Witam moje drogie.
Pisze do was i prosze o pomoc bo nie mogę sama sobie z tym poradzić. Już sama nie wiem czy z nim jest coś nie tak czy to może wszystko moja wina...
Od kilku miesięcy mieszkam z moim chłopakiem razem w moim rodzinnym domu ale między nami coś się popsuło czuje, że już mu na mnie nie zależy. Niedawno miał miejsce pewien incydent który całkowici wyprowadził mnie z równowagi... Moja mama dała nam po opiekę swój dom( ona w nim już nie mieszka) i kazała nam się nim zająć. A on kiedy ja byłam w pracy sprowadził sobie do domu kolegę z którym zabroniłam mu się spotykać a tym bardziej wprowadzać go do mojego domu (przez niego nasz związek już nie raz prawie się rozpadł), jak się okazało po powrocie do domu zastałam nie dość, że bałagan to mojego chłopaka w łóżku całkowicie zalanego i niekontaktującego z rzeczywistością. A jego niby kolegi wcale to nie obeszło... W tamtym dniu coś we mnie pękło, gdy widziałam w jakim jest stanie było mi go żal, martwiłam się, bałam się o niego a za razem byłam tak wściekła że chciałam wszystko zakończyć...miałam tylko przed oczami to, że wiążę się z alkoholikiem i osobą która jest nie odpowiednią dla mnie. Mimo, że go bardzo kochałam i kocham nadal zaczełam go pakować bolało mnie to tym bardziej gdyż podejrzewałam, że jestem w ciąży i zostanę ze wszystkim sama. Gdy to wszystko zabaczył jakby oprzytomniał zaczął płakać i błagać mnie żebym nie odchodziła od niego więc po zastanowieniu i ochłonięciu postanowiłam dać mu szanse kolejny raz.
Przez jakiś czas był spokój, zaczeliśmy się dogadywać, znów czułam że jest przy mnie i mnie kocha. A teraz na nowo zaczeły się kłutnie o byle co. Gdy mówie mu co jest nie tak i próbuję z nim rozmawiać on mnie ignoruje i śmieje mi się w twarz a ostatnimi dniami naprawdę bardzo łatwo doprowadzić mnie do płaczu a on to wykorzystuje...sama nie wiem co się ze mną dzieje... Przestał się mną interesować, nie wspiera mnie, jest dla mnie oschły, opryskliwy a gdy widzi, że czasami popłakuje bo jest mi ciężko i czuję się osamotniona to mnie wyśmiewa i mówi, że moje łzy już go nie ruszają i, że jestem śmieszna... Choć go bardzo kocham czuję jak coś się we mnie po mału wypala.
Doradźcie mi kochane czy jest sens to jeszcze ciągnąć? Czy mogę coś zrobić, żeby ten związek uratować...Może to wszystko to moja wina...