Zapadło mi w pamięć kilka takich momentów, w których mój były okazywał mi wsparcie.
- Miał taki zwyczaj, że jeśli po seksie (mieszkaliśmy razem) zaczynaliśmy się już ubierać w koszulki/bieliznę nocną, pomagał mi się ubrać. Zapytany za pierwszym razem, dlaczego to robi, powiedział, że "skoro pomógł mi się rozebrać, pomoże się ubrać"... 
- Wyczuwał moje zdenerwowanie i umiał wtedy zejść mi z drogi. Nie komentował, nie krytykował, pozwalał mi się wygadać, wiedział, że muszę zrzucić z siebie stres z całego dnia i za chwilę znów będę oazą spokoju 
- Popierał wszystkie moje nowe idee, zmiany, które chciałam wprowadzić - nie tylko słuchał, czym za chwilę będę się zajmować, ale dokładał swoje sugestie, angażował się w moje życie.
- Mogłam napisać, że mam poważny problem, a był gotów mnie wysłuchać, przyjechać, przytulić, pocieszyć nawet, gdyby była 2 w nocy.
- Znał chyba wszystkie moje najbardziej wstydliwe sekrety i nigdy nie wyciągał tego przeciwko mnie, np. jako argumentu w kłótni, to budowało niesamowite zaufanie między nami.
- Mogłam przyznać się do tego, że czegoś nie wiem, nie umiem, a on pokazywał mi, jak to robić lub po prostu robił za mnie, kiedy nie chciałam się uczyć (pamiętna jajecznica
) - ale nigdy nie rzucał ironicznymi komentarzami i nie robił ze mnie kretynki, miałam prawo się mylić.
- Nie porównywał z innymi kobietami (byłymi, wymarzonymi itd). Mówił mi, jak bardzo mu się podobam wtedy, kiedy siedziałam w wyciągniętym dresie z katarem.
Robił jeszcze wiele innych rzeczy w podobnym stylu, mogłabym wymieniać bardzo, bardzo długo. Ale sprowadziłabym wsparcie do dwóch słów: zaangażowanie i troska 