Witam, nie wiem gdzie się mam zwrócić z jakaś poradą w sprawie mojego związku...
Poznałam swojego aktualnego męża ponad rok temu, chodziliśmy 8 miesięcy ze sobą potem zaszłam w ciąże którą oboje chcieliśmy... i wiadomo tam zaręczyny... moi, jego rodzice i my u mnie w domu, krzyczałam jak nie wiem że nie chce ślubu, K (mój mąż) siedział jak jakiś przymuł i zdania swojego na żaden temat dotyczący naszej wspólnej przyszłości nie określił... w końcu wyszło na to że wezme z nim ślub cywilny za 5 miesięcy...
Kiedy rodzice powiedzieli, że będe musiala przeprowadzic sie do niego to plakalam chyba przez miesiac... ponieważ K. ma 2 pokojowy domek drewniany i do tego rodzicow alkoholików z tysiącami kredytów na karku, w sumie wiedziałam że K też ma kredyt (przed slubem wiedzialam o 1)...moj dom jest inny, spokojny, wiecej przestrzeni mimo ze mam 2 braci młodszych i babcie... wiec 6 osob w domu...
kiedy bylismy na etapie chodzenia ze soba widzialam u niego 3 wybuchy agresji w stosunku do mnie, tym sposobem rozwalil mi 2 telefony... po kazdym wybuchu chodzil do psyhiatry i bral jakies leki przy ktorych sie nie pije i byl spokojny, kochany... po kazdym wybuchu chcialam od niego odejsc ale przychodzil a to z miskami, kwiatami czy jakims prezentem i byl milutki, obiecal ze bedzie lepiej, przeprosil i wogole to do niego wracalam, choc i garstaka przyjaciol jaka mi zostala mowili zebym od niego odeszla, ale nie umialam... nastepny 4 wybuch byl kiedy bylam w 3 miesiacu ciazy, i znow pijany, wyzywal mnie od najgorszych "szmat","kurw","dziwek" czego wczesniej nie robil... nie wiedzialam co robic juz wtedy, ale dobra o dziecko wybaczylam znow...
Moi rodzice w jego domu zrobili wylewkę w pokoju w ktorym mialam z K mieszkac, polozyli panele, wogole caly pokoj byl odnowiony lacznie z fotelami, meblami, lozkiem, karniszem i żyrandolem... pracowalam do 4 mies wiec cale wynagrodzenie wlozylam w pokoj... on mial marna robote... i nigdy nic nie kupil choc mowilam ze to przeciesz ma byc nasze... on rozpierdalal kase na lewo i prawo w glupoty zamiast oszczedzac... juz to bylo dla mnie ostrzeżeniem
tydzien przed slubem znow mnie wyzwal, wyparł sie dziecka po raz pierwszy... zabrali mu prawo jazdy, które były jedynym dochodem jego, bo byl kierowca... matka ktora wczesniej namawiala mnie na slub teraz mowila ze nie ma sensu zebym tam sie przeprowadzala, skoro on nie ma za co mnie za co utrzymac, bo nie ma pracy... a ja zamiast jej posluchac to stanelam za nim, poklucilam sie z matka i wyprowadzialam do niego. 1 tydzien mieszkania tam byl ok... potem slub, mojej matki nie bylo... byly najblizsze mi osoby typu, ojciec babcie i chrzesni, od niego tylko rodzice... zaprosilismy wiec wszystkich po slubie na kawe chociaz... posiedzieli 2 godz wypili 0,5 i pojechali... wieczorem przyszli znajomi... mowilam wyraznie ze chce zeby to dla mlodych bylo...ale oczywiscie tesciowa juz najebana musiala sie mnie czepiac... ze jej nie zaprosilam ze jej zjesc nie daje i wogole... skonczylo sie tym ze mnie wyzywala i wogole nie za ciekawie...
Caly grudzien musialam sluchac rozkazow tesciowej i męża... bylam 6 miesiacu... ciagle krzyki... K zrobil sie nie do wytrzymania, codzienne wyzwiska, rozkazy, nie dawal mi spac bo ogladal tv bardzo glosno do pozna... ublizania, nawet potrafil na mnie reke podniesc... i nadszedl sylwester.... wtedy przegiol... zadzwonilam po brata przyjechal po mnie nie wrocilam tam przez 2 tygodnie, i ten czas byl dla mnie udreka ciagle pisal do mnie dzwonil tylko zawsze z wyzwiskami, owilam ze jak pojdzie sie leczyc do wroce, klamstwem i podstepem mnie tam zwabil... i wytrzymalam do 7 lutego... poniewaz znow zaczol sie koszmar z grudnia...
wzielam na siebie telefon ana abonament w czyn on mial to placic, okazalo sie ze ponad 3 stowy musze teraz splacic dlugu za telefon... ie dawal na zycie prawie nic... wiec co ze slubu zebralam od rodziny (mialo byc zostawione dla dziecka) wiekrzosc poszlo na zycie z nim, co dostawalam od rodzicow czy oby dwu babć na swoje zachcianki w ciaży dawalam na ogolne życie...Tesiowa stala nade mna co kupilam czy przynosilam z domu (jajka itd.)... zaczela sie drzec ze jej obiadow nie podaje bo ona tak robila dla swojej tesciowej... jak zrobilam sobie cos dobrego to od razu ze dlaczego nie dla wszystkich... nie pyskowalam... kazala najpierw osobno sobie gotowac potem ze razem... ja nie jadlam i nie robilam jedzenia z tego co jej... i ona o tym wiedziala... a ona wszystko tykala... jej wszystko bylo wolno...
dotego maz... co mu czegos nie dalam to foch... akiedy probowalam z nim pogadac ze mozeby w koncu poszedl do pracy to on nie pojdzie za tysiac robic...i mnie wyzywa... kazda proba rozmowy z nim konczy sie darciem... po slubie zamiast lepiej wszystko nagle padlo... ale juz calkowicie... nie wolno mi bylo nawet rozmawiac przez telefon... jak jezdzialam do domu rodzinnego to mialam wyznaczony czas powrotu... dotego zaczol wyzywac moich rodzico, rodzine wszystkich ode mnie, moje kuzynki i znajomych... wymyslil sobie ze go zdradzam no i standardowo, ze to nie jego dziecko...
nom ja cichonie zawsze siedzialam... staralam sie z K nie klucic przy jego rodzicach... staralam sie nie pyskowac tesciowej... choc 2 razy mi sie to zdarrzylo... ale za kadym razem K na mnie 3 razy bardziej krzyczal...
mam ciaze zagrozona... wszyscy o tym wiedza...dosc wyraznie mowilam tlumaczylam, ze potrzebuje, spokoju, ciszy, zycia bez stresowego... ze tow szystko wplywa na dziecko... jezdze perywatnie do lekarza, co miesiac wyzyta ponad stowka... moj maz ani razy za lekarza nie zaplacil... ciagle daje mi babcia.
i tak kiedy mialam miec wyzyte 7 lutego wysluchalam caly dzien krzykow od meza i ciagle... "wypierdalaj z tego domu"... przyszla tesciowa z miasta maz sie jej pozalil ze ja na niego krzyczalam i ona jeszcze z morda na mnie wyskoczyla i zaczela mnie umoralniac kiedy chcialam sie obronic przyszedl sasiad... i ciiiiiiiiiii spokoj... "bo co ludzie powiedza"... a no i mialam zakaz mowienia co sie tam w domu dzieje... co sie ze mna dzieje... nawet rodzinie...
wiec wyszlam z domu... ojciec po mnie podjechal zawiozl do domu rodzinnego, przy babce i matce (z kotora w swieta sie pogodzilam) jak zwykle sie wyzalilam, ze nie dam rade tam dluzej mieszkac... pojechalam do lekarza z rodzicami, ojciec w drodze powrotnej zapytal sie czy tam mnie zawiesc do meza... powiedzialam ze nie chce... wychodzac stamtam wzielam szampon i odrzywke z mysla ze za 3 dni do piekla musze wrocic...
i tak minelo 10 dni... rodzice uznali ze bede tutaj, rozumia to ze potrzebuje spokoju... ze on nie psychicznie zalatwil...
i mimo tego ze kupilam tam wszsytko to nie chce tam wracac...
a po slubie dowiedzialam sie ze on ma 4 kredyty na siebie... i duzo innych nie spalaconych zaleglosci pozyczonych od kolegow...
a i przez caly ten czas co nie wrocilam do meza... on pisze dlugie sms, dzwoni miliony razy... w wiekrzosci w wyzwiskami... mowi ze ja zle robie... ze to wszystko ze jest zle jest przeze mnie ... bo ja nie wspolpracuje z nim i jego rodzina... ze to ja powinnam sie podporzadkowac zasada bedacych w tamtym domu...
oczywiscie zeby przestal pisac to zablokowal mu nr ktorego i tak nie splacal (wiem ze ja muze to zrobic)... kupil sobie inna karte z nr i na poczatku udawal ze to jakis moj kolega z ktorym niby kiedys mialam romans... ale wiedzialam ze do ON...
teraz nie czytam nawet tego co on pisze... a odpisuje tylko zeby znadrzal i ze wie gdzie jestem...
co ja mam zrobic za 2 miesiace rodze... mam wsparcie u rodzicow i przyjaciol... ale on jest ojcem mojego dziecka i moim mezem...
nie wiem co robic...