Witam,
mam do Was pytanie, bardziej jako temat do dyskusji niż prośbę o radę.
Gdzie jest granica między zdrowymi oczekiwaniami wobec związku a szukaniem przysłowiowego księcia na białym koniu spełniającego szereg punktów z listy oczekiwań?
Moje rozmyślania nie wzięły się znikąd. Sama "przestawiłam" jedną znajomość na koleżeńskie tory, mogę powiedzieć, że zrezygnowałam z potencjalnej szansy na związek. Facet ma po prostu kilka cech, które mnie odrzucają, są sytuacje, w których wolałabym, żeby zachował się inaczej. I nie są to sprawy typu: żeby dzwonił do mnie pięć razy dziennie. Chodzi np o pomysł na swoje życie, którego nie ma. Miałam czasem wrażenie, że jak minie pierwsze "wow" to zanudzę się z nim na śmierć. Nie jest mi obojętny, bo mamy kontakt ze sobą, dzwonimy do siebie, ale nie mogłam się przekonać do niego, tak do końca. Zaczęłam się zastanawiać, czy może za bardzo sobie nie wymyślam z tymi "rzeczami", których u niego nie lubię. Ale z drugiej strony jeśli chcemy z kimś być to akceptujemy go mimo wad i czujemy, że chcemy, a ja cały czas miałam te wątpliwości.
Co o tym myślicie?
Pozdrawiam ![]()