Tak, to chyba moja głowna cecha charakteru. Naiwnie zakochałam się w kimś kto od początku traktował mnie jak zabawkę. Zrobił mi takie nadzieje na związek, jak jeszcze nikt nigdy dotąd. Ja nadal czuję, że mi na nim zalezy. Gdy usłyszałam, po ponad pół roku spotkań, bliskości, rozmów, że nic z tego nie będzie, świat mi się rozpadł na kawałki, i do tej pory się nie skleił. Na koniec dodatkowo wygarnął mi wiele rzeczy, że przecież to za szybko, że nie mogłam się zaangażowac, bo niby jakim cudem, przecież on mi nigdy nic nie obiecywał, żadnych deklaracji
. No tak, deklaracji żadnych nie było, to musze przyznać. Ale drogie netkobiety, jak Wy byście się zachowały, gdyby ktoś ciagle Wam powtarzał, że jesteście ładne, słodził Wam, przytulał , całował itp itd ? Czy to na prawdę moja wina? Jak się teraz pozbierac? Nie mam siły na nic.. Ja w sumie już od dawna mam skłonności depresyjne, a teraz się to pogłębiło. Nic mi się nie chce, nie chce mi się wstawać, najchętniej to bym siedziała i przypominała sobie te fajne wspólne chwile. Przez to wszystko trace kontakt z najbliższymi, kłocę się z mamą, tracę znajomych, którzy mają już dośc mojej ciagle smutnej miny, i tylko pytają jak długo jeszcze mam zamiar tak przezywać.
A czy zdarzyło się Wam, że chłopak po jakimś czasie 'zmienił zdanie'? Przemyslał wszystko i jednak zechciał spróbować jeszcze raz? Bo szczerze to ja ciągle mam nadzieje ze się odezwie i bedzie jak dawniej...
Coraz bardziej rozmyślam o życiu, wydaje mi się że nic fajnego mnie już nie spotka. Mam przeczucie, ze w sumie dobrze zrobił, bo ze mną by się tylko męczył. Nawet własna matka mi powtarza ze mam okropny charakter. Pewnie odstraszam ludzi. Boże, pomocy, nie chcę już życ...