiemu coś się powiedzie. Zachowuje się tylko tak jak powinnam, ale wewnętrznie tego nie przeżywam. Jej, trochę się zagmatwałam...Jest jakiś sposób, aby w końcu żyć razem z drugim człowiekiem, a nie tylko ze sobą? Oraz czy da się przełamać ten stoicki spokój?
Hej!
Otóż wydaję mi się, że brak we mnie współczucia. Otóż, gdy ktoś zwierza mi się ze swoich problemów, ja pocieszam go, jednak właściwie tylko dlatego, że tak powinnam. Co więcej, czuję pewną radość, że ktoś mi się zwierza. Tak jakbym cieszyła się, że mają trudności.Złe wiadomości nie wywołują u mnie wielkiego wrażenia, po prostu idę dalej. Czasami to jest pewnie dobre, ale ten brak empatii trochę mnie niepokoi. Z pozytywnymi emocjami jest podobnie. Tak właściwie, czuje małą radość wewnętrzną jak komuś bliskiemu coś się powiedzie. Zachowuje się tylko tak jak powinnam, ale wewnętrznie tego nie przeżywam. Jej, trochę się zagmatwałam...Jest jakiś sposób, aby w końcu żyć razem z drugim człowiekiem, a nie tylko ze sobą? Oraz czy da się przełamać ten stoicki spokój?
Empatia to inaczej współodczuwanie - jeśli widzisz czyjąś krzywdę to czy Cie to boli? Czy np. widząc cierpiące zwierzę - na żywo czy w telewizji miałaś silne odczucia? To trochę coś w stylu widzisz że ktoś ma krótki rękawek a pada śnieg i aż ci się robi zimno.
Co prawda nie na każdego ziała ale - typowe wyciskacze łez, filmy/książki mające wzruszać, lub szokować wywołują u Ciebie wzruszenie, ból, gniew?
Może problemy twoich przyjaciół nie wydają ci się prawdziwymi problemami - takimi jak śmierć bliskiej osoby, ciężka choroba czy zdrada bliskiej osoby.
Trudno reagować emocjonalnie jak co chwilę się słyszy rzeczy w stylu: znowu pokłóciłam się z chłopakiem, moja matka kontroluje mnie i ogranicza, trudno mi wyżyć za takie psie pieniądze, nie mogę schudnąć... W takich sytuacjach mimo, że wzruszam się na reklamach społecznych, moją jedyną reakcją wewnętrzną jest "ojejku".
Hej!
Otóż wydaję mi się, że brak we mnie współczucia. Otóż, gdy ktoś zwierza mi się ze swoich problemów, ja pocieszam go, jednak właściwie tylko dlatego, że tak powinnam. Co więcej, czuję pewną radość, że ktoś mi się zwierza. Tak jakbym cieszyła się, że mają trudności.Złe wiadomości nie wywołują u mnie wielkiego wrażenia, po prostu idę dalej. Czasami to jest pewnie dobre, ale ten brak empatii trochę mnie niepokoi. Z pozytywnymi emocjami jest podobnie. Tak właściwie, czuje małą radość wewnętrzną jak komuś bliskiemu coś się powiedzie. Zachowuje się tylko tak jak powinnam, ale wewnętrznie tego nie przeżywam. Jej, trochę się zagmatwałam...Jest jakiś sposób, aby w końcu żyć razem z drugim człowiekiem, a nie tylko ze sobą? Oraz czy da się przełamać ten stoicki spokój?
To zależy ile masz lat i co w życiu przeżyłaś - jeżeli nigdy nie przeżyłaś utraty bliskiej osoby, nigdy nie przeżyłaś wielkiego bólu fizycznego czy w jakikolwiek sposób nie cierpiałaś po prostu nie umiesz się wczuć w daną sytuacje. To nie jest nienormalne ani dziwne, tylko całkiem naturalne zachowanie.
Właściwie powinnaś się z tego cieszyć, bo to znaczy, że jak do tej pory omija cię to, co najgorsze ![]()
Widząc właśnie przykładowo cierpiące zwierzę, jestem świadoma tego okrucieństwa, ale chyba nigdy nie wywołało u mnie silnych emocji. Na filmach nie płaczę.
Jeśli chodzi o problemy to właśnie są poważne np. brat cioteczny mojej dość bliskiej koleżanki popełnił samobójstwo. Nawet gdy umarła mi ciocia na raka to spowodowało tylko to, że byłam parę dni trochę bardziej przygnębiona niż zawsze....Po prostu czuję się jak potwór bez serca....
"brat cioteczny mojej bliskiej koleżanki" o niczym nie świadczy - nie napisałaś o nim "mój kolega" ani tym bardziej "mój przyjaciel" - a TO by była tragedia dla ciebie, a nie takie coś - to może było niespodziewane i traumatyczne dla koleżanki, ale nie dla ciebie.
A śmierć cioci? Byłaś z nią związana emocjonalnie? Spotykałaś się często z nią kiedy była zdrowa? Odwiedzałaś ją kiedy chorowała? Byłaś przy niej kiedy umierała?
Czy tylko pewnego dnia dowiedziałaś się, ze umarła i uważasz, że powinnaś się rozpłakać?..
Nawet gdy umarła mi ciocia na raka to spowodowało tylko to, że byłam parę dni trochę bardziej przygnębiona niż zawsze....Po prostu czuję się jak potwór bez serca....
Ale napisałaś przecież, że byłaś przygnębiona - tylko czy z osobistej straty cioci, czy właśnie współczułaś - czy wykazywałaś empatię - wobec swojej mamy, która straciła właśnie siostrę (tudzież taty...) i byłaś przygnębiona bo jej było smutno.
Po ponownym przemyśleniu tego wszystkiego, stwierdzam, że chyba macie racje...Chyba lubię sobie stwarzać problemy...
"Kto nie doznał goryczy ni razu,
Ten nie dozna słodyczy w niebie."
Heh, coś mi się wydaje, że za bardzo sobie wzięłam do serca te słowa Mickiewicza....