Witajcie!
Pisałam na forum już jakiś czas temu, ale miałam przerwę - brak czasu dał się we znaki.
Jestem ze swoim chłopakiem od prawie 4 lat. Oboje jesteśmy ok. połowy "lat dwudziestych". Od 1,5 roku mieszkamy razem.
Nie wiem jak zacząć, więc od razu z grubej rury. Mój chłopak ma ogromny problem z podejmowaniem decyzji i z zaradnością, a raczej jej brakiem... Ma bardzo nisko płatną pracę , która w dodatku jest bardzo angażująca czasowo i w jego przypadku również emocjonalnie. Ze studiów zrezygnował jakiś czas temu, ale to akurat była bardzo dobra decyzja, bo kierunek, który wybrał, po prostu nie pasował ani do jego osobowości, ani predyspozycji (prawo, na którym raczej trzeba być przebojowymi rozpychać się łokciami, plus należy mieć bardzo ponadprzeciętne umiejętności komunikacyjne i konkretne myślenie). Ja mam pracę, która daje mi satysfakcję i choć może na razie nie zarabiam rewelacyjnie, to jednak średnia krajowa jest, i perspektywy na więcej również.
Jeśli chodzi o nasze relacje, to nie mam wątpliwości, że i on bardzo mnie kocha, i ja jego. Gdyby było inaczej nie pisałabym tutaj tylko zakończyła te relację już dawno temu, bo problem nie pojawił się dziś, tylko jest z nami od początku trwania związku. I ze względu na to, że z czasem oczekiwania rosną przybiera on na sile...
On ma bardzo niskie poczucie własnej wartości. Staram się udowadniać mu, że jest bardzo dużo wart, nawet odwracam kota ogonem i mówię mu, że skoro dziewczyna jego marzeń z nim jest, to znaczy, że jest kimś naprawdę wyjątkowym (bo to prawda). Chodził przez krótki czas do psychologa, ale niewiele to dało szczerze mówiąc...
Wydaje mi się, że jego dołek pogłębia się również przez to, że kontrast między naszymi sytuacjami jest coraz ostrzejszy - mnie coraz lepiej idzie w pracy, moja kariera się rozwija. On stoi w miejscu, a może nawet się cofa. Staram się go zmobilizować, ale wszystko na nic! Próbuję pomóc mu znaleźć kierunek, w którym mógłby pójść, ale on jest tak pełen niewiary i zniechęcony, że nie ma szans. Najbardziej boi mnie i martwi to, że nie podejmuje żadnych działań! Co więcej, mówi, że "jego czas już minął" i inne takie głupoty. Chłopak ma dwadzieścia kilka lat, całe życie przed sobą, które marnuje na utyskiwanie nad swoim losem, brakiem szczęścia i "talentu"...
On cierpi, ja cierpię, nasz związek cierpi. Nie możemy iść do przodu, założyć rodziny, no bo faktycznie - w tej sytuacji nie byłoby to najmądrzejsze posunięcie. On do tego wszystkiego trapi się jeszcze tym, ze mnie blokuje, że jest kotwicą, etc... Oczywiście, rozumiem go i ma w tym trochę racji, bo z wielu rzeczy rezygnuję dla niego, ale nigdy sama bym o tym tak nie pomyślała, a już na pewno nie powiedziała! No ale sami powiedzcie - gada i gada, narzeka, biadoli, ale nic nie robi! I non-stop szuka dziury w całym - parę razy już niby wymyślił co będzie robił, ale po chwili dochodził do wniosku, że jednak się do tego nie nadaje i nawet nie próbował. I tak w koło... Mówi, że się "Zastanawia", ale to trwa już kilka lat! A jego zastanawianie polega w głównej mierze na uzasadnianiu sobie, dlaczego nie ma żadnej możliwości ruchu.
Co Wy o tym wszystkim myślicie?? Przepraszam za rozwlekły wywód, ale bardzo trudno było mi ubrać to w słowa...