Przejrzałam wyszukiwarkę, ale nie znalazłam podobnego tematu.
W jaki sposób traktujecie chodzenie do spowiedzi? Jako swego rodzaju powtarzający się rytuał, zło konieczne, a może czerpiecie z niej radość, bo po niej przychodzi spokój i ulga?
Jako dziecko pamiętam, że zawsze się stresowałam przed każdą spowiedzią, mimo że wielkich grzechów nigdy nie popełniałam, bo co za grzechy może mieć dzieciak z podstawówki czy nastolatka, która "dobrze się prowadzi"? Teraz bywa z tym różnie, bo i wiele zależy od tego, gdzie idę do tej spowiedzi i jak ona przebiega i nad tym chciałabym się właśnie zatrzymać.
Wiele osób stosuje formułki (tak spowiadający się, jak i spowiednicy). Dochodzi do tego, że ze spowiedzi robi się umowa z pustymi miejscami na uzupełnienie: kiedy ostatni raz byłeś/aś, co zrobiłe/aś, jako pokutę masz...
Chyba nie do tego spowiedź powinna się sprowadzać? Z moim aktywnym uczestnictwem w życiu Kościoła bywało różnie, o czym zresztą pisałam tu nieraz. Był wieloletni okres, gdzie do komunii chodziłam od święta, a nawet i do kościoła samego w sobie na msze.
Jednak jak już pójdę do spowiedzi, to jest ona dla mnie ważna i często staram się pobudzić księdza do dyskusji, a bywa, że sam taką rozpoczyna i szczerze mówiąc, o wiele bardziej taką spowiedź cenię sobie niż minutowe obsłużenie "klienta" jak to często bywa. Lubię zadawać pytania spowiednikom i jeszcze nigdy nie spotkałam się z sytuacją, gdy ksiądz mnie olał, odniosłam wręcz wrażenie, że jemu też zależało, bo zawsze to ciekawsze niż uczestniczenie w czymś, co jest non stop takie samo. Przyjrzyjcie się, co taki ksiądz robi w konfesjonale często
(czyta książkę, bawi się różańcem, albo śpi ;p)
Także jak to z wami jest? Spowiedź jest dla was przykrą koniecznością, którą trzeba szybko odklepać, mówiąc szybko grzechy, licząc, że w bełkocie ksiądz poszczególnych nie dosłyszy, czy traktujecie ją jako sposób odnowienia i oczyszczenia?