Witajcie..długo się zbierałam i zastanawiałam czy pisać...ale licze na to że pomożecie mi uzyskac odpowiedz...
zacznę od tego że jestem 3 lata po ślubie...razem już 6. myślałam ze znam mojego męża..mieliśmy wzloty i upadki..ale po ślubie wszystko było raczej dobrze...przed ślubem ustaliliśmy z mężem że mieszkanie u jego rodziców jest tylko na jakiś czas..że bedziemy starać się iść na swoje...nie wiedziałam wtedy że jego ojciec jest trudnym człowiekiem..że nadużywa alkoholu i że lubi robić awantury nawet swoim dzieciom..wyszło wszystko dopiero po ślubie..zameszkaliśmy tam i tak jak napisałam wszystko było dobrze do czasu...byłam bezrobotna..pracował tylo mój mąż..z pieniędzy weselnych urządziliśmy sobie swoją kuchnie..i było ok...potem wyjechaliśmy za granice...wrociliśmy,mąż miał od razu pracę bo u swojej rodziny, ja byłam bezrobotna jakiś czas..po dwoch miesiacach od powrotu maz poklocil sie ze swoim ojcem..po czym byly ciche dni..w pewnym momencie tesc po pjaku zrobil awanture męzowi...krzyczal że to wszystko przeze mnie że ja go zmienilam że wział sobie nieroba itp...płakałam...na drugi dzien jak gdyby nigdy nic rozmawial ze mna...już miałam uraz do niego..nie minelo dlugo znow maz poklocil sie z ojcem....ja sie nie wtracalam...ale tesc znow sobie wypil i skoczyl do mnie zebym przekazala mezowi że musi pomagac itp..powiedziałam mu że to jest sprawa miedzy ojcem a synem i nie chce sie wtracac...skoczył do mnie...potraktował mnie jak psa...zadzwoniłam do meza i mu powiedziałąm ze sie pakuje...opowiedziałąm co się stało..jak przyjechał z pracy zawiózł mnie do mojej mamy...po tygodniu on tez się wprowadził razem ze mną i tak mieszkalismy pol roku..moi rodzice niesamowicie sie starali zeby moj maz czul sie dobrze...i tak było..u mnie w domu jest tak rodzinnie ...jest szacunek...zupełnie inny świat..tam czyułam się zdana sama na siebie, obco, i strasznie sie krepowałam na kazdym kroku...pozatym miałam żal...po pol rokukiedy maz pogodzil sie ze swoim ojcem zaczeli na mnie naciskac zeby wrocic tam spwrotem..powiedziałam że tesc najpierw musi przeprosic mnie i moich rodzicow za to ile wycierpieli widząc jak ich córka(czyli ja)płacze i ile nerwów zjadłam...leczyłam się tabletkami...nie mogłam tego zapomnieć...w końcu wyszło na to że tesc nie przeprosił ani mnie ani moich rodzicow..teściowa tłumaczyła że to taki typ który niegdy niogo nie przeprosił...wrociłam..ale w pamięci miałam to co zrobił..może jakby przeprosil byłoby inaczej....w każdym razie jakoś tam mieszkałam...inwestowalismy trochę...potem ja dostałąm pracę...poczułam się lepiej..nie musiałam tam tyle przebywać...miałam swoje pieniądze...ale moj mąż zaczał się zmieniać..przestał mnie szanować..zaczął strasznie przeklinać...już miałam tego dość..prosiłam płakałam..ranił mnie słowami..nie miałąm wsparcia w nim kompletnie...w końcu po sylwestrze pokłociliśmy się...3 tyg. się nie odzywaliśmy do siebie(zaznaczam że po każdej kłótni bez wzgledu na to czyja wina ja zawsze przepraszałam go)2 dni po klótni chciałam z nim porozmawiać...ale on mnie ignorował wiec dałam sobie spokoj..zawziełam się i obiecałam sobie że pierwsza kroku już nie zrobie..bo w końcu ileż można??
on tego też nie zrobił...po trzech tygodniach oznajmiłam mu że się wyprowadzam..wtedy doszło do konfrontacji...kłociliśmy się kilka godzin i nie mogliśmy dojsc do porozumienia...on zwalał winę na mnie ja na niego...choć naprawdę czułąm że z mojej strony wina jest niewielka..starałam się dla niego..prałam gotowałam sprzatałam..dbałąm żeby niczego nie zabrakło..dawałam mu niesamowicie wiele uczuć czego nei mogłam oczekiwać od niego...wyobraźcie sobie..mieszkałąm tam 3 tygodnie nie rozmawiając z nim...w obcym domu...to była katorga..w końcu powiedziałąm dość...miałąm niby tesciową za sobą...wyprowadzłam się..myślałąm że pójdzie po rozum do głowy..to nie..mia ł pretensje że się wyprowadziłam..że nie musiaąm tego robić...i dalej były kłotnie ale przez sms-y...powiedziałam mu że jak chce pogadać to się spotkajmy...on wolał jednak przez smsy...
i tak trwało to kilka tygodni..w końcu przyjechałam po resztę rzeczy...on ani nie wyszedł z pokoju żeby pogadać...treściowa poszła do niego i prosiła go żeby ze mną rozmawiał..to mi dało do myślenia..jak jest taki zawzęty to jakie ja bede miałą życie??
rozmawialismy....ale nie doszliśmy do porozumienia...
chciałam zaproponowac kompromis..iść na mieszkanie na parę miesięcy żeby nam się ułożyło..żebyśmy się dotarli...umocnili więź...on absolutnie nie chce...szkoda mu kasy...
więc wyprowadziłąm się na dobre..teraz była rozmowa....i wychodzi na to że jednak bedzie rozwód..zaproponowałam jeszcze raz wynając mieszkanie...bo jak mam tam wróić mając taki żal do nich..i wiedząc że znow bede tam źle się czuła??
nie wiem co mam myśleć..poradźcie coś
moja rodzina mówi że nie dorósł do małżeństwa, że jest egoistą i nigdy się nie zmieni...
ja go kocham..ale czy aby na pewno to jest najważniejsze??
jeszcze chciałam dodać że jak wyprowadziłam się na dobre...liczyłam na to że zmini zdanie, że zechce zamieszkać osobno...spotkaliśmy sie raz..przeprosił..mowił że zmieni sie , że bedzie sie starał..powiedziałąm mu ze nie podejmuje teraz zadnej decyzji ze nie ufam mu, ze musi moich rodzicow przeprosic....za dwa dni pojechalismy powiedzmy na randke...czułam się dziwnie...obco...miałam żal...nie wierzyłąm w jego zmiane..po paru dniach zupełnie bez niczego napisał smsa kiedy wprowadzam sie do niego spowrotem....zdenerwowalam sie...po jednej randce i po paru slowach myslaal ze wszystko jest zalatwione?gdzie uprzedzałam go ze nie podejmuje zadnej decyzji??
wywiazała sie klotnia...powiedzial ze go oszukalam, ze mowilam ze wroce(co jest nieprawda)....no i sie potoczyło...wszystko obrócił przeciwko mnie...jestem tak znerwicowana ze z byle powodu płaczę....
cos podejrzewam, że obydwoje nie dorośliście
związek oparty o wzajemne pretensje
obrażanie się, twoje oczekiwanie przeprosin
zbytnie ingerowanie rodziców w wasz związek..
jednej i drugiej strony
i jeszcze jedno - to ty uciekłaś, wyprowadziłaś się, oczekując, że pójdzie za tobą...
podjęłaś decyzję
a teraz nie potrafisz pogodzić się z jej konsekwencjami?
je.powiedziałąm mu ze nie podejmuje teraz zadnej decyzji ze nie ufam mu, ze musi moich rodzicow przeprosic........
ci rodzice, jedni i ru8dzy to istota waszego związku.. co nie??
on musi przeprosić twoich rodziców.. i tesciowie musza przeprosić.. bo twoi rodzice wiedzieli, jak ty płakałaś i było im przykro??
dziewczyno.. może nie wyrosłas jeszcze spod spódnicy swojej mamy?
Oczekujesz, chcesz, żądasz
\na co jestes gotowa? co jestes gotowa dać?
jaki związek chcesz świadomie budować?
Asiulka,
Najwiekszym problemem Twojego meza jest jego ojciec. Mialas mozliwosc zobaczyc swojego meza jaki bedzie za 10, 20 lat, jak w krysztalowej kuli.
Teraz jest czas zebys dala na msze za ta okazje. Podziekuj Bogu i natychmiast po przezegnaniu zacznij zapominac i uwalniac sie od niego emocjonalnie.
Czy to znaczy ze przekreslam Twojego faceta jako dobrego meza? W zasadzie na 99% tak. Spórz na niego nie jako na Twojego faceta, ale na syna jego ojca, który przejmie po nim 99% tego kim jest.
Jest owszem, 1% szans ze ktos mu uswiadomi, ze przejal zly wzorzec i ze wzgledu na milosc do Ciebie stanie na rzesach i zmieni sie, bedzie Cie nosil na rekach do konca zycia. Ale ja stawiam swój majatek na pewniejszego konia, niestety.
Jestes mloda, nie trac zycia -- masz je tylko jedno.
uciekłam bo miałam już dosc takiego traktowania przez teścia jak i męża...ja zwalałam winę na niego...ale taką że nie jest za mną, że przeklina, że mnie nie szanuje..uciekłam bo już nie miałam sił tego znosić...on był u sibie...mowił i robił co chciał...ile razy mi mówił ze jak nie pasuje to wyp....do mamy....czy ja nie umiem odciąć się od swoich rodziców??umiem...bo ja chciałam iść na mieszkanie..zacząć samodzielne zycie sama z nim...ja chciałam ratować nasze małżeństwo z dala od moich i jego rodziców...dodam że moi kompletnie się nie wtrącali..teściowa i teśc dodawali swoje trzy grosze...a to że ja wymagam szacunku do mnie i moch rodziców to chyba naturalne tak??
ja tak zostałam wychowana..potrafię przeprosić jeśli zawiniłam...i tego samego wymagam od innych...każdy powinien umieć przeporsić
Asiulka,
Najwiekszym problemem Twojego meza jest jego ojciec. Mialas mozliwosc zobaczyc swojego meza jaki bedzie za 10, 20 lat, jak w krysztalowej kuli.
Teraz jest czas zebys dala na msze za ta okazje. Podziekuj Bogu i natychmiast po przezegnaniu zacznij zapominac i uwalniac sie od niego emocjonalnie.
Czy to znaczy ze przekreslam Twojego faceta jako dobrego meza? W zasadzie na 99% tak. Spórz na niego nie jako na Twojego faceta, ale na syna jego ojca, który przejmie po nim 99% tego kim jest.
Jest owszem, 1% szans ze ktos mu uswiadomi, ze przejal zly wzorzec i ze wzgledu na milosc do Ciebie stanie na rzesach i zmieni sie, bedzie Cie nosil na rekach do konca zycia. Ale ja stawiam swój majatek na pewniejszego konia, niestety.
Jestes mloda, nie trac zycia -- masz je tylko jedno.
dwa bachory się ohajtały no i jest:)
widzę że mąż robi się taki jak jego ojciec...teściowa wiele wycierpiała przez niego...oj wiele...
i też zadaję sobie to pytanie czy bedę miała takie samo życie jak ona??
dlatego też chciałąm iść na osobne mieszkanie...zeby nie brał przykładu ze swojego ojca...żeby iść na swoje...żeby nam się jakoś ułożyło...
nie po to brałam ślub żeby się zaraz rozwodzić...nie tak zostałąm wychowana i naprawdę uznaję wiele wartości..
widząc jak moi rodzice się szanują tym bardziej ciężko było mi zaakceptować to jak traktował mnie mąż...
PITAGORAS
ten portal chyba nie jest po to żeby złośliwie komentować i docinać tylko pomóc prawda??
naprawdę znajdują się tu osoby które mają cięzko...
ile razy mi mówił ze jak nie pasuje to wyp....do mamy....
End_aluzja i pitagoras -- tak jak zwykle zgadzam sie z Wami, to chyba jednak musicie przyznac, ze Wasze wypowiedzi byly nieco pochopne?
Asiulka, ja Ci właśnie pomagam- stawiając trafną diagnozę.Od tego najlepiej zacząć leczenie.A więc: oboje jesteście niedojrzałymi gówniarzami.Spory o to kto kogo, jak i za co ma przeprosić to gimbusjada do kwadratu.
Decyzja o zamieszkaniu u teściów na zasadzie ''a potem się coś wykombinuje'' -porażka.
Czy weźmiesz rozwód czy nie to bez znaczenia.Żadne z Was nie nadaje się do dorosłego życia póki co.
Jakiej pomocy oczekujesz?
13 2014-03-04 18:29:56 Ostatnio edytowany przez czlowiek_znikad (2014-03-04 18:31:03)
dlatego też chciałąm iść na osobne mieszkanie...zeby nie brał przykładu ze swojego ojca...żeby iść na swoje...żeby nam się jakoś ułożyło...
To i tak by nie wystarczylo. To nie az takie proste. Wzorce rodziców tkwia w nas w wiekszosci do smierci, nawet jesli wyemigrujemy na antypody. Najwazniejszym przesiakamy w pierwszych latach zycia, potem jest juz pozamiatane. Potem jedynie cholerny kop w dupe od zycia moze spowodowac, ze swiadomie odrzucimy rodzicielski wzorzec i zaczniemy tatuowac sobie w duszy nowy.
W swietle sytuacji, która opisalas, dodalbym jeszcze druga msze za to, ze Twój juz-mam-nadzieje-ex jednak wolal mieszkac z tatusiem. Stracilas TYLKO 3 lata, moglas stracic 10 albo 20.
pitagoras
diagnozę łatwo wystawić....opisałam sytuację najlepiej jak potrafiłam...bez drastyczniejszych szczegółów..bo to juz zbyt intymne...i upokarzające dla mnie...
ale proszę Cie..jak masz w taki sposob komentować to nie rob tego wcale..
nie jestem gówniarzem..decyzję o ślubie podejmowałam świadomie....na całe życie a nie na pare lat
czlowiek_znikad
nie potrafię cytować postów bo dziś załozyłam konto wiec wybaczcie że w taki sposob to robię
widzisz z jednej strony czuję że miałąbym przechlapane życie z nim...że będzie taki sam jak jego ojciec...to podpowiada mi mój rozum....z drugiej uczucie...jednak te 6 lat zrobiło swoje....teraz sama musze jakoś to sobie poukładać....
ale dziekuję za komentarze...miło że znalazł się ktoś kto mądrze coś napisał
.decyzję o ślubie podejmowałam świadomie....
Więc skąd wziął się ten wątek?
PITAGORAS
stąd że jest mi ciężko...że moj mąz przywiózl mi resztę rzeczy...że chce rozwodu bo nie chce sie wyprowadzić od rodziców i zameszkać na swoim...szkoda mu kasy..stąd że może podświadomie chciałąm żeby ktoś mnie upewnił w mojej decyzji...czy słusznie chcę zamieszkać na swoim...czy się mylę i powinnam wrócić tam do niego
ja tak zostałam wychowana..potrafię przeprosić jeśli zawiniłam...i tego samego wymagam od innych...każdy powinien umieć przeporsić
a kto okresla to, kto zawinił i kto zatem powinien przeprosić Asiulka?
ja nie sądzę, że wy dojdziecie do porozumienia
pitagoras napisał ostro, ale tak naprawdę wiesz, na czym polega niedojrzałość w waszym związku?
każde z was MANIFESTUJE coś, co drugie powinno wlot zrozumieć... i przeprosić n.
mąz mówi - jak ci się nie podoa wypie do mamy..
no w końcu, jak ci się coś nie podoba to się wynosisz do mamusi, prawda?
osądzasz, kto jest winien i wymagasz, żeby każdy "przepraszał - co to znaczy - przepraszał? maz mnie zdradzi, powie przeprqaszam i sprawa załatwiona? czy ty się za bardzo na gestach nie skupiasz?
mówisz, że rodzice się nie wtrącają.. jak się nie wtrącają? są na każde zawołanie, zyją twoim zyciem - jestes jedynaczką?
obuydwoje macie z mężem do siebie pretencje, nie podoba wam się nawzajem, jak się trakcujecie
ALE NIE ROZMAWIACIE ZE SOBĄ
stosujecie GESTY
on wyzywa i klnie
ty bierzesz zabawki i wychodzisz
jakie miałaś asiulka wyobrazenie o małżeństwie?
ja ci odpowiem, że twój mąż, "rycesz" na białym koniu w białej sukience przeprowadzi cię przez próg i poświęci życie na uszczęsliwianie ciebie...
a tutaj zong.. płakałaś biedna.. więc maż powinien cię przeprosić, teśc też i twoich rodziców też
planowałaś sobie sliczny biały domek, gromadkę dzieciaczków i małego piesełka do szczęscia -
a tu zong-zycie u teściów i beznadzieja dnia codzienniego plus brudne gacie w łazience
nie udało wam się
jak dla mnie - zabrakło porozumienia,s zacunku do siebie, dbania o siebie nawzajem
gdzie jest fundament, na którym chcesz budować?
sama piszesz, że jestes nieufna, że mąż myślał, że jedna randka wystarczy...
bo przecież o księzniczkę w złotej wieży trzeba się starać, troszczyć, zdobywac.. a nie jedna randka
rozumiesz?
powiedz mi -co jest między wami dobrego - co w nim kochasz, za co szanujesz męża, co was łączy
na czym asiulka budujesz ten związek? związek - przypominam - az was smierć nie rozłączy?
echh....widocznie oboje mieliśmy zupełnie inne wyobrażenie małżenstwa...
wcale nie oczekiwałam sielanki...nie nie...wiem że bywa cięzko..ale właśnie w tych ciężkich chwilach chcesz wiedzieć ze możesz na kimś polegać, zwierzyć się, porozmawiać...na początku były rozmowy...potem nie mieliśmy za bardzo o czym..oczywiscie ja miałąm mnóstwo tematów do rozmowy...on zrobił się taki milczek.jak zaczynałam jakiś temat-urywał...
jak spotykaliśmy się ze znajomymi..ja zawsze podtrzymywałam rozmowę...pytałam zawsze co go gryzie..czy ja coś robię źle..on na to że jest zmecziny po pracy..dopyta=ywałam to kończyło się kłótnią...obrażał się...no i oczywiście ja musiałąm przepraszać..tak masz rację...nie ma na czym budowac tego związku..ja potrzebuję rozmowy...zaufania..szacunku..on nie może mi tego dać...miał wzorzec przez całe życie..tak jest nauczony...najgorsze jest to że jemu to odpowiada..mi nie...pewnie i tak by do tego doszło...dobrze że nie mamy dzieci..nie wyobrażam sobie...żeby miał przy dzieciach przeklinać..żeby nasze dzieci patrzyły na to jak traktuje mnie-a ich matkę..żeby miały dorastać w nerwach....bo dodam mąz jest bardzo nerwowy..ile razy prosiłam żeby pójśc do lekarza..może coś poradzi...nie złośliwie...ale dla naszego dobra....nie da się tknąć...
ja mam zupełnie normalne i jak najbardziej prawidłowe wyobrażenie małżeństwa..żyć po prostu dognie..i zgodnie ze swoim sumieniem...z nim się po prostu nie da...
ja mam zupełnie normalne i jak najbardziej prawidłowe wyobrażenie małżeństwa..żyć po prostu dognie..i zgodnie ze swoim sumieniem...z nim się po prostu nie da...
Asiu- jakkolwiek zachowanie Twojego ''menża'' jest porażkowate, to Ty też dokładasz swoje kamyczki do ogródka niezgody.
Masz w niku 89, to data urodzenia, tak?Młodziutkie dziewczę z Ciebie.Nie masz dzieci.Możesz zakończyć to pseudomałżeństwo i zacząć od nowa bez przykrych ''ogonów''.Masz czas, im szybciej tym lepiej.
Znajdź sobie normalnego faceta i ZANIM się z nim trwale zwiążesz, to potrenuj takie dziedziny sportu jak: rozwiązywanie konfliktów bez pomocy mamy; nieuciekanie jak Ci coś nie pasuje; nieobwinianie drugiej strony za wszystko.
Jak już Ci zacznie to jako tako wychodzić, to myśl nad poważnym związkiem.
Masz czas jeszcze.