Na wstępie:
Jestem studentką na uniwersytecie 1 roku filologi angielskiej na studiach dziennych, 80km od mojej miejscowości. Mam skończone 19 lat. Mam 10 lat starszą siostrę która w tym roku założyła już swoja rodzinę, w domu zostałam tylko ja z rodzicami. Jestem osobą spokojną stroniącą od alkoholu, owszem jak ktoś poczęstuje to zapalę, na dyskotece byłam 3 razy w życiu i to i tak punkt 24 musiałam być w domu..od 1,5 roku jestem w związku którego mama nie wiem czemu, ale nie toleruje z resztą ona niczego nie toleruje co jest nie po jej myśli... Problemem przewodnim jest to, ze mam NADOPIEKUŃCZĄ MATKĘ.
Do końca gimnazjum jakoś mi to nie przeszkadzało, że w tyg nie wychodzę bo się muszę uczyć a w weekendy siedzę w domu przed tv bądź komputerem. Nie przeszkadzało mi to bo jak wspominałam wcześniej jestem osobą spokojną nie przechodziłam buntu, ale teraz z bocznej perspektywy wydaje mi się, że po prostu dałam się omotać stałam się marionetką w rękach dyktatorskiej i dominującej charakterem osoby.. Zawsze robiłam to co ona chciała, nawet poglądy i zdanie (mimo, że miałam przeciwne) miałam takie same co moja mama. Jej nadopiekuńczość przejawiała się od czasów dzieciństwa , ''na dwór nie wyjdziesz bo za duży upał'', "z dziećmi nie biegaj bo się nawdychasz pyłków i będziesz kichać", (NAWET W PRZEDSZKOLU JAK DZIECI WYCHODZIŁY NA DWÓR JA MUSIAŁAM ZOSTAĆ W SALI BO BYŁO ZBYT DUŻE STĘŻENIE PYŁKÓW PARANOJA!), "nad wodę z wujkiem nie pojedziesz bo się utopisz" etc... Przyzwyczaiłam się do tego, ze wszędzie i zawsze z mama, mama i mama. Będąc w gim jeszcze mi to nie przeszkadzało, żyłam wyobrażeniem o luzackich czasach w liceum...
No i liceum nadeszło. Z tym, że jedynie zmieniłam status edukacyjny bo w życiu osobistym i domowym nie ruszyło nic do przodu... Z nauka nie było u mnie nigdy najgorzej zawsze lubiłam angielski same 5 i 4, ogółem z humanistycznych radziłam sobie dobrze, leżałam totalnie z matmy, ale temu jakoś się dało zaradzić. Cala 1 kl przesiedziałam w domu, miałam 2 adoratorów ale jakoś oni mi nie przypadli do gustu i nic z tego nie wynikło ( tak mama o nich wiedziała i OD DZIWO nie nie mówiła wręcz przeciwnie jednego nazwę go X polubiła bardziej niż ja). W 2 kl nadeszła era 18, no i tu myślałam, że sobie 'poużywam' , ale w 2 kl przed 18'stkami pierwszą imprezą z alkoholem i bez rodziców był dla mnie półmetek, na korty mama nie chciała mnie puścić, bo to głupota i szkoda pieniędzy. Ostatecznie (PO WIELKIM NASŁUCHANIU I NARZEKANIU Z JEJ STRONY) poszłam sama w za dużej sukience siostry. Dla mnie było i tak świetnie 1 raz w życiu spróbowałam alkoholu, ale i tak imprezę musiałam opuścić pierwsza o 1 w nocy tato już na mnie czekał... Z 18stkmi było podobnie godzina 1 tato już na mnie czeka jeszcze miedzy czasie smsy, telefony niekiedy tak było ze i mama siedziała obok... czyli odbierali mnie we 2.. jedynym wyjątkiem była sytuacje gdzie X czyli mój były adorator który też był na tej 18, ugadał czekająca w samochodzie moja mamę żebym została do której chce bo on mnie odprowadzi.. Pod koniec 2 klasy poznałam Bartka, jesteśmy razem do tej pory, jest ode mnie młodszy 2 lata, ale jest poważny i dojrzały jak na swój wiek, czasami wydaje mi się, ze mama go lubi bo chwali ze jest pracowity, uczynny a czasami miesza go i mnie z błotem,potrafi chamsko powiedzieć mi w twarz "co pierdolisz się już z nim pewnie?" ale już możne to daruje... Najwięcej wstydu najadłam się w wakacje przed 3 klasa kiedy moja przyjaciółka zaproponowała mi jednodniowy wyjazd nad kapielsko niedaleko mojej miejscowości. Zaproponowała , że zawiezie mnie, jej koleżankę i siostrę jej chłopak (prawko miał od pół roku) mama oczywiście zabroniła, mimo, ze ten chłopak przeszedł kurs ratownika i jest na prawdę odpowiedzialny. Mimo to kiedy rodzice byli w pracy zostawiłam kartkę na stole "pojechałam z X nad wodę wrócę wieczorem nie powiedizalam rano bo byś krzyczała' najlepsze jest to, ze tych wszystkich znaj mama znam to to są na prawdę spokojni ludzie... było nas 8 osób 4 chłopaków i 4 dziewczyny, po 3 h siedzenia BEZ ALKOHOLU! nad woda dostaje tel czemu nie odbieram domowego, no i powiedziałam jej prawdę, darła się tak , ze ponoć ludzie w wodzie słyszeli, musiałam zostać odwieziona do domu prze chłopaka przyjaciółki co za wstyd..
A mimo to, w wakacje przed maturalną było trochę lepiej mogłam chodzić po dworze do 23, ale i tak słyszałam ze jestem łajza ze się szlajam jak szmata, pomijając fakt ze całe dzieciństwo i czasy gim siedziałam w domu.. W klasie maturalnej w tyg nie wychodziłam, z Bartkiem widziałam sie tylko w weekendy od 18 do 22, i to on do mnie przychodził. Raz poszliśmy na dyskotekę ok. 2 km od mojego domu z której i tak musieliśmy wracać po 24. Czasami gdzieś wyszliśmy w weekend ze znajomymi ale nie dłużej niż 23.. Dobra przemilczałam to bo jak wspominałam jestem nogą z matmy i nie byłam pewna czy zdam maturę, dlatego wolałam siedzieć w domu niż potem słuchać ze nie zdałam przez "kawalera" z którym tak bardzo latam... Zdałam maturę, może nie perfekcyjnie ale dostałam się na uniwersytet i nie na gówniany kierunek.. Mimo to mamie dalej się nie podobało bo przecież 'na pewnie gdybyś się bardziej przyłożyła i olała tego chłopaka i znajomych dostałabyś się tam i tam" nie jej nigdy nie pasuje, prędzej mnie przy kimś zjedzie niż wychwali..
Najdłuższe wakacje okazały się najbardziej beznadziejnie, Bartek poszedł do pracy dlatego widzieliśmy sie wieczorami i to nie za długo bo był zmeczony, raz udało nam sie pójść na koncert to o 24 jak ju wracałam był telefon gdzie jestem i fochy od niej miom , że mowiłam ze wroce nie co pozniej bo to koncert... Jeszcze innym przykładem było to jak mówiłam ze wychodzimy na miasto i wrócę po 22 to już punkt 22 dostaje telefon gdzie jestem a w domu bure ze zajdę w ciąże bo się z nim pierdole... Jak w wakacje chciałam pojechać nad wodę ( i to na jeden dzień bez noclegu) z Bartkiem i znajomymi, doszło nawet miedzy mną a nią do rękoczynów... Ostatecznie wszyscy znaj byli ustawieni jedynie ja i Bartek ich wystawiliśmy przez ze mnie. I owszem pojechaliśmy nad wodę 3 razy ale tak , ze to mój tato nas przywiózł i odebrał... Tak zleciały wakacje przez które się nasłuchałam że się jebie, ze studiów nie zacznę bo w ciąże zajdę, że jestem łajza, że się szlajam, pełne płaczu, huśtawek miedzy nami bo jest miłość kiedy ja sie mamy słucham a wojna kiedy gdzie zechce wyjść, waleniem łbem w ścianę - (po prostu nie mam juz argumentów i sił jak mi wciska ze sie jebie, ze mam ja gdzieś, ze przykładem i wzorem są dla mnie ku*wy) . Myślałam ze z dniem studiów to się zmieni, ale myślał indyk... Jest coraz gorzej, od pon do czwartku mieszkam w mieście w którym studiuje, mama dzwoni do mnie po 3 razy dziennie wytypuje o wszystko nawet co jadłam i co kupiłam w sklepie rozlicza mnie z pieniędzy (mimo , że to tato utrzymuje mnie na studiach).. Ona mnie chyba sprawdza czy nie imprezuje. A owszem chciałabym CHOCIAŻ RAZ pójść z koleżankami do clubu.. ale się boje , że w tym czasie ona zadzwoni.. Ostatecznie cały tydzień siedzie na uczelni a potem stancji przed laptopem bądź tele przy uchu.. Jak wrócę to chyba wiadomo, że chce spotkać się z chłopakiem, w ten weekend wróciłam w środę ze wzgledu na święto. Wrodziłam o 14 a z Bartkiem byłam omówiona na 18, mówiąc wychodzę na miast wroce po 20 usłyszałam "a ty tak zawsze juz bedziesz ze ledwo przyjedziesz juz cie nie ma?'' i tak cały patek (1 listopada) przesiedziałam w domu i to w swoim pokoju wiec nie wiem co to jej za różnica czy jestem czy mnie nie ma. Dzis powiedziałam ze wychodzę i wrócę po 21, ledwo wyszłam a mama dzwoni "gdzie jesteś xx(siostra) cie zaprasza na ciasto" ja mowie ze z Bartkiem u jego kolegi (tak na prawdę u Bartka , ale mama nie toleruje zęby to dziewczyna chodziła to chłopaka ale problem jest w tym ze ona też nie toleruje tego jak on do mnie przychodzi) a ona że nie wydaje jej się i ze później pogadamy. Mimo , ze cala sobotę jej o tym mówiłam, ze wychodzę.. Kurde a czy ja mam 5 lat? Poczułam się jakk dziecko , przecież wrócę o przyzwoitej godzinie, ja jej nie rozumiem czemu mnie tak traktuje nawet jak na spacer wyjdę to stroi fochy. Na nic mi nie pozwala znaczy pozwala ale tak ze później wysłuchuje... Za tydzień są Dawida urodziny chcielibyśmy pójść na dyskotekę i wrócić o 2 ale ja sie boje ze to sie nie uda.. Jeżeli nie, to poważnie rozważam ucieczkę do Siedlec zaskórniaki jakieś mam a od grudnia będę dostawać stypendium z którego skromnie żyjąc na stancje i jedzenie jakos wydolę..Po za tym mam tate, wiec by mi finansowo pomógł tak samo siostra.. Czuje się jak zwierze w klatce.. A jestem posłuszna sprzątam w całym domu - ja, kiedy trzeba pomogę, na zakupy z nią jeżdżę, na działce trawę z nią kosze, nawet do lasu w wakacje na jagody pojechała mimo ze nie nawadze lasu.. zawsze jestem na czas bardzo ją kocham, ale ona nie rozumie , że mnie często ośmiesza przed znajomymi i rani takim zachowaniem bo ja się czuję jak kaleka społeczna. Mam dość słuchania i sprawdzania co zjadłam, czy się ciepło ubrałam i czemu nie śpię w środku nocy tylko w dzień... Psychicznie nie wytrzymuje, nie chce mi się już żyć.. Wszystko co robię to z myślą ' a co by mam powiedziała gdyby to zobaczyła ' mimo , że nie tobie nic złego. Dosłownie jak pije piwo z koleżankami czy pale papierosa (mimo ze mama jest nałogowym palaczem) mam taką myśl mimo ze to je jest jedno piwo i jestem już prawnie dorosła.. Czuje się jak 12 latka uwiedziona w ciele prawie 20 latki.. Boje się co będzie na wiosnę kiedy zacznie się sezon motocyklowy mama na pewno mi nie pozwoli jeździć z Bartkiem... co robić aby dala mi trochę swobody, abym mogła chociaż trochę rozluźnić ten kaftan! :C
wiem, ze jest to opis zniechęcający ze względu na ilość, i dość chaotycznie opisany, mogę brzmieć z deka jak desperatka , ale w sumie jestem zdesperowana bo nie chce jej ranić, ale w końcu musi zrozumieć ze nie jestem juz jej mała dziewczynka... A wiem, że moja mama w młodości do świętach nie należała...