Za mąż wyszłam rok temu, wcześniej znaliśmy się 4 lata. Uważałam, że jestem naprawdę szczęśliwa, a mój mąż jest idealny. Owszem, on spędzał większość czasu grając w gry, a mi poświęcając jedynie ok. 2 godziny dziennie (i to na oglądaniu tv), ale i tak uważałam że jest super. Prawie zero kłótni, dużo fizycznej czułości, mnóstwo takiego beztroskiego wygłupiania się. Wiedziałam jacy potrafią być faceci - potrafią pić, bić, zdradzać. Mój był na ich tle jak anioł, a ja byłam wobec niego bardzo wyrozumiała. Nigdy, przenigdy się nie okłamaliśmy, nie złapałam go nawet na najmniejszym kłamstwie.
Jakiś czas temu w wyniku traumatycznego przeżycia dopadły mnie zaburzenia lękowe. Każdy kto czegoś takiego doświadczył wie, że to koszmarne doświadczenie w rezultacie uczy, przewertowuje całe życie, zmienia priorytety.
Mąż kompletnie tego nie rozumiał, niecierpliwił się, kazał wziąć się w garść (co jest niewykonalne przy takim zaburzeniu). Byłam totalnie samotna, miałam wrażenie że jestem w czarnej dziurze bez wyjścia. Szukałam pomocy, byłam u psychologa, ale prawdziwego przełomu doświadczyłam gdy znalazłam pewne forum. Tam poznałam faceta, z którym najpierw rozmawiałam na forum, potem na gg. Na początku rozmowy dotyczyły tylko zaburzenia, był jakby moim prywatnym psychoterapeutą (bo i tym zajmuje się w realu), który kiedyś też przeszedł takie zaburzenie. Rozmawialiśmy nawet do rana, o czym mój mąż wiedział, bo mu powiedziałam. Miałam wrażenie, że mojemu mężowi jest nawet na rękę, że trudnymi sprawami zajmuje się inny facet i że ten inny facet go odciążą od przykrych obowiązków.
Mężowi powiedziałam "z czym się je" to zaburzenie (gdy już sama zdobyłam wiedzę). Nie interesował się moim stanem. Uważał że samo przejdzie (co jest nieprawdą, bo to wymaga sporo pracy). Przeprowadziłam z mężem bardzo poważną i długą rozmowę. Poprosiłam go, by na jakiś czas poświęcił się dla mnie, zrezygnował ze swoich gier, był przy mnie, interesował się moim stanem. Owszem, on bywał fizycznie (np. woził do psychologa, wyjeżdżał ze mną z domu), ale nie było go emocjonalnie - np. nie pytał jak się czuję. Powiedziałam mu lojalnie, że spędzam całe noce na rozmowie z obcym facetem, a gdzie w tym wszystkim jest mąż? Mówiłam mu "damy radę", on kiwał głową, było mu przykro że tak się dzieje, obiecał że się postara. No i postarał - może dzień czy dwa. Potem znów wrócił do gier. Wg jego opinii wyjście ze mną na spacer podczas którego prawie wcale nie rozmawiamy to wszystko co trzeba zrobić, a po powrocie znów siadał przed kompem. Podsuwałam mu książki, artykuły o tym co się ze mną dzieje, podchodził do tego niechętnie.
Nie chcę się usprawiedliwiać, ale czułam się naprawdę samotna. Do tego przy zaburzeniu lękowym nie powinno się być sam na sam ze swoimi myślami (a niestety tu gdzie mieszkamy nie mamy na żywo znajomych), więc zawsze po prostu odpalałam gg i wracałam do rozmów z przyjacielem. Miałam swoje zajęcia i swoją pracę, ale przecież niemożliwe, by robić to 24/7.
W pewnym momencie rozmowy z przyjacielem zaczęły być inne. Dołączyły do tego rozmowy na skype, z kamerką. Jest idealnie, bez granic, rozumie mnie, otworzyliśmy się przed sobą, mówimy o wszystkim. Przeżyliśmy w końcu to samo. Rozmowy są czułe, stęsknione. Są tez plany spotkania. Dodam, że on jest wolny i sam gryzie się z tym, że ja mam męża. Nie chcę za dużo o nim się rozpisywać, ale naprawdę jest wspaniałym facetem.
W międzyczasie znów rozmawiałam z mężem. Pytałam dlaczego nic się nie zmieniło od ostatniej rozmowy, dlaczego nadal go przy mnie nie ma. Mam wrażenie że on nie wie co zrobić, jak zająć mój czas. Teraz wpadł na pomysł że po prostu będzie ograniczał mój czas przy komputerze (czyli np. każe iść spać o którejś godzinie), a mi niedokładnie o to chodziło.
Naszły mnie głębokie refleksje. Dotarło do mnie, że męża nigdy nie interesowało moje wnętrze, moje emocje. Moją uczuciowość, wrażliwość uważał za cechy męczące, które należy zmienić. Lubił mnie od strony praktycznej - tzn. to, że jestem osobą "z głową na karku", można ze mną rozwijać firmę, jestem rozsądna, można ze mną planować życie. I właściwie tylko o tym rozmawialiśmy - o planach albo przyziemnych rzeczach typu "co trzeba kupić w sklepie". Na początku związku rozmawialiśmy o przysłowiowym "sensie życia", ale potem on stwierdził że już wszystko przegadaliśmy, on zna moje poglądy, poza tym on już wyrósł z rozmów "o niczym". Dla mnie to dziwna argumentacja, bo co z resztą życia?
Dotarło do mnie, że pewnie w innych kiepskich dla mnie sytuacjach byłby taki sam. Gdyby umarli moi rodzice, gdybyśmy mieli dziecko. Pewnie zostawiałby mnie samą.
Słyszałam od koleżanek, że ze swoimi facetami potrafią rozmawiać do rana, dla mnie to było obce.
Pomyślałam, że chyba zbyt idealizowałam swoje małżeństwo, bo same wspólne poglądy na życie to za mało. Spędzanie 2 godzin dziennie na oglądaniu serialu to też za mało. Tak naprawdę zawsze byłam samotna, ale sądziłam że tak ma być (że to moja wina, że jestem zbyt rozmowna, a on jako facet nie będzie rozmawiał o głupotach). Miewałam okresy, gdy widziałam, że on sobie o mnie przypomina tylko gdy chce seksu albo czegoś do jedzenia. Ale zbywałam to, bo gdy zwracałam mu uwagę, to poprawiał się (zazwyczaj chwilowo).
Do tego dodałam to, że jest cholerykiem, krzyczy z byle powodu, chociaż nie na mnie (a ja nie lubię krzyków). I mimo iż mnie kocha (co do tego mam do teraz 200% pewności), to prawie nigdy nie chwali, nie komplementuje, jedynie krytykuje - chociaż zdaje sobie z tego sprawę i jest mu przykro że taki dla mnie jest.
Pomyślałam że... Owszem, są gorsi mężczyźni. Ale są też lepsi.
Chcę dodać, że nie jest tak, że między nami jest tragicznie i bez uczuć. Np. przed chwilą podszedł, poczochrał mnie po głowie i dał buziaka. Byłoby mi o wiele łatwiej, gdyby był dla mnie chamem.
Czasami nie wierzę że naprawdę to się dzieje. Ja jestem z natury wierna, brzydzę się zdradą. Sama nie wiem jak to się stało, że doszło do takiego momentu.
Fakt, jeszcze nic się nie wydarzyło. Ale ja nie wiem co robić.
Nie umiem zerwać znajomości z przyjacielem, bo to on mi pomaga, ustawia do pionu gdy trzeba, to on teraz zajmuje moją głowę, wciąż o nim myślę. Chyba tez nie wyobrażam sobie odejścia od męża, bo jednak kocham go, mamy tyle wspólnych rzeczy, poukładane życie (dzieci nie mamy). Kontynuując znajomość internetową, coraz bardziej się angażuję, ale też mam wielkie wyrzuty w stosunku do męża. Jeśli urwę tę znajomość, zostanę sama, znów samotne wieczory, sama ze swoimi myślami, bo męża nadal nie będzie. Czuję że urwanie tej znajomości jest złym pomysłem, bo w tej chwili on jest moim jedynym przyjacielem.
Samo pójście na spotkanie z przyjacielem wydaje mi się bardzo nieetyczne, bo musiałabym oszukać męża i nie wiem, czy potem poradziłabym sobie z poczuciem winy. Z drugiej strony marzę o tym.
Mówiłam do męża "przypomnij mi wszystko, przypomnij mi siebie", Ale on niczego nie robi. Chciałabym np. wyjechać gdzieś z nim, znów się w nim zakochać, tak emocjonalnie, a nie z przyzwyczajenia. Ale on by nie chciał, w końcu tu jest praca i jego gry.
Przepraszam za chaos wypowiedzi, ale właśnie taki chaos mam w głowie. Boję się zrobić jakikolwiek krok w jakąkolwiek stronę. Mam wyrzuty sumienia, że chcę zjeść ciastko i mieć ciastko, obwiniam siebie o to że taka jestem. Źle mi. Zaburzenie wciąż mi nie przeszło, może to przez to nie umiem ułożyć swoich uczuć. Każda opcja jest kusząca i przerażająca jednocześnie. Mam wrażenie że sama, choć niechcący, skomplikowałam swoje proste, choć pozbawione kolorów życie.
Właściwie nie wiem po co pisze, bo przecież nikt mi nie powie co zrobić. Ale chcę się wygadać, bo nie mam komu. Wszyscy myślą, że jesteśmy para idealną, moi rodzice kochają zięcia, znajomym tez nie będę opowiadać o facecie z netu, bo popukają się w głowę.
Proszę o jakieś opinie, rady.