Witam jakoś 14 dni temu dziewczyna a raczej moja narzeczona zakomunikowała mi ze chce odejść po 8 latach związku (na wiosne planowaliśmy ślub) prosiłem a raczej błagałem ją zeby została i zgodziła mi sie dać szanse i że sie postaramy jeszcze raz to wszystko odbudować...niby na pozór wszystko było ok ale ja bałem sie wracać do domu bo nie wiedziałem co tam zastane następnego dnia po powrocie z pracy było nawet ok była troche zdenerwowana ale poszlismy na spacer później zrobiłem grilla i było ok ale cały czas była zamyślona pytałem o co chodzi i wkońcu usłyszałem odpowiedź ze chce jechać do koleżanki na noc ja myśle no ok choć obiecała spędzić ze mną weekend ale jej głupio mnie zostawiać samego i takie tam ale mówi ze wyjdzie na chwile na zewnątrz zadzwoni do niej i pogadają po chwili wraca i komunikuje mnie ze jedzie do niej było mi przykro ale ok ale coś w niej pękło i powiedziała ze tak dalej nie moze i odchodzi. Wszystko zaczeło się od tego ze przez ostatnie 1,5 miesiąca miałem ciągle zły humor i odsuwałem sie od ludzi były kłutnie jakieś sprzeczki jak i pozytywne chwile wszystko to było spowodowane moją pracą. Wyjechałem do Niemiec w lipcu tamtego roku a ona dołączyła do mnie w listopadzie. Trzy miesiące temu poznała koleżanke myśle ok fajnie trzeba mieć znajomych wychodziliśmy czasem razem ale nie przepadałem za nimi i jakoś 3 tygodnie temu poznała kilku chłopaków jakąś tam ekipe byliśmy razem na ognisku ale totalnie nie przypadli mi do gustu i ciągle sie czepiali więdz postanowiłem sie więcej z nimi nie spotykać ale moja dziewczyna chętnie ich odwiedzała. W ostatnich dniach wyznała mi ze jeden z nich powiedział jej ze mu sie podoba a ona z nim sie czuje swobodnie i rozumieją sie jak z bratem. Tym wbiła mi nóż w serce ale nie dałem po sobie poznać wysłuchałem ją i postanowiłem zmienić swoje zachowanie i przez 3 dni było naprawde cudownie do momętu jak oznajmiła mi ze wychodzi do nich zgodziłem sie bo postawiła warunek ze będzie sie z nimi widywać ale przez ten czas jak jej nie było myśli mnie zżerały od środka wróciła o 2 w nocy wykąpała sie i położyła sie spać. Po tych 3 dniach powiedziała rano ze wszystko sobie przemyślała ze chce być ze mną kocha mnie i zawsze wybierze mnie ale dzień później twiedziła ze mi przydałby by sie zmiany ze załuje ze nie poznałem lepszej od niej dziewczyny ale ja jej tłumacze ze to ona jest tą jedyną i ze zrobie wszystko zeby to wszystko wróciło ale to za mało jeżeli ona nie chce nawet spóbować.Bardzo ją kocham i to bardzo boli teraz twiedzi ze potrzebuje czasu chce być sama i może za 2-3 tygodnie będzie mnie błagać zebym wrócił ale ja czuje ze jak sie rozejdziemy tak definitywnie to nie będzie powrotu narazie mieszkamy razem bo ona nie ma sie gdzie podziać i czekamy do 26 czerwca bo jesteśmy chrzestnymi dziecka jej siostry po powrocie zapewne sie wyprowadzi do koleżanki...Myślicie ze da to sie uratować? Co robić? Pogodzić sie z tym czy walczyć? Ale jak próbowałem na wszystkie sposoby?Błagam o jakąś rade to tak bardzo boli...Przepraszam ze to wszystko napisałem tak chaotycznie z błędami i brakiem interpunkcji ale jestem wrakiem człowieka
Ten post napisałem 10 dni temu dostałem wiele odpowiedzi ale czegoś mi brakuje moźe wy mi pomożecie...
Poznaliśmy sie w liceum mnie po prostu strzeliło i wiedziałem ze ona to ta jedyna po kilku miesiącach poznawania sie dała mi szanse i tak spotykaliśmy sie przez 4 lata później zamieszkała u mnie... reszte już znacie...Mineły prawie 2 tygodnie a ja praktycznie nic nie jem bo nie mam ochoty śpie maksymalnie 4 godziny budze się w nocy cały mokry i ciągle myśle o niej na szczęście już nie wymiotuje z nerwów...Chciała być sama więc wyprowadziłem sie do kolegi zeby miała wolną przestrzeń w domu ale to tylko mieszkanie obok a ja nie mam sie gdzie podziać...Po 5 dniach jak oznajmiła mi ze odchodzi i że chce pobyć sama pojechałem na tydzień do Polski pisałem 1 sms dziennie czy wszystko u niej wporządku, odpisywała ze jest ok i że wychodzi do znajomych przez ten tydzien nie spała ani jednej nocy w domu po powrocie do dnia dzisiajszego spała może 2 razy. Próbowałem porozmawiać z nią o tym koledze to twierdzi że go nie kocha i on jej też...To tak strasznie boli nie wiem co mam robic dalej? chciałem sie z tym pogodzic ale to tylko takie udawanie przed samym sobą ze jestem silny tak naprawde jestem w rozsypce...We wtorek jedziemy z jej rodzicami na 10 dni do Radomia na chrzciny ale myśle ze nie mam już szansy jak ze mną rozmawia widze w niej agresje wściekłość...Po powrocie może wyrwe sie na 2 tyg. z pracy i pojade do PL ale myślice ze to coś zmieni? jak wy to widzicie? może jest coś co mógł bym zrobić? Jeżeli nie to w jaki sposób sobie z tym poradzić?