Inspiracją do założenia ów wątku była moja dzisiejsza rozmowa ze znajomą, a także moje własne doświadczenia.
No więc oto moja przygoda z miejscem, które jest kluczowe dla każdej świeżo upieczonej mamy.
O godzinie 7 (po lewatywie i ''oporządzeniu'') trafiłam na porodówkę.
Wyszłam z sali przygotowawczej ze skurczami mniej więcej co minutę i z 7 centymetrowym rozwarciem. Pani, która się mną wtedy zajmowała kazała mi wziąć torbę i przejść na salę porodową. Poprosiłam o pomoc w dźwiganiu dość ciężkiej torby. Odmówiono mi komentując, że przecież nie jestem niepełnosprawna i sama doskonale dam sobie z tym radę. Cóż, wzięłam torbę po czym po krótkiej instrukcji znalazłam się na łóżku przeznaczonym do porodu.
Było zimno (luty), a okno było uchylone. Trzęsąc się jak osika poprosiłam o zamknięcie okna. Z wielkim trudem pielęgniarka zamknęła ów okno.
Lecz w parę minut sala nie zdążyła nagrzać się na tyle, aby było mi ciepło. Poprosiłam o założenie skarpet (miałam skurcze krzyżowe i nakazano mi nie wstawać).
Odmówiono mi. Potem prośba o wodę. Cóż, w końcu się doczekałam upragnionej szklanki wody.
Zostałam na sali sama. Zmarznięta, spanikowana i niepewna (to mój pierwszy poród). Panie w pokoju naprzeciwko sali porodowej radośnie żartowały i piły kawę.
Modliłam się, aby mój mąż pojawił się jak najszybciej.
Kilka razy prosiłam pielęgniarkę (może położną- nie pamiętam) żeby ze mną została i w jakiś sposób wsparła w czymś, co było dla mnie czymś nowym, czymś czego się bałam (choć teraz nie wiem czemu). Pielęgniarka uspokoiła mnie i znów wróciła do plotek i kawy. W końcu przełom. Zjawił się mój mąż.
I nagle wszystko zmieniło się diametralnie. Założono mi w końcu skarpetki, spokojnie tłumaczono mi co mam robić.
Po znieczuleniu i podaniu oksytocyny na świecie wreszcie pojawiła się moja córka. Zbadano ją i położono na łóżku (zabijcie-nie wiem jak się ono nazywa).
Kilka razy pytałam czy z Lenką wszystko w porządku. Nie uzyskałam odpowiedzi. Kazano mi się uspokoić i odpocząć.
Na wychodne lekarz odpowiedział "zdrowe". I tyle dowiedziałam się o stanie zdrowia mojej córki.
Po przewiezieniu na salę uczono mnie jak dawać dziecku pierś. Obolałą, nabrzmiałą pierś traktowano jak wór. Bez wyczucia, ani krzty delikatności.
Na informacje o tym, że Lenka nie potrafi złapać sutka i jest dokarmiana sztucznie, lekarka zarzuciła mi, iż to wina mojego...Lenistwa. Dostałam 'ochrzan' i nakazano mi przystawiać. Cóż, nauczyłam córkę łapać pierś poprzez smoczek. Za co też mi się oberwało.
Wyszłam stamtąd 5 dni później z przekonaniem, że nie chcę tam nigdy wracać i że brakowało mi niezmiernie kogoś, kto wprowadziłby mnie w tajniki macierzyństwa...
I tu moje pytanie do Was, drogie mamy.
Jak to było u Was? Jaka jest Wasza opinia na temat szpitali położniczych w Polsce? Jak to było w Waszych przypadkach i jakie są Wasze wspomnienia z tych pierwszych 'szpitalnych' chwil z maluchem?