Nie wiem co mam już zrobić ze sobą, swoim życiem, ze swoim związkiem...
Wszystko przez to, co się wydarzyło 3 lata temu. Jego siostry strasznie mnie zniszczyły psychicznie, przez co się nie odzywałyśmy (mimo, że są daleko, za granicą). Jakiś czas temu jedna mnie przeprosiła, co nieco wyjaśniła... Chodzi o to, że z drugą nie chce mieć nic wspólnego- okazało się, że to wszystko co wtedy przeżyłam wychodziło z jej "głowy". Wszystko obracała tak, abym wyszła na najgorszą. Rok temu chrzciła swojego syna i nie zaprosiła Nas, tylko samego M*. Jak to mu wyjaśniła? Powiedziała, że to rodzinna uroczystość a ja rodziną nie jestem.
W tym roku ma ślub. Oczywiście już mnie zaprosiła, bo od tamtej pory mój M* się do niej nie odzywa, nie odbiera telefonów. Więc żeby sobie nie pogorszyć sytuacji i pokazać M*, że jest jednak dobrą siostrzyczką ujęli mnie w zaproszeniu.
Z M* jesteśmy bardzo długo ze sobą, 5 lat...
Sama nie wiem co dalej z nami robić...
On pokazując mi to zaproszenie uśmiechnął się, jakby był szczęśliwy. Ale jak ja mam tam isć, skoro rok temu tak się zachowała?? Jak sobie to wyobrażają?? Nie będę ani się dobrze tam bawić, ani dobrze się czuć.
Problem jednak nie tkwi tylko w tym. Chodzi głównie o mojego M*. Powiedział, że wie, że nie chcę iść, dlatego nie pójdziemy. Zaproponowałam, że nawet sam może iść, że się nie obrażę. Będzie tam cała jego rodzina, więc byłoby mu strasznie przykro. Całe zycie potem by mi to wypominał... Ale póki co powiedział, że jeśli ja nie idę to on też.
I co ja mam teraz zrobić? On nie chce ze mną o tym porozmawiać ("bo wie jak się takie rozmowy kończą"-czyli sprzeczką. Ale w tej sytuacji nie miałam zamiaru się sprzeczać), a ja nie chcę, żeby ta decyzja pozostała taka, jak już niby została podjęta tylko dlatego, że ja nie chcę tam iść. Próbowałam go skłonić do rozmowy, żeby powiedział jakie ma zdanie na ten temat, jak sobie to wyobraża, jak to widzi. Nic nie dało. Nie chce rozmawiać.
Widzi, że od tamtego czasu jestem "struta", ale udaje jakby się nic nie stało.
Nie chcę go ograniczać, ani pozbawiać kontaktu z rodziną. Chociaż podświadomie, po tym wszystkim (uwierzcie, nie byle co się wydarzyło, ale pozbierałam się...) wygodniej dla mnie jest, jak się one (czyli siostryzcki) nie mieszają do nas.
Chciały nas rozdzielić, a teraz udają, że zależy im na odbudowaniu relacji. Guzik prawda! Jak tylko się dowiedziały (5lat temu), że M* znalazł sobie kogoś to już im nie pasowało, bo "nasz braciszek teraz będzie nam mniej czasu poświęcał".
Zastanawiam się czy nie lepiej byloby się rozstać? Z tym, że oboje się kochamy i wszystko sobie wybaczyliśmy... Byłoby może nie lepiej, a prościej...
Mam taki bałagan w głowie, łapię doła i nie mam ochoty na życie.