Proszę o jakąś radę, bo sytuacja powoli zaczyna mnie denerwować. W mieszkaniu są dwa pokoje, przy czym mój jest jednoosobowy. Przez lata zmieniały się osoby w tym drugim pokoju i generalnie była zasada ustalona przez właścicieli, że płacimy od osoby, a nie od pokoju. Teraz w wakacje zamieszkała tam jedna osoba, więc płacimy po równo. Do czego zmierzam... Na samym jeszcze początku zapytała mnie, jak wygląda kwestia nocowania innych ludzi, bo ona ma chłopaka i chciałaby to ustalić od razu. Ja jej powiedziałam, że nie widzę problemu, jeżeli to nie będzie częste. Na co ona odparła, że nie, bo oni w tygodniu i tak się nie widują, zostają weekendy, przy czym on by tu spał co drugi weekend albo rzadziej. Na co ja odparłam, że w takich okolicznościach to żaden kłopot.
Początkowo było ok, z tym że jakoś od połowy grudnia on zaczął nocować coraz częściej i to w dni zwykłe. Czasem kilka dni pod rząd, potem dzień czy dwa przerwy i znowu. Była przerwa świąteczna, z której teraz wróciłam, no i on w zasadzie nocuje teraz praktycznie codziennie (w tym tygodniu był jeden dzień przerwy).
Lubię ją, jego też, ale uważam, że to już przesada. Żadnego z nas nie ma w mieszkaniu w ciągu dnia, więc praktycznie tylko tu nocujemy. Nie podoba mi się to, że płacę z nią po połowie (i to nie mało!) Sama ustaliła takie zasady, więc nie rozumiem, czemu je łamie. A ja odnoszę wrażenie, że nie mówiąc nic, daję jej przyzwolenie na takie zachowanie.
Dodam, że nie bardzo jak mam z nią porozmawiać, skoro on jest ciągle w jej pokoju (teraz też). Żałuję, że nie zapytałam jej o to w ten jedyny wieczór, gdy go nie było, ale byłam przekonana, że wyjechał i już się nie pojawi przez najbliższy czas.
Doradźcie coś i wypowiedzcie się ogólnie jak widzicie nocowanie partnerów w wynajmowanych mieszkaniach.