Hej,
sama nie wierzę, że piszę w sieci o tym, ale przynajmniej może poznam kilka obiektywnych opinii... Z góry dziękuję, jeśli komuś chce się przeczytać ten esej...
Mam +20 lat, rzeczony facet jest wiosnę starszy. Poznaliśmy się w dość nietypowy sposób, wręczył mi swój numer telefonu, żebym się odezwała (nie zagłębię się w szczegóły, widywaliśmy się już kilka razy wcześniej i zawsze patrzył na mnie i się uśmiechał, ale był w pracy, więc takie podanie numeru było tak naprawdę jedyną opcją "zagadania", no bo nie miał do mnie tak naprawdę żadnego innego dojścia, a na to wystarczył ułamek sekundy). Napisałam, odpisał. Za kilka dni się umówiliśmy.
Wiecie co to chemia, na pewno. Ona się pojawiła od razu. Sama się z tego śmieję, bo nie wierzę w takie rzeczy, ale miałam już kilku chłopaków i z żadnym nie czułam niczego takiego, nigdy. Patrzyliśmy sobie w oczy, tematy do rozmów nam się nie kończyły, mamy podobne zainteresowania, słuchamy tej samej muzyki, właściwie z marszu poszłam na randkę z - tak naprawdę - nieznajomym - a po 4 godzinach czułam się, jakbyśmy byli przyjaciółmi od lat. A że poszliśmy na piwo, to trochę w głowie zaszumiało i pocałowaliśmy się, tak, momentalnie poczułam, że to TO. Potem się rozeszliśmy na autobus, przez kilka kolejnych dni pisał do mnie na dzień dobry i dobranoc (sama w to nie wierzę) + pytał co u mnie. Ponownie spotkaliśmy się za 3-4 dni, oczywiście z jego inicjatywy.
I kolejny raz. I kolejny. I tak jakoś poszło.
Nie jesteśmy już w wieku "pytania o chodzenie", zresztą litości, ostatnio "o chodzenie" chłopak pytał mnie, jak byłam w drugiej klasie gimnazjum
Więc skoro spotykaliśmy się, za każdym razem brał mnie za rękę, całował na przywitanie, nigdy nie pozwolił za siebie płacić, spędzaliśmy razem czas, w miarę możliwości noce (jego praca zabiera bardzo dużo czasu sama w sobie, a pozostałą część doby musi wykorzystać na spokojny sen, bo inaczej klęska).
Pewnego dnia, po jakimś miesiącu czy dwóch, wyjechałam na tydzień (były wakacje). Kilka dni pisał do mnie normalnie, potem cisza na 3 czy 4 dni. Yyy... Okej. Długi sms, co robił, na moje desperackie zapytanie (o ja głupia!). Wróciłam, znowu się spotykaliśmy. Wziął urlop. Nie jest z mojego województwa, pojechał do siebie. 3 dni milczał. Czwartego zadzwonił.
Rozmawialiśmy ponad godzinę. Mówił jak bardzo za mną tęskni. Snuł plany wyjazdowe. Powiedziałam mu w żartach, że myślałam, że o mnie zapomniał. "Misiu, wiesz, że o Tobie myślę, nawet jak do Ciebie nie piszę". Że się nie może doczekać poniedziałku, bo się zobaczymy. Że we wtorek weźmie urlop na żądanie, bo chce spędzić ze mną tak dużo czasu. Ok, przyszedł poniedziałek. Cisza. Dzwonię do niego. Chamskim tonem powiedział, że w mieście X będzie późno, może o 23, następnego dnia ma na 5 rano, więc nie ma czasu. Dziwne. Tknęło mnie i pojechałam do sklepu na jego dzielnicę (drugi koniec miasta ode mnie) i mu to napisałam. "Ok to chodź do mnie". Ale była dopiero 17..... Więc już był. Wieczór był całkiem miły, okazało się, że jest po prostu strasznie skacowany. Jak nawiązałam do środowej rozmowy to był zdziwiony, stwierdził że nic nie pamięta, bo był potwornie pijany. Hmmm.... Bardzo mnie to zdziwiło.
Dwa dni później widziałam się z nim w jego pracy. Udał, że mnie nie zna. Na krótkiej przerwie powiedział, że musi ode mnie odpocząć, bo go przytłaczam, bo piszę do niego ciągle (tak, pisałam często ALE TYLKO DLATEGO, że tak mnie przyzwyczaił na początku znajomości!!!!). Okazało się, że facet nie cierpi smsów (i faktycznie ich nie pisuje....). Powiedział, że przemyśli i się odezwie. Odezwał się za kilka dni, przyznał się do błędu i przeprosił. Znów było w miarę ok.
I teraz tak. Od jakiegoś czasu praktycznie w ogóle nie rozmawiamy - chyba, że go odwiedzę w pracy, a teoretycznie nie bardzo wolno mu wtedy gadać. I nie zawsze może. Nie dzwoni. Ja też nie. Nie piszę. Jeśli ja już coś napiszę - nie odpisuje. Gadaliśmy jeszcze na GG (w 90% przypadków on zagadywał), rozmowy trwały po 3-5 godzin. Od jakiegoś czasu jest czerwone słoneczko, choć to już nie czasy gg, ale wiem, że włączał przy starcie systemu i nie przejmował się statusem.
Widzieliśmy się ostatnio. Praktycznie to wymusiłam, bo źle sie czuł (jak jest chory to rzuca gromami). Jak zapytałam, czemu tak tracimy kontakt, stwierdził, że wydaje mi się. Jasne....
Więc tyle mojej historii.
Po krótce i na temat powiem jeszcze, że został kiedyś bardzo zraniony przez kobietę i twierdzi, że od tego czasu nie ma serca. Że nie chce mi niczego obiecywać. Że wiem jak jest. Po czym później rzuca "przytul mnie" i tuli się bardzo mocno, bardzo o mnie dba, wiem, że mogę na niego liczyć w miarę możliwości, nigdy nie pozwolił mi wydać grosza, chodzimy za rękę i całujemy się normalnie, na ulicy też (znaczy bez przesady, do granic dobrego smaku), chyba że jest w pracy - wyleciałby
Czuję, że bardzo mi na nim zależy, widzę jak na mnie patrzy, jak potrafię go złapać podczas oglądania filmu - patrzy mi na twarz, widzę kątem oka, czasem nawet z minutę (tak, na twarz, oczy, nie niżej
).
Związki "łóżkowe" przerabiałam i nikt tak mnie nie traktował, tak nie patrzył.
Przyznał też, że jego styl życia go wykańcza, bo przez tę pracę nie ma siły robić niczego innego. A całość pracy zajmuje mu ok. 12 h/dobę, jest to praca zarówno psychicznie wykańczająca, jak i fizycznie, i ponosi odpowiedzialność za życie innych osób. Ale ją uwielbia, okej, tylko mam kolegów w jego firmie i nigdy nie zachowywali się aż tak. Rozumiem, że na początku mnie "zdobywał", tylko że teraz czuję się, jakbyśmy byli jakąś parą z wielkim stażem, choć znamy się dopiero pół roku, przy nim jestem bardzo swobodna, i on też.... tylko nie wiem, co dalej. Stoje na rozdrożu.
Bo jestem człowiekiem przeczuć. Tak naprawdę nigdy mnie nie zawiodły - przeczuwam, co się wydarzy, albo chociaż coś w tym rodzaju, i to się sprawdza. Tu czuję, że to ten. Widzę, jak patrzy, wiem jak dotyka i przytula, to nie jest ani dotyk przyjacielski, ani napaleńca (właściwie to mi zarzuca, że jestem nimfomanką i potrafi powiedzieć "nie teraz"). To nie jest tak, że idziemy do łóżka i nara. Potrafimy gadać godzinami i poza pocałunkami nie ma nic, bo jesteśmy zbyt zmęczeni. Gdy spędzamy razem noc i się obudzimy jakoś równocześnie, szepcze "jesteś piękna" albo po prostu mnie całuje i przytula, i śpimy dalej.
W tę relację szłam zraniona pewnym lovelasem, który postanowił mnie wykorzystać i porzucić, haha, nie wierzę, że się nim przejmowałam. Ten to inna historia, jak mówię, czuje między nami ogromną chemię, poza tym ta rozmowa w wakacje.... nawet jeśli był pijany, to był odważny.... mam wrażenie, że on sobie wmawia, bo powiedział mi kiedyś , że tamta laska tak mu zniszczyła życie, że najgorszemu wrogowi tego nie życzy.... ale ja nie wierzę w facetów, którzy się boją!!!!
Jak komuś się nudzi, proszę, doradźcie. Jak widać jestem mistrzynią eseju... lol. Pozdrawiam