Na początek krótko o sobie. Już bardzo niedużo brakuje mi do 30stki, a moim głównym życiowym problemem jest mój stan zdrowia. Nie jeżdżę na wózku, choroby bardzo po mnie nie widać ale sprawa nie jest błaha ani przejściowa. Co najważniejsze w tej sprawie, wiąże się z nią sporo ograniczeń w codziennym życiu. Tego i tamtego nie mogę.
Przez ten fakt nie zaznałem do tej pory zbyt wielu przygód miłosnych. Nie mam sumienia walczyć o żadną kobietę, starać się o nią skoro wiem jakie życie ją ze mną czeka. Czuję, że to byłoby draństwo z mojej strony. Po drugie boję się, że nawet jeśli ktoś zaakceptowałby moje ograniczenia to zrobi to na krótko a potem po prostu nie wytrzyma i odejdzie. Mimo wszystko, natura robi swoje i od czasu do czasu gdy mam lepszy humor, pokazuje się na portalu randkowym.
Dzisiejszy świat, jest przepełniony różnymi rzeczami, pozytywnymi i negatywnymi, przyjemnościami i troskami. Ja z większości przyjemności nie mogę korzystać. Czy wyobrażacie sobie, że mam odmówić tych przyjemności też swojej ewentualnej drugiej połówce? Czy może mam powiedzieć - "Idź beze mnie. Ja nie mogę". "Wiesz jak bardzo chciałbym ale ja nie mogę. Jedź odpocząć z przyjaciółką." Raz, drugi, dziesiąty raz... W końcu ona powie ... "to jesteś ze mną czy nie? Moje koleżanki mają normalnych partnerów/mężów a ja co?!". Nie chciałbym usłyszeć za 10, 20 lat że "przez ciebie zmarnowałam sobie życie". Tego się boję. Okropnie się boję.
Myślę, że pewnym rozwiązaniem dla mnie jest poszukanie sobie kogoś z podobnymi problemami, z tą samą chorobą co moja. Bardzo chciałbym mieć w przyszłości maluszka (i wcale nie mówię tu o jakiejś bardzo dalekiej przyszłości). Ale strasznie się boję, że odziedziczyłby po mnie to cholerstwo. Dlatego moim zdaniem, najrozsądniej byłoby zostać bez potomków. Muszę przyznać, że to strasznie dołująca myśl... Wiem, że zdrowej parze też może się wszystko przytrafić, nie wiadomo co mają w genach. Ale tutaj ryzyko jest jeszcze większe. A przy dwóch chorych osobach to już prawie wyrok. Na pewno warto byłoby się zdecydować w takim przypadku na nie posiadanie dzieci ale... nie zawsze w życiu jest tak jak to sobie zaplanowaliśmy. Wpadki się zdarzają.
Wiem, że nie dogadam się z wieloma osobami ale to nie jest dla mnie jakiś wielki powód do zmartwień. Nie dogadam się bo moje priorytety są inne niż te wielu innych osób. Ich problemy są dla mnie często żenujące. Ale wiem, że taka jest ludzka natura... człowiek gdy nie ma problemów to robi wszystko żeby je sobie stworzyć. A o co warto walczyć, zdaje sobie sprawę wtedy gdy to traci lub w przypadku gdy tego nigdy nie miał.
Moje poczucie własnej jest bardzo spolaryzowane. Poczucie wartości w sprawach które wiążą się z moją chorobą, sięga dna. Z drugiej strony wiem na ile mnie stać, ile mogę dać osobie którą polubię, jak bardzo wtedy jest ten ktoś dla mnie ważny (i nie mam na myśli tu tylko dziewczyny). Znam swój charakter. Żeby tego było mało, tak się złożyło, że mam charakterek jaki mam. Trudno byłoby mi się zadowolić byle kim. Serce, rozum i uroda. Nie może zabraknąć żadnego elementu. Nie chodzi mi o to, że chcę poznać fokę ze Słonecznego patrolu. Wystarczy żeby mi się po prostu podobała. Teraz myślę, że wolę nikogo nie mieć niż decydować się na półśrodki. Np. wybrać przygłupawą piękność, genialną brzydulę czy wredną i ładną. Od razu zaznaczę, że nie zwracam uwagi na $$$. Nie ma szansy żebym podszedł do jakiejś dziewczyny na żywo. Nie mam zbytnich zahamowań żeby mówić ogólnie o swoich problemach (w tym chorobie) ale nie umiałbym tego zrobić po tym jak zaczepiłem dziewczynę w wiadomo jakim celu.
Idąc ulicą nie wiem ile razy mi się zdarzyło, że wydawało mi się, że jakaś dziewczyna spojrzała na mnie lekko się uśmiechając. Może dwa razy. To wszystko. Reszta gdy już w ogóle spojrzy to chłodnym wzrokiem i od razu odwraca spojrzenie. Nie wiem czy ja robię jakąś odstraszającą minę... czy jest tak niewiele koneserek mojej "urody".
W ostatnim roku uśmiechnęły się do mnie chyba trzy dziewczyny. Jedna przytuliła się do szyby sklepowej i strzeliła mi piękny uśmiech a miała jakieś 3 lata. Wiem, że faceci lubią młodsze a dziewczyny starszych ale bez przesady.
Druga też się do mnie ładnie uśmiechnęła a nawet zagadała tylko, że chciała mi wcisnąć kartę kredytową z banku w którym pracuje. Trzecia była turystką z ogromnym plecakiem, wyszła na środek ulicy bo chciała przejść na drugą stronę a nikt nie chciał jej puścić. Ja się zatrzymałem i wtedy dostałem uśmiech.
To tak w skrócie... skleconych kilka myśli, które w pewnej chyba niedużej części mogą opisać moją osobę i oddać mój stan ducha. Ale od czegoś trzeba zacząć. Mnóstwo innych myśli jeszcze mi się kłębi w głowie ale po kolei.
Komentarze wszelkiej postaci bardzo miło widziane. Również te brzmiące mniej więcej tak "stary... masz przechlapane, kup sobie klamkę i kończ".