Jesteśmy razem pół roku. Mój partner jest zupełnie inny niż poprzedni faceci, mam wrażenie, że to właściwie mój pierwszy poważny związek. Czasem lubię to uczucie, czasem mniej, zawsze cholernie bałam się poważniejszych zobowiązań i dopiero się tego uczę. Do tej pory jakoś szło, byłam szczęśliwa, ale ostatnio jest coraz gorzej i obawiam się, że za chwilę wszystko się rozsypie.
Problem leży w jego niepewności i zaniżonym poczuciu własnej wartości. Jest atrakcyjnym facetem oblężonym przez coraz to nowe oddane mu groupies, nie ma chwili, żeby w tle nie majaczyła jakaś zakochana w nim koleżanka. Gdyby chciał, miałby kilka kochanek na pstrykniecie palcem, dziewczyny latają wokół niego jak szalone, wszędzie ma przyjaciółki gotowe odstąpić mu własne łóżko i rano podać śniadanie pod nos, rzucić wszystko, żeby mu pomóc etc. I paradoksalnie to on ma poważny problem z zazdrością, a nie ja. Jasne, czasem mnie to gryzie, ale staram się przejść nad tym do porządku dziennego, nie umiem funkcjonować bez zaufania do partnera, więc nawet jeśli coś mi zgrzyta (serie smsów o każdej porze dnia i nocy, dwuznaczne teksty czy jawne propozycje seksu od koleżanek), to wymuszam na sobie to zaufanie, bo jest mi tak oddany, że nie mam właściwie powodów, żeby się go czepiać. Poza tym mam wrażenie, że on w ogóle nie zauważa tego szału, jaki wzbudza.
Traf chciał, że większość moich bliskich znajomych to faceci. Znam ich dłużej niż jego, więzi są głębokie i czysto platoniczne, nie flirtujemy ze sobą, jesteśmy paczką świetnych kumpli, która lubi spędzać razem czas. Jasne, że mogę na nich liczyć, obawiam się, że oni ostatnio nie mogą liczyć na mnie, bo nieudolne ratowanie zgrzytów w związku pochłania całą moją uwagę. Co więcej, łączą nas wspólne zainteresowania, hobby, których niestety mój partner nie podziela. W żadnym stopniu go to nie dyskredytuje w moich oczach, kocham go, jest ciepły, czuły, inteligentny, troskliwy, daje mi niesamowite poczucie bezpieczeństwa, ale to nie znaczy, że chcę się rozstawać z całym swoim dotychczasowym życiem (które nie obfitowało w związki czy flirty). Czasem po prostu chcę iść i zrobić coś, co w jego mniemaniu będzie nudne czy głupie. Czasem chcę spędzić czas bez niego. Przywykłam do takiego życia, nie umiem funkcjonować w związku który pochłania całe życie. Nie zabrania mi, ale widzę, że cierpi, że czuje się zbędny, mało ważny, czasem kończy się to awanturą, czasem milczy przez dzień czy dwa, a mnie cholera bierze z bezsilności, bo nie potrafię do niego dotrzeć. Ostatnio mam dość poważne problemy rodzinne, strasznie mnie to obciąża. Był przy mnie cały czas i był niesamowity, ale kiedy sytuacja trochę się ustabilizowała, powiedziałam, że chcę skorzystać też z pomocy przyjaciół - to też są bliscy mi ludzie, martwią się o mnie i czują się bezsilni, więc chciałabym dać im się wykazać, jeśli tego tak bardzo potrzebują. Skończyło się potworną awanturą, że mam jego i nie potrzebuję nikogo innego i jak mogę mu to robić wiedząc, że i tak czuje się mało ważny. Moje życie zmienia się w pole walki o czas spędzony ze mną i wcale nie jest mi z tym dobrze. Nawet moje problemy to pole walki. Gdyby mógł, konkurowałby z każdym o ich rozwiązanie, a ja nie potrzebuję tej walki, potrzebuję bliskich mi ludzi obok siebie - jasne, że najbardziej jego, ale ich też. W tej chwili też milczy, bo się w końcu pokłóciliśmy i się obraził. Parę dni temu powiedział mi, że pozrywał kontakty z większością koleżanek, bo ich nie potrzebuje mając mnie, a mi zrobiło się zimno, bo nie chcę takich poświęceń z jego strony, chcę, żeby miał życie poza mną. Parę dni temu zaproponował też, że chciałby dorobić sobie klucze do mojego mieszkania, a mnie przeraziła wizja, jak wpada wieczorem bez zapowiedzi, a ja z trójką facetów gram przy piwie na konsoli. Nie wiem, czym by się to skończyło. Koniec końców nie dorobiłam mu tych kluczy. Przypuszczam, że jest mu cholernie przykro, ale nie umiem się przełamać, chcę chociaż jeden aspekt swojego życia zachować dla siebie. On ma ich naprawdę dużo, mnie już się kończą. Jest wszędzie. Moja rodzina go uwielbia, ja nawet nie znam jego rodziców i nie mam możliwości poznać z dość skomplikowanych powodów.
Mam wrażenie, że od pewnego czasu moje życie to ciągłe ustępstwa. Wściekam się, szarpię, ale i tak ustępuję. Pierwsza wyciągam rękę, bo nie lubię cichych dni, a jemu duma nie pozwala ani na pogodzenie się ze mną, ani tym bardziej na przyznanie do błędu.
Czasem wydaje mi się, że tak naprawdę nie kocha mnie, tylko swoje wyobrażenie o mnie, kogoś, kogo chciałby we mnie widzieć - oddaną, słodką, bezproblemową, czekającą z obiadem (żeby nie było, ja naprawdę często dla niego gotuję, ale dlatego że lubię, a nie dlatego, że mnie do tego zobowiązuje rola "dobrej żony"). Bez tych elementów mojego wyglądu, których nie lubi, bez tych cech charakteru, które uważa za zbędne.
Mówi mi, że nie czuje się ważny. Nie wiem, co jeszcze mam robić. To nasilone poczucie własnej niskiej wartości pojawiło się, gdy jeden jedyny raz odmówiłam mu zostania na noc po kilkudniowym milczeniu, bo zdążyłam sobie zrobić inne plany, a poza tym czułam się niekomfortowo ze świadomością, że ciągle ma o coś pretensje i w najlepszym wypadku będzie milczał całą noc obok mnie. To ja pierwsza wyciągam rękę po kłótni, troszczę się o niego, rezygnuję ze spotkań ze znajomymi, żeby zobaczyć się z nim, bo widzę, że tego potrzebuje (tak, wiem, jak to wygląda). Słucham go, zapewniam o jego wartości, o tym, jaki jest wyjątkowy. Ma kawę do łóżka i wyprane tiszerty, a ja zaczynam mieć uczucie, że już nie robię tego dlatego, że chcę, tylko dlatego, że on tego po mnie oczekuje. Tracę zapał. I tak czego bym nie zrobiła, zawsze jest za mało. I czuję się jakaś stłamszona w tym wszystkim, jakbym rozwijała skrzydła dopiero, kiedy jestem sama albo ze znajomymi, bo mój facet wcale nie potrzebuje moich rozwiniętych skrzydeł, tylko oddania i posłuszeństwa. A tak chyba nie powinno być.
No ale kocham go. Naprawdę go kocham. Nie chcę rozstania, chcę porozumienia.