Witam,
złożyłem konto specjalnie aby poradzić się w trudnej dla mnie sytuacji, ponieważ na kobietach się nie znam jakoś super ![]()
Zacznę może od początku, czyli od przedstawienia siebie - chłopak, lat jeszcze 19, uważam siebie za mocno uczuciowego - jak się do kogoś przywiążę to ciężko potem z tego zrezygnować. Baardzo nieśmiały...
Za mną 2 nieudane związki, jeżeli można to tak nazwać - pierwszy się okazało, że pod czułymi słówkami ze strony partnerki była tylko chęć abym poszedł na jej studniówkę (po studniówce odwiozła mnie do domu i powiedziała, że to już koniec, bo nie pasujemy do siebie), czas - około miesiąc. Drugi to z wokalistką z duetu koncertowego - po koncercie chciała się umówić, umówiliśmy się, potem chodziliśmy dość często na spacery ale w końcu przestała się odzywać, a jak ja do niej pisałem/dzwoniłem to albo nie odpowiadała albo szybko ucinała rozmowę.
Przejdźmy dalej:
Rok temu na wakacjach pracowałem jak zwykle w nadmorskiej gastronomii u mojego stałego sezonowego szefa (ma on parę nadmorskich lokali). Miałem pracować w Niechorzu ale pewien wypadek zmusił mnie do pracowania w Pobierowie. Przed przyjazdem do Pobierowa zahaczyłem z ojcem, który mnie odwoził do Niechorza z dostawą asortymentu - i wtedy poznałem pewną barmankę. Ruda dziewczyna o 2 lata starsza (bardzo lubię rudę) bardzo mi się spodobała i żałowałem przeokropnie, że nie będę mógł z nią pracować. Potem przez całe wakacje prowadziłem wywiad u kucharza z tamtego lokalu, mojego dobrego znajomego, co u niej słychać i takie tam bzdety. Ale jakoś wszystko się rozeszło po kościach. Po wakacjach od czasu do czasu myślałem o niej, bo jej uroda naprawdę mnie powaliła ale nie mogłem się skontaktować z nią, nie wiedziałem o niej praktycznie nic - tylko tyle, że jej wygląd zewnętrzny uderzał w moje gusta niemal idealnie.
W te wakacje znów przypadło mi w udziale Pobierowo, ale jak się okazało - z ową barmanką! Podniecony byłem bardzo, bo o niej przez ten rok nie zapomniałem. Przyjechała w pierwszym tygodniu lipca, poznaliśmy się, lecz nie wszystko potoczyło się tak jak sobie wyobrażałem - w wyniku pewnego nieśmiesznego żartu z jej strony pokłóciliśmy się i bardzo się nie "lubiliśmy". I tak przez około 2 tygodnie żyliśmy w niezgodzie. Ale podczas pewnej imprezy w lokalu nie byłem w humorze więc poszedłem sobie nad morze, by później wrócić i posłuchać sobie muzyki na schodach przed wejściem do naszych domków sypialnianych. Warto dodać, że nasze kłótnie były dość intensywne. Wtedy ona usiadła obok mnie, zapytała się czy może się przytulić (zgodziłem się oczywiście) i poprosiła abyśmy przestali się kłócić (byłem zaskoczony). Poszliśmy nad morze - dowiedziałem się, że ona żyje od 3 lat w nieszczęśliwym związku z facetem, którego nie kocha (próbowała z nim zerwać kilka razy, ale za każdym razem robił sobie krzywdę - tabletki i te sprawy, nawet próbował się powiesić). Też wyjawiłem jej sekrety moich nieudanych związków. Wróciliśmy do naszych domków, okazało się, że wszystkie łóżka obok mojego są zajęte przez uczestników libacji. Położyliśmy się więc razem. Lecz nie mogliśmy spać, leżeliśmy na przeciwko siebie i obdarzaliśmy się małymi czułościami (głaskanie i te sprawy). Aż w końcu nasze usta się spotkały (tu byłem zszokowany najbardziej w moim życiu, nie dawałem sobie żadnych szans, twierdząc, że nie jestem wart - niska samoocena, kolejna moja cecha). Stało się to mniej więcej w połowie/pod konicec lipca. I tak z dnia na dzień nasz "związek" kwitł. Odwiedził ją chłopak - zerwała z nim (kolejny szok, ale była szczęśliwa, że się od niego uwolniła), dziękując mi, że otworzyłem jej oczy. Zaczęliśmy sypiać razem, a nie jak wcześniej - na osobnych łóżkach w osobnych pokojach. Zakochałem się z wzajemnością. Bardzo mocno. Jedyny ból był taki, że dzieli nasz duża odległość od miejsca zamieszkania - około 600km. Postanowiliśmy dać sobie szansę, zobaczyć jak to się będzie układać. Do końca wakacji, każdą wolną chwilę spędzaliśmy razem, jak nie mogliśmy to smsowaliśmy. Musiałem na tydzień wyjechać do innej miejscowowści na zastępstwo innego kucharza - wtedy gadaliśmy przez telefon po 1-3h dziennie. Wróciłem do niej i resztę sierpnia (jakieś 2 tygodnie) spędzałem u jej boku. Kochałem ją baardzo mocno, ona mnie też (mówiła, że przy mnie jest szczęśliwa, uszczęśliwiam ją, że mnie kocha i nie chce mnie stracić).
Ale przyszedł czas rozstania - wspólnie podjęliśmy decyzję, że ciągniemy to dalej.
Spotykaliśmy się co drugi tydzień na weekendy - raz u mnie raz u niej. Było cudownie. Gdy byliśmy na obu końcach Polski to pisaliśmy codziennie - smsy przepełnione czułościami a do tego telefony i skype po 2-6h. Byłem szczęsliwy, mimo, że było ciężko, bo jednak odległość - każdy by chyba wolał swoją drugą połówkę widywać codziennie ![]()
Minęło 6 miesięcy. Wszystko było cudownie - do 22 listopada. Wtedy dostałem ostatniego cukierkowego smsa. Potem powoli zaczęła ta namiętność z jej strony wysychać. Po tym dniu częstotliwość odbierania smsów od niej znacznie zmalała - to już nie było po 20-50 smsów dziennie, ale max 10. Coś było nie tak.
W piątek w zeszłym tygodniu miałem do niej jechać. Pilnie do mnie zadzwoniła zapłakana - jej babcia miała wylew i moja luba musiała jechać do szpitala co niestety uniemożliwiało mi możliwość pojechania do niej na weekend. Zaczęła mnie przepraszać ale powiedziałem, że to nie jej wina. Nie jej wina, że babcia miała wylew. Jak dla mnie wszystko było w porządku, mogłem pojechać w następnym tygodniu. Ale coś się zepsuło. przestała do mnie pisać tak często smsów, po 2-3 na dzień. Na dzień dobry, potem, że jedzie na uczelnie a potem, że idzie spać. Nadal zapewniała, że mnie kocha i nadal jej zależy, ale nie ma czasu bo babcia, bo studia i takie tam.
Pewnego dnia napisałem jej, że chyba się oddalamy od siebie. Potwierdziła to. I wtedy mój świat zaczął sie powoli zawalać.
Zapytałem, czy porozmawiamy przez telefon - powiedziała, że tak ale po 22 jak znajadzie chwilkę. Rozmawialiśmy wtedy przez godzinę - powiedziała, że nadal mnie kocha, bardzo jej zależy ale ma dużo nauki teraz, bo ma bardzo ważne kolokwium (jak nie zda, to koniec jej studiowania) i na dodatek jeźdxi do babci do szpitala i ma mało czasu. Żarciki, niby luźna atmosfera. Ale kontak nadal wysychał, mało smsów, bardzo rzadkie i krótkie telefony ( w sumie od tamtego momentu rozmawialiśmy raz, przed wczoraj przez 5 minut, bo była z psem). W ten weekend wróciła do siebie do domu (studiuje w innym mieście w zazwyczaj tam się spotykaliśmy). Chciałem porozmawiać przez telefon, ale powiedział, że nie wie czy będzie wychodzić z psem, a w domu nie może rozmawiać, bo siedzi z mamą. Myślałem, że powiedziała swojej mamie o nas, zapytałem. Powiedziała, że mówiła, że się spotykamy ale nie chce gadać w domu, bo mama jest załamana stanem babci i ona ciągle ją pociesza. Było to wczoraj mniej więcej godziny 17. Odpowiedziała smsem o takim suchym tonie, że przeprosiłem, za to, że zapytałem. Nic nie odpowiedziała. Kontakt się urwał. Nie dostałem od tamtego czasu żadnego smsa, nic. W akcie desperacji, wysłałem jej parę smsów (5), że ją kocham, nie chcę jej stracić, na dobranoc...
Martwię się. Mam potężnego doła. Boję się zadzwonić, bo mogę usłyszeć to czego nie chcę sułyszeć, mimo, że zapewniała mnie, że nie zerwie ze mną przez telefon. Nie mogę nic jeść, nie jadłem od 3 dni. Jestem głodny, ale cokolwiek zjem, to od razu ląduje w klozecie... Potrzebuję pomocy...
Sam nie wiem co to może znaczyć. Ona mnie już nie kocha? Może umyslnie ignoruje moje smsy, bo ma mnie już dość?
Dodam tylko parę ważnych informacji:
- jej były chłopak był jakimś psycholem, nie pozwalał jej się spotykać ze znajomymi, pić alkoholu, kontrolował jej telefon.
- Jakoś w październiku, gdy była u mnie i poszła się myc dała mi swój nowy telefon abym się pobawił. Dostała smsa od mamy, niechcący wcisnąłem go i przeczytałem (obrzydliwe, wiem, ale jakos tak wyszło). Okazało się, że nie powiedziała mamie, że jest u mnie tylko u koleżanki...
- planowalismy spędzić wspólnie okres poświąteczno-przedsylwestrowy ale teraz stoi to pod znakiem zapytania, bo "nie wie jak to będzie"
- mieliśmy iść razem na moją studniówkę, zapytałem sie ostatnio czy coś się zmieniło, ale nie mogę dopytać się odpowiedzi (poruszałem ten temat kilkakrotnie)
Co mam robić? Co powinienem zrobić? Jak rozwiązać tę sytuację? Co to wszystko może znaczyć? Czemu się nie odzywa już do mnie? Nie mogę już normalnie żyć, moja pierwsza prawdziwa długa miłośc. Bardzo mi na niej zależy... Nie chce jej stracić...
Nie mogę żyć tak jak dawniej, to co dawało mi przyjemność już mi nie daje... Jak dawniej mogłem spędzić przed pewną grą po 20h dziennie tak teraz nie mogę wysiedzieć przy tym 10 min. Leżę w łóżku, patrzę sie w ścianę. Czytam całą historię smsów od początku do końca, i tak w kółko. Gdy czytam te, kiedy wszystko było idealnie - płaczę... Chcę aby było tak jak było... Nie mogę sobię z tym poradzić, nie wiem jak się pozbierać...
Proszę, drogie Panie, pomocy... Pytajcie o coś, ja odpowiem...
PS. Przepraszam, że tak się rozpisałem, ale jak to pisałem poczułem się troszkę lepiej, że mogłem się z kimś tym podzielić... Niestety mieszkam na dzielnicy na obrzeżach dzielnicy stosunkowo krótko i nie mam tutaj nikogo, kto by mnie wysłuchał i jakoś pomógł...