Jeśli tak jak ja lubicie poetycką prozę Pilcha,jego inteligentny a jednocześnie nie przekraczający dobrego smaku dowcip, wielowątkowe ale nie nudzące rozważania nawet nad mega przyziemnymi sprawami to... nie idźcie na ten film:).
Pod mocnym aniołem to książka,która pierwsza wpadła mi w ręce; jakieś trzynaście lat temu odkryłam Pilcha.
Z rozrzewnieniem więc wybrałam się do kina. Od pierwszej chwili w sumie można stwierdzić,że parę faktów i tytuł łączy książkę i film.
Podczas gdy Pilch pisze o swej "przypadłości" bardzo poetycko, chwilami z żartem i uśmiechem, w filmie punktem odniesienia są ekskrementy,wymiociny,mocz- słowem fizjologiczna ohyda.
Bohater pokazany jest potwornie realnie a zaakcentowanie,że osiągnął już dno dna poprzez urealnienie tego ujęciami nieprzytomniej,zarzyganej twarzy,totalnego syfu w mieszkaniu jest jak najbardziej zrozumiałe.I przerażające.
To taka kuracja dla młodziaków pijących tanie wino na ławce- tak zresztą sam bohater mówi- że tak zaczynają bo nie wiedzą jak skończą.
Na pewno Smarzowski- reżyser filmu nic nowego na temat alkoholizmu nie wnosi ale przyznam,że przez jakiś przynajmniej czas trochę inaczej będę postrzegać te ok. 4 miliony uzależnione w naszym kraju.
Przyznam,że nie bawiła mnie ani jedna scena w filmie- dlatego zaskoczona byłam salwami śmiechu na sali. Film raczej mnie przeraził.
Nie znam się za bardzo na kinie "alkoholowym"- jedyne co widziałam prócz opisanego to Żółty Szalik z Gajosem.Tam jednak bohater nie złapał jeszcze dna- coś jeszcze próbował ukrywać,maskować.
U Smarzowskiego bohater widzi sam,że jest na dnie. Zakończenie ma sobie jednak malutką iskierkę nadziei.
Może Wy podzielicie swoimi spostrzeżeniami.