Witam wszystkich, długo gryzłam się z moim problemem, ale dłużej nie wytrzymam i wybuchnę nie zostawiając po sobie nic.
Odszedł, niemal 1,5 miesiąca temu. Spakował się i wyjechał... I nie wiem nawet od czego zacząć, bo tyle pytań, żali, przemyśleń etc. nagromadziło się we mnie, że nie wiem już nic. Jedyne wiadome w moim życiu to to, że trzeba wstać codziennie rano i wyprowadzić psy, umyć się, założyć uśmiech na twarz i wyjść do pracy, a następnie po powrocie z niej ponownie wyjść z psami, posprzątać coś w mieszkaniu (był okres ze chyba z 3 tygodnie nie zrobiłam NIC w mieszkaniu), czasem przypomni mi się, że trzeba coś zjeść i znów z psami i spać. W weekendy jeśli jest wolne to sprzątam całe dnie, byle nie myśleć, jak mam zajęcia na uczelni to się na nich nie skupiam.
Ale może coś o zaistniałej sytuacji.
On wraca, co jakiś czas wpada, a to na kawę a to zwyczajnie na 5 minutek sprawdzić jak sobie radzę. I nie mam bladego pojęcia jak odczytywać te jego "powroty".
Przecież to On mnie zostawił, bo "nie byłam zbyt dorosła", nie neguję tego, bo prawdopodobnie tak właśnie było. Tylko jaką dorosłością On się wykazał.
Ciężko przeszłam utratę pracy we wrześniu, kobiecie trudno jest w moim mieście znaleźć tak dobrze płatną pracę a ja swoją straciłam "bo nie jestem wystarczająco atrakcyjna", a byłam tylko sprzedawcą a nie modelką.
Nowej szukałam prawie 2 miesiące, ale w międzyczasie on się wyniósł, zostawiając nas bez grosza, bez możliwości opłacenia choćby rachunków.
A teraz bezczelnie wraca, a ja nie potrafię go wyrzucić, kazać oddać mu klucze.
Po każdej takiej wizycie (zdarzają się one 2x w miesiącu, nie częściej), jestem totalnie szczęśliwa, och bo chwyciłam pana boga za nogi, bo to już znak, że kocha, że wróci... A potem z jego strony następuje cisza.
Zdarza mu się coś czego nie było nigdy wcześniej... KŁAMIE, ale ja go za dobrze znam, 4,5 roku razem to jednak czas, który pozwala ludziom się poznać. Czasem każe mi się "odpierdolić" "spierdalać" "odjebać" etc. ale i tak sam wraca.
Podjęłam terapię u psychologa, na którą uczęszczam od miesiąca, i po każdej sesji jest mi lepiej, choć na każdej płaczę. Dowiaduję się, że mój sposób postrzegania świata jest poprawny, że moje myślenie jest jak najbardziej ok i choć jest we mnie ogrom dziecka to potrafię to zdusić w sobie i być prawdziwą kobietą.
A On to wszystko burzy.
Przestaję jeść, przestaję spać...
Nie poznaję nowych ludzi bo nie chcę, nie imprezuję bo nie chcę, nie mam na to czasu ani kasy. W mojej głowie jest tylko ON...
Odszedł jak twierdzi na zawsze a jednak wraca...
Czy ktoś przeżył coś podobnego? Czy ktoś może posłużyć mi radą? Walczyć o to uczucie czy poddać się i zapaść w nicość szarej rzeczywistości, rutyny i codzienności??