Witam.
Byliśmy ze sobą 1,5 roku. Często się kłóciliśmy, ale takie mamy już charaktery. Spory nie trwaly dłuzej niż 3 dni. Szaleliśmy za sobą, on świata poza mną nie widział, kochał mnie, Wszystko by dla mnie poświęcił. Ja natomiast często bywałam zołzowata, obrażałam się o byle bzdety, prowokowałam go... Zawsze jednak mówił, że to takie słodkie, że jestem taka wredna, że kocha to we mnie... W miare swoich możliwości był wyrozumiały, ustępował mi...Choć sam ma ciężką osobowość, jest zaborczy, zazdrosny i uparty. Jestem typową jedynaczką i potrafię być jak wrzód na dupsku... Wydawało mi się, że znalazłam kogoś idealnego dla mnie, kogo nie zrazi mój trudny charakter. Mój były zawsze był we mnie wpatrzony jak w obrazek, robił mi niespodzianki, wymyślał różne romantyczne akcenty, gdy mnie poznał zmieniły sie jego upodobania muzyczne, zaczął intereswać się tym, co ja, zapoznał się z moimi znajomymi. Ludzie uważali, że to chęc zaimponowania mi, że to nie jest prawdziwe, ale ja przywykłam, uwierzyłam mu... Na początku duzo rozmawialiśmy o tym, co czujemy, jednak z czasem, jeśli się cos działo to z reguły ja prawiłam monologi, a on słuchał i czasami sprawial wrażenie, jakby chciał powiedzieć, ze ciągle coś od niego chcę, ciągle coś mi nie pasuje... Jednak nigdy mnie nie opuścił w potrzebie, zawsze po kłotni pierwszy sie odzywał, pierwszy mnie przytulał i mówił, że wszytsko będzie dobrze... Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu i zawsze mieliśmy dużo wspólnych rzeczy do roboty. Dobrze się dogadywaliśmy, ja lubię "męskie" zajęcia, typu ryby, grzyby, piłka, samochody, karty, wypad na piwo. Duzo zajęc nas łączyło. Mimo kłotni wiedziałam, że nie mogłabym go zamienić na nikogo innego , choć czasem nie doceniałam, wysmradzałam, kochałam ponad życie i miałam nadzieję, że już zawsze tak będzie. Że zawsze będziemy blisko, w naszym świecie, pomagać sobie i się kochać... Niestety w pewnym momencie doszło do tego, że zaczęliśmy się oddalac... Może wkradło się odrobinę rutyny, ale doszły nam nowe obowiązki na uczelni, on był zazdrosny o mojego najlepszego przyjaciela, który coś do mnie czuje, a z którym utrzymywałam częstszy kontakt. Był chorobliwie zazdrosny, w dodatku w pracy, w domu miał kłopoty. Doszło do kilku awantur, jedna była bardzo poważna. Po tej awanturze on jakby się wypalił. Coraz rzadziej się odzywał w ciągu dnia, nasze rozmowy były ograniczone, nie słuchalismy sie. Psuło się jednym słowem, ale ja ciągle nie widziałam tego, bo myslałam że to minie, że to tylko taki okres... Dopiero, gdy było naprawde źle, gdy on zaczął naprawdę się odcinać obudziłam się... Próbowałam rozmawiać, prosiłam, błagałam, dzowniłam do niego, pisałam, ale nic nie pomagało. Mówił tylko, ze on już nie może być taki jak dotychczas, ze mam to zaakcpetować, ale nie potrafił powiedziec, co dokładnie się w nim zmieniło, zgasło... Przez cały ten czas przepraszał, mówił, że bardzo mnie kocha, ze beze mnie nie może, że nigdy mnie nie opuści, że on to naprawi, że ogarnie się, że będzie jak kiedyś... Ja byłam bezradna, często płakałam... Nic z jego strony się nie zmieniło, wręcz przeciwnie, doszła złosć związana z zazdrością, potem róznice, okazało się, ze nasze wspólne plany na przyszły rok nie mają dla niego odniesienia w rzeczywistości... W końcu w najgorszym dla mnie momencie on powiedzial, ze to koniec. Że kocha mnie , owszem, ale nie widzi przyszłości dla nas, że nasze charaktery są zbyt duza sprzecznością, że zbyt mocno sie ranimy, że zblokował się i nie potrafi już być ze mną...Powiedział, ze nie chce tylko, bysmy traktowali się jak nieznajomi, tylko spotkali czasami. Byłam zdruzgotana, pisałam do niego, dzowniłam, prosiłam, aby mi pomógł, aby przytulił... Byłam na skraju, sama, zawsze do niego przychodziłam z każdym moim problemem, a on odpisał mi kilka razy, a potem urwał kontakt... Po kilku dniach dałam mu spokój... Nie mogłam jesc, spac, ale postanowiłam, że zmienie tą sytuację, ze teraz ja pokażę, będę walczyć ile sił... Zmieniłam nastawienie, poprosiłam o spotkanie. Zgodził się. Rozmawialiśmy długo, o wszystkim, co u nas... Potem się przytuliłam. . . Aranżowałam kolejne spotkania, on nie wykazał ani razu inicjatywy, wszystko z jego strony było takie niezobowiązujące, takie wymęczone, ale nie dawałam za wygraną... Zaczęlismy brnąc w to coraz dalej. Nie potrafił mi sie oprzeć, sam przyznał, że ma do mnie ogromną słabośc, jednak nie chciał słyszec o powrocie, twierdził, że się zblokował przed byciem w związku, że nie potrafi i basta, poza tym tonie w problemach, jest zmęczony... Nie angażował się w to, był ostrożny, miał czas na wsystko, a ja byłam jakby dodatkiem. Dzielnie to znosiłam, jednak w końcu pekłam.Powiedziałam, że to nie może tak trwać, ile jeszcze mamy tkwic w ukladzie "bez zobowiazan" skoro się kochamy... On jakby się przejął, powiedział, że dla niego to wcale nie jest "bez zobowiązań" , że kocha mnie, ale chce, żeby to powoli się jakos ułożyło, że ma nadzieje, że będzie dobrze... W końcu zaczął w to wkładac odrobinę serca, jednak i tak czułam niedosyt. Byłam jednak szcześliwa, byłam blisko... W końcu bylismy już niemal ze sobą, kiedy wzięłam do ręki jego nieszczęsny telefon i ujrzałam, ze pisał ze swoja dawną znajomą, w dość jednoznacznym klimacie, nazywał ja tak, jak mnie kiedyś, widac, ze był zaaferowany tą znajomością. Wszystko we mnie się wzburzyło, on poświęcał mi minimum czasu, musiałam na niego czekać, inicjować te spotkania, żeby to odbudować... Tak bardzo cierpiałam, że znalazłam się na skraju, tyle łez wylałam, gdy mnie zostawił. Twieerdził, że nie interesują go inne dziewczyny, że nie poszuka drugiej takiej, jak ja, że nie potrafi, ze ma tak mało czasu, czasami czekałam kilka minut, aby mi odpisał 3 słowa... Poczułam sie osuzkana i wykorzystana, jako "opcja"... Całe emocje przelałam na zewnatrz, znów doszło do awantury, uderzyłam go... Uważam, że to prymitywne, ale naprawde w tamtym momencie wszystko mi się zawaliło, tyle starań, żeby się dowiedzieć, że jest sie w jakiejś grze, że staram się o każdy jego kontakt, a on poświeca ten cenny czas na flirtowanie z jakaś dziewczyną. On się wystraszył, obiecał, ze to naprawi, ze kocha mnie, ze pragnie tylko mnie, że zrobi wsyztsko bym dała mu szanse... Postanowiłam się odciąc na chwilę, spotkalismy się kilka dni póxniej, przepraszal, obiecywał , że to naprawi, nawet dał mi kwiaty, jednak jakoś nie angażował się specjalnie... dalej dbał o swoje potrzeby, a ja byłam gdzies obok... Mielismy sie spotkać na chwilę w jeden dzien, jednak on twierdził, że musi pilnie jechac do domu... jak się potem okazało, "pilnie" jechał do kumpla pić... Wkurzyłam sie, znów poczułam się na drugim planie, pokłóciliśmy się przez sms, na drugi dzien sie spotkaliśmy przypadkiem, siła praktycznie musiaałam go zaciagnąc w zacisze by porozmawiać. On nie chciał mi nic tłumaczyć, powiedział, że jednak rezygnuje, że kocha mnie, ale... no ale ... ten sam powod... nie widzi tego, nie dogadamy się, nie chce mu sie domyslać czego ja oczekuję (choć wiele razy mowilam), ze nie chce byc ze mna i nie będzie mnie już więcej ranił. Rozstalismy się w złości, on wyjechał na pare dni.. Zero kontaktu... Mam już dośc, męczę się bez niego, ale z nim też nie jest kolorowo, nie moge sie uwolnić od wspomnień, od tej słabości do niego. Kocham go, chce to naprawic, ale nie potrafię walczyć i starac się za 2, nie potrafię.... Jak powinnam go traktować? Jak mam postępować... On zmienia zdanie tak czesto... Mam mętlik w głowie... Prosze, pomózcie mi spjrzeć na to trzeźwo, zinterpretować jego postepowanie...
Bo caly w tym ambaras zeby dwoje chcialo na raz. Nie rob sobie nadzieji, zajmij sie teraz soba, daj sobie czasu wszystko sie tobie ulozy jesli sie o to postarasz. Ale na to co bylo nie licz:/ nawet jesli do siebie wrocicie to juz nie bedzie to samo. Znam twoj przypadek z doswiadczenia....
Bo caly w tym ambaras zeby dwoje chcialo na raz. Nie rob sobie nadzieji, zajmij sie teraz soba, daj sobie czasu wszystko sie tobie ulozy jesli sie o to postarasz. Ale na to co bylo nie licz:/ nawet jesli do siebie wrocicie to juz nie bedzie to samo. Znam twoj przypadek z doswiadczenia....
Mogą równie dobrze do siebie wrócić i będzie jeszcze lepiej niż dotychczas ![]()
Jak dla mnie, to jeżeli się kogoś kocha, to się z tym kimś jest. I nie ma tutaj obiektywnych przeszkód: ogromnej odległości, spraw materialnych, mieszkaniowych, etc., które oczywiście w jakimś czasie i przy dobrych chęciach da się rozwiązać. Po prostu Może spłycam, ale tak mi się wydaje. Czarne albo białe: jak Cię kocham, to z Tobą jestem (bez wymówek). Jeżeli nie chcę z Tobą być, to znaczy, że nie kocham Cię wystarczająco, żeby pokonać przeszkody, a co to wtedy jest za związek i możliwość polegania na drugiej osobie?
Nie ma tu alkoholu, przemocy...nie krzywdzisz go w sposób szczególnie dotkliwy.
Z drugiej strony...ciągle piszesz, że nie zrobił tego, nie zrobił tamtego, nie sprostał Twoim oczekiwaniom. Bo pojechał do kumpla. Bo nie inicjuje spotkań. Bo nie robi tak. Bo nie robi siak. Bo wcześniej był na każde Twoje wezwanie, zawsze w pogotowiu, zawsze z pomocną dłonią, zawsze przyjmujący na siebie Twoje "fochy". A może chce Ci pokazać, że jest po prostu facetem i ma prawo do: swojego życia, do tego, by nie być twoją "dwórką" (przepraszam, ale tak mi się skojarzyło jak czytałam, co napisałaś, absolutnie ie chcę Ci zrobić przykrości, po prostu takie odniosłam wrażanie, bazuję tylko na tym, co napisałaś, w końcu Cię nie znam), że nie jesteś pępkiem świata...
Ja sama byłam i jestem typem Twojego faceta. Wiecznie na posterunku i całościowo oddana. Tylko mój facet mnie kopnął w tyłek i poszedł do innej. I, powiem Ci, że żałuję, że nie zaczęłam się tak zachowywać jak twój facet teraz. Pokazałabym, że mam "jaja", a nie jestem taką rozmemłaną mamałygą. Tutaj jestem w stanie go zrozumieć.
Ale, będzie dobrze, głowa do góry! Trzymaj si ciepło!
To nie było też tak, ze ja ciągle tylko chodziłam z podniesioną głową i wymagałam, a sama nic nie dawałam... Robiłam to, ale ja jakoś pokazywałam to subtelniej... To mój pierwszy poważny związek i "uczyłam" się drugiej osoby... Często mu pomagałam, na uczelni, w domu, gdy miał problemy. Starałam się, żeby nigdy nam się nie nudziło, sprawiałam mu niespodzianki, gotowałam to, co lubi.. troszczyłam się... Dawałam z siebie wiele,a te kłótnie wynikały po prostu z takiej specyfiki, konfiguracji naszych charakterów. To jakby spotkały się dwa tornada. Na początku ja poświęcałam się pasji, chciałąm oddechu, chciałam spotykać się ze znajomymi, mieć swoją przestrzeń, a on był bardzo zazdrosny, zaborczy, wyskakiwał z pretensjami, gdy nie znajdywałam dla niego czasu np. przez 2 dni. Drugiego dnia on już wystawał pod domem i robił mi wyrzuty, że z kimś wyszłam, a jego nie brałam pod uwagę. Po czasie odpuściłam, jakoś mu uległam i właściwie każdą wolną chwię spedzalismy razem. Oddaliłam się od przyjaciół i wszystko kręciło się wokół niego... Dopiero po czasie zrozumiałam, że to niezdrowe, że oboje potrzebujemy przestrzeni bo się zanudzimy, a z tej monotonii każdy powód do wszczęcia kłotni był dobry, bo "coś się w końcu działo". Gdy mnie zostawił, ja owszem przyrzekłam sobie, że teraz się postaram, że naprawimy to, ale ile mogłam tkwic w jego ciągłym odrzucaniu, szukaniu wymówek, a 3 dni później pisaniu, że tęskni i kocha. Ten zwiazek, do ktorego odbudowania mielismy dążyć, tworzyłyby dwie osoby... Chciałam, żebyśmy starali sie po równo, a z jego strony kończyło się tylko na obiecankach i pięknym mówieniu, a potem olewaniu dla innych, "ważych spraw". Sama nie wiem. Myślę, że jeszcze się spotkamy, ale jestem już wymęczona psychicznie tym lataniem za nim, już wystarczy, nikt ni jest w stanie na dłuższą metę budować czegoś za dwoje, kochać za dwoje. Wina jest po obu stronach, już dawno ściągnęłam go z piedestału, bo wiem, że często moje pretensje nie były bezpodstawne... Wiem, że gdyby tak naprawdę mocno kochał, będąc ze mną tak blisko nie zostawiłby mnie samej w stanie rozpaczy, że próbowałby mnie uspokoic, być choćby jako przyjaciel. Wiem, że nie zmuszę go do chcenia, jednak jego słowa, że nadal kocha, że nie widzi się z nikim innym, że inne go nie kręcą, ze jestem mu tak bliska, ze da z siebie wszystko, dają mi nadzieję. Mam do niego niesamowita słabość i ona powraca do mnie. Może powinanm dac mu sie teraz wyszaleć, odetchnąc, zatęsknić? Nie rozumiem tego, że jednego dnia mówi,, że zrobi wszystko, bym mu dała szanse, a na drugi dzien dochodzi do sprzeczki i już nagle nie chce... Boję się, że gdybym do niego wróciła w tym momencie gdy on "chce" to za jakiś czas zdazyłabym się zaangazować, zaufać a on znów by mnie zostawił "dla naszego dobra". Ciężko mi z niego zrezygnowac, ale wiem, że narzucając się mu , błagajac w nieskończoność, nigdy nie ruszymy do przodu, bo on zawsze będzie miał "czas na podejmowanie decyzji" skoro widzi, że im mniej się stara i mnie olewa, tym bardziej ja biegam, skacze wokol niego i aranzuję spotkania...
Jak dla mnie, to jeżeli się kogoś kocha, to się z tym kimś jest. I nie ma tutaj obiektywnych przeszkód: ogromnej odległości, spraw materialnych, mieszkaniowych, etc., które oczywiście w jakimś czasie i przy dobrych chęciach da się rozwiązać. Po prostu Może spłycam, ale tak mi się wydaje. Czarne albo białe: jak Cię kocham, to z Tobą jestem (bez wymówek). Jeżeli nie chcę z Tobą być, to znaczy, że nie kocham Cię wystarczająco, żeby pokonać przeszkody, a co to wtedy jest za związek i możliwość polegania na drugiej osobie?
Nie ma tu alkoholu, przemocy...nie krzywdzisz go w sposób szczególnie dotkliwy.
Miłość to czasem za mało. Można kogoś kochać, ale nie potrafić ze sobą rozmawiać, nie sprostać swoim oczekiwaniom, i człowiek staje się nieszczęśliwy. Wtedy bycie z drugą osobą bo się ją przecież kocha to za mało!
Alicjo92 to psychicznie nie jest dobre ani dla Ciebie ani dla niego. Jeśli jest to taka toksyczna miłość, lepiej dać sobie spokój. Związek nie powinien opierać się na ciągłych kłótniach, rozstaniach i powrotach. Taka huśtawka to przecież nie o to chodzi.
Odpuść , przemyśl, daj i jemu na to czas. Wtedy się okaże czy nie możecie bez siebie żyć.
Ja to wszystko rozumiem, przynajmniej staram się. Jednak z drugiej strony mam wrażenie, że on się bawi mną, albo próbuje "ukarać". Testuje moje zachowanie, na ile może sobie pozwolić.. Ignoruje mnie, używa sobie, a gdy wtedy dowiedzialam się o tej pannie, zaczął przepraszac, popłakał się, mówił, że nie chce mnie stracić, że mam mu dac drugą szansę..Ja bardzo chciałabym pracować nad sobą, ale nie tylko ja tego potrzebuję... Boję się, że jak odpuszczę, to on odpuści również. Wmówi sobie i innym, że już mnie nie potrzebuje, nie kocha, że zapomni, pozna kogoś innego.. A ja nie potrafię z niego zrezygnowac... Kocham go.. Wiem, że w nim siedzi ta "słabośc" do mnie, ale nie wiem, jak powinnam postąpic, aby chęci obudziły się w nim ?
Może jemu podoba się to , że tak za nim biegasz teraz? Jeśli przestaniesz, zacznie mu tego brakować i sam wróci ze spuszczoną głową?
Nie wiem nie znam jego/ Ciebie , ale tak bywa. Im bardziej kogoś olewasz tym bardziej pędzi za Tobą.
Z tym że regułą to nie jest.