Witam,
Przytrafiła mi się historia o której chciałabym opowiedzieć. Mam tak psychicznie dość, że nie wiem już jak sobie radzić.
Na początku roku dałam się namówić przyjaciółkom na portal randkowy. Nigdy nie byłam zwolennikiem znajomości internetowych. Dostawałam głównie rubaszne, nieeleganckie propozycję choć pojawiały się też interesujące profile. Po kilku tygodniach napisał do mnie On. Wymieniliśmy kilkaset maili zanim zgodziłam się na spotkanie. Zrobił na mnie dobre wrażenie - kulturalny, otwarty, dowcipny, inteligentny. Świetnie wykształcony - pracownik wymiaru sprawiedliwości. Spotykaliśmy się okazjonalnie ze względu na moją pracę, wyjeżdżam służbowo za granicę kilka razy w miesiącu, potem coraz częściej. Nie było wielkich wzlotów ani uniesień. On jest bardzo emocjonalnym i uczuciowym człowiekiem, ja wręcz przeciwnie - nie przepadam za przesadną egzaltacją ( Przyjaciele żartują, że mogłabym zatopić Titanica ). Mimo to zaangażowałam się w ten związek i szybko pojawiły się trudności. Otóż On jest 10 lat starszy ode mnie i rozwiedziony. Mieszkanie, jak i sporą część majątku zostawił byłej żonie choć prawnie pozostał właścicielem. Mimo, że nie ma zasądzonych alimentów ( byli bezdzietni ) łoży na jej utrzymanie i to nie małe pieniądze ( Proszę sobie wyobrazić, że tylko na potrzeby ich dwóch kotów przeznacza koło 800 zł miesięcznie ). Okazało się, że nawet intratne stanowisko nie uchroniło go przed długami. Ma kilka kredytów które są następstwem nieudanych inwestycji. O wszystkim poinformował mnie sam i uczciwie przedstawił sytuację w związku z byłą małżonką która cierpi na depresję i inne zaburzenia psychiczne. Początkowo byłam przekonana, że należy go skreślić, ale trafiły do mnie racjonalne argumenty. Nie bierze odpowiedzialności za chorobę byłej żony mimo, że współczuję jej i wspiera, został oszukany przez inwestora, wyciągnął wnioski.
Nie byłam zachwycona. Właśnie kupiłam kamienice i przeprowadziłam generalny remont. Miałam obiekcję lecz ostatecznie zaproponowałam mu żeby się wprowadził. On nie łoży na czynsz - płaci horrendalne raty kredytu i opłaca rachunki swojego mieszkania w którym żyje była żona z kotami. Życie codzienne układa się dobrze - jest pomocny, nie ma problemów ze sprzątaniem i robieniem zakupów. Nasz związek mimo widocznego braku rumieńców jest satysfakcjonujący. Niestety, prozaiczne problemy są nie do przeskoczenia.
On ma bardzo sympatycznych rodziców. Są mną zachwyceni. Chwalą urodę, karierą zawodową i to jak szczęśliwy jest ich syn. Niestety moja rodzina jest na całkowicie odległym biegunie. Zarówno Matka jak i Ojciec są lekarzami, wychowywałam się w dostatku i poszanowaniu dla pieniądza. Rodzice mają dokładną wizję mojego przyszłego męża - wykształconego, zamożnego, nieskazitelnego. Nie wdrażałam ich w szczegóły o moim partnerze więc Tata wziął sprawy w swoje ręce i zatrudnił detektywa. Od razy wezwali mnie na dywanik. Rodzicom nie podoba się aspekt niereformowalnej byłej żony, długów i braku wkładu we wspólne życie. Sekundują im mój brat, Dziadek i reszta rodziny. Zawsze byliśmy bardzo blisko - wspólnie spędzamy wszelkie okazje, jeździmy na wakacje, dużo rozmawiamy. Mam naprawdę dużą i bardzo zżytą familię. Nie ma się co dziwić, że o szczegółach wyciągniętych przez Ojca dowiedzieli się niemal wszyscy w rekordowym czasie.
On nie rozumie tych pretensji. Uważa, że miał prawo do błędów, ale teraz jest innym człowiekiem. Wiem, że kiedyś dopuszczał się zdrad małżeńskich również z przyjaciółką z którą nadal ma kontakt. Wcześniej nie miałam z tym problemów - wierzyłam mu, ale teraz moi rodzice zasiali we mnie ziarno nieufności. Prowadzą szeroko zakrojoną kampanie przeciwko Niemu. Są naprawdę zdesperowani. Do tego stopnia, że Dziadek zamierza mnie wydziedziczyć. On zupełnie się od tego odciął. Uważa, że zachowuje się jak nastolatka i nie mam własnego zdania. Obraził się kiedy odmówiłam zakupienia samochodu ( za który Ja miałam zapłacić ). Sądzi, że skoro go nienawidzą to trudno, nazywa ich "toksycznymi" i twierdzi, że to "patologia". Oczekuje życia jeden na jeden. To jego słowa.
Nie widzę rozwiązania tej sytuacji. Zostałam wychowana w taki nie inny sposób, kocham rodzinę i wierzę, że chcą jak najlepiej. Nie umiem odciąć się od najbliższych. Nie jestem gotowa na takie poświęcenie. Mam mu za złe kwestię finansową. Gdybym sprzedał mieszkanie mógłby spłacić długi i zacząć od zera, ale nie chcę tego zrobić. Początkowo zgadzałam się na takie rozwiązanie, ale teraz zaczynam czuć się jak ofiara łowcy posagów. Nie wiem ile w tym prawdy a ile paranoi którą wciskają mi do głowy rodzice.
Potrzebuje opinii osób trzecich.