Witam wszystkich!
Postanowiłam tu zajrzeć, żeby wylać morze łez. Mijają dwa tygodnie od momentu, kiedy mój drugi mąż po 12 latach małżeństwa zakomunikował mi, że się zakochał i odchodzi do innej i to nie młodszej. Najbardziej zabolało mnie to, że wiedział jaka traumę przeżyłam po pierwszym rozwodzie (tez zdrada po 10 latach). Zostałam wtedy z dwójką dzieci. Kiedy poznałam mojego obecnego jeszcze męża, on kończył swój pierwszy związek, bo jego zona nie chciała mieć z nim dzieci. jego marzeniem było mieć rodzinę i dzieci. Kiedy zaczęliśmy się spotykać i poznał moje dzieci, zakochał się w nich a potem chyba we mnie.
Byliśmy naprawdę dobrym małżeństwem. Byliśmy ze sobą bardzo szczęśliwi. Mój mąż był czułym, wrażliwym i ciepłym człowiekiem. Wciąż złorzeczył mojemu pierwszemu mężowi za to, że nie widywał się z moimi dziećmi. Był dla nich ojcem bardziej, niż ich ojciec biologiczny. Wydawało mi się, że złapałam Pana Boga za nogi. Przy nim odbudowałam wiarę w siebie i znów poczułam się kobietą. Nie chce idealizować, ale miałam wrażenie, że chyba lepiej już w związku być nie może.
Przeszliśmy razem wiele ciężkich chwil - moja ciężką operację, ciążę mojej córki w wieku 17 lat. Bardzo wcześnie zostaliśmy dziadkami, wspieraliśmy moją córkę w drodze do ukończenia liceum i w czasie studiów.Teraz moje dzieci skończyły studia. Oboje pracują, córka wyszła za mąż. Syn ma narzeczoną. Rozpoczął się piękny okres, w którym wreszcie mogliśmy zając się sobą. I zajęliśmy się - podróże zagraniczne, wypady weekendowe w góry, imprezy, spotkania ze znajomymi. Czuliśmy, że żyjemy. Prędzej bym się śmierci spodziewała, niż tego, że on ode mnie odejdzie.Wszyscy nasi przyjaciele są w szoku, bo uchodziliśmy za kochającą się parę - bo tak było.
I nagle słyszę od mojego ukochanego męża, że zakochał się i odchodzi. Nie będę, opisywała co czułam, bo pewnie bym się powtarzała. Śpię godzinę na dobę, schudłam 5 kg przez 1,5 tygodnia. Dobiegam 50-tki. Przechodzę menopauzę. Pracujemy w jednej firmie - on jest moim dyrektorem. Ludzie w pracy już wiedzą. Nie wiem , jak długo to wytrzymam. Wciąż myślę o samobójstwie. Dzieci mnie pilnują. Normalnie trauma. A najgorsze jest to, że nic tego nie zapowiadało. Wszystko było w normie. Tylko, te jego służbowe wyjazdy... Kiedy mówiłam mu, że się ich boję, że może mi coś wywinąć, on uśmiechał się czule i mówił "kochanie, po pierwsze cie kocham, po drugie kto by mnie tam chciał, poza tym ja już nie zamierzam sobie po raz trzeci układać życia"
Najdziwniejsze i najbardziej bolesne jest jednak to, że decyzje o porzuceniu nas podjął w jeden dzień, kobietę znał 2 miesiące a widział ja 5 razy. I tyle wystarczyło, żeby poniżyć mnie, dzieci, które traktował jak własne i5-cio letnią wnuczkę, którą rozkochał w sobie, a która teraz wieczorami płacze za dziadziusiem. Czy któraś z was mi wytłumaczy, jak to jest możliwe????