Cześć! No więc... Zacznę od tego, że mam faceta, który uczy się na żołnierza w Warszawie. I co dzień wykazuję się dużą cierpliwością jeśli chodzi o jego przepustki, humory, dbanie o sylwetkę tzn. co dzień wizyta na siłowni basenie a ja muszę czekać z telefonem w ręku jak mam jakiś problem, aż skończy i odpisze.. I człowiek bierze na siebie na bary tą samotność, bo go kocha, ale kiedy zaczynają się kłótnie...
Jesteśmy już ponad rok. Na początku w ogóle się nie kłóciliśmy, bo nie zależało mi jeszcze na nas aż tak i bardzo go nie kochałam. Czułam się przy nim dobrze i postanowiłam znów zaufać facetowi ( mój ostatni nie przyznał mi się że ma dziecko z byłą i biorą ślub, normalnie się ze mną spotykał i był to dla mnie wielki cios zwłaszcza że miałam 17 lat i młoda osoba jest bardzo podatna na krzywdę) Ale teraz gdy się kłócimy on zgania winę na mnie.. Kiedyś wiedziałam jakie ma zajęcia, że nie pisze bo np. śpi w dzień, ma zaliczenia... A teraz nic nie wiem. Nic nie chce mi mówić, bo ja niby nie pytam. A jak się go spytam co ma to mówi, że "nie pamiętam.. nie wiem". I jak przyjeżdża tu to jest szarmancki robi kolację przy świecach a potem wyjeżdża i znów się zaczyna. Uważa, że mówienie mi np. o spaniu w dzień jest bezcelowe bo zaraz będę miała mu to za złe i zrobi się awantura. Mam dość postrzegania mnie za taką osobę. Sam mówi, że w weekend mówię co innego a potem uważam go za złego i nigdy po jego stronie wina nie leży.
Bardzo go kocham, pomaga mi finansowo, ale gdy np. wspomnę mu "jakby wyglądał nasz ślub?" to wycofuję się jak gdyby do tego nie dorósł. Myślałam, że jak popchnę to o krok dalej to naprawi się to... Niby drobnostki i nie kłócimy się o nic poważnego, ale czyż nie z takich drobnostek psuję się wszystko efektem domina? Miałam już sporo facetów z którymi się spotykałam i potrafiłam ich rzucić znałam własną wartość i wiedziałam czego chcę a tu mięknę, wiem że nie dam sobie rady, że trafię na pijaka, ćpuna... Czuję się tak od niego zależna, że tylko płaczę po nocach.. Nie potrafi mnie zrozumieć, nawet gdy chciałam przerwać branie tabletek to wtedy kłótnia była co krok też nie wiadomo o co.. Gdy napisałam mu kiedyś, że znam swoją wartość i nie pozwolę by mnie tak traktował to wyśmiał mnie.... Gdy szłam do akademika nie mogłam mu powiedzieć nawet że rozmawiam z kolegą bo zaraz pół dnia spędziłabym na kłótni. Wiele dla niego poświęciłam, a gdy kiedyś ogłosiłam przerwę to wtedy wziął się za siebie napisał list z przeprosinami i był milutki, potem znów to samo. Ile razy stałam przed nim i tłumaczyłam ile razy zaciskałam zęby i dawałam kompromisy... Nie czuję się szczęśliwa.. Tylko mam szczęście w tym, że jest taka osoba która mnie akceptuję... Jestem załamana, teraz znów się nie odzywamy bo mu wyrzuciłam co na sercu mi leży ( zawsze mi mówił że mam mówić co mnie dręczy) i oczywiście znów że on nic złego nie zrobił i że czemu mu nie odpisuję..
Proszę poradźcie!