Witam
Mamy problem z naszą starszą córką, o cokolwiek poprosimy,ciągle jest nie, nie umiem,nie chce mi się, przecież wiecie że nie lubię. Obowiązkami córki jest utrzymanie porządku w pokoju co niestety wygląda tak,że musiałabym ciągle stac nad nią i mówić co gdzie ma położyć, że ubrania do szafy,zabawki do pudeł itp. Kilka razy w tygodniu wynosi śmieci i wiaderko na kompostownik, poza tym zostaje odrabianie lekcji i przebieranie się po przyjściu ze szkoły.
Za każdym razem schemat jest ten sam, najpierw miło się nam rozmawia,mówię raz czekam powiedzmy 10 minut,wchodzę znów do pokoju przypominam co miała zrobić i tak może być cały dzień,ostatnio wytrzymała nawet dwa dni,które spędziła w swoim nieposprzątanym pokoju i zrobiła jeszcze większy bałagan. no i zaczęła się awantura, skoro nie potrafi posprzątać zabawek to nie będzie miała.Efekt jest taki, ze dobrowolnie jednak(ale po wielkiej awanturze) oddala wszystkie zabawki i zostały tylko książki,kredki i radio, które może słuchać.i oczywiscie sterta ubrań na podłodze.no i co? w pokoju nadal jest bałagan,na stole kredki,na podłodze ubrania,kartki,ksiązki.
To nie jest też tak, że nie potrafimy być konsekwentni,bo bywało tak że miała szlaban na tydzień na koleżanki,tablet,komputer,bajki i po tym czasie było ok kilka dni i od nowa jazda. Już nawet umówiliśmy się z nią,że ja będę sprzątała jej pokój (poza ubraniami) a ona w zamian będzie wieszała pranie i co?przychodzi pora kąpieli,ona nie będzie się kąpać bo nie lubi i dyskutuje tonem "bo Wy mi wszystko każecie i muszę wszystko robić".
Zaczyna brakować mi pomysłów, najchętniej to wstyd się przyznać"zdzieliłabym przez łeb" no ale przecież nie tędy droga. Tylko właśnie którędy?
Argumenty typu, że każdy ma obowiązki,najpierw praca potem przyjemność, że powinnismy dbać wszyscy o dobrą atmosferę w domu,że przecież mama i tata pracują. Rozpisaliśmy każdego obowiązki na kartce i każdy miał plan co robi, wszystko z czynnym udziałem córki,każdy punkt był omawiany,na wszystko się zgodziła i przychodzi co do czego to jest opór, i awantura.
Już nawet teściowa,która zawsze uważała że maltretujemy dziecko bo cokolwiek od niej wymagamy,stanęła w mojej obronie,bo była świadkiem dyskusji,która w sumie do niczego nie doprowadziła.
I jeszcze jedno,gdzie jest granica? tzn konsekwencja konsekwencją,oboje uważamy że każdy zasługuje na drugą szansę,i tak robimy, a może właśnie tu jest haczyk? że trzeba być surowym aż do uzyskania całkowitego efektu i nie doceniać u dziecka małych dobrych rzeczy?
Ciekawa jestem Waszej opinii i z góry dziękuję za rady.