I kolejny raz - to bolesne rozczarowanie.
Zarysuję problem. Kiedy jesteśmy razem - a konkretnie, kiedy on nie jest w swoich rodzinnych stronach - jest wszystko w porządku. Czuję się kochana i ważna. Jednak, gdy jedzie odwiedzić rodziców i spotka się ze swoimi znajomymi (dochodzi morzzeee alkoholu) cały czar pryska. Potrafi się nie odzywać godzinami, nie pisze czy wrócił do domu. Prosiłam, by pisał jak wraca, nawet pustego sms-a, bym się nie martwiła. Może zrobił to parę razy, a w te Święta znowu powtórka z rozrywki. Wyszedł w sobotę (w sumie nawet nie wiem gdzie), pił z przyjacielem, napisał o 22 że pada mu bateria. Następnego dnia, zaczęłam się martwić - napisałam i zero odpowiedzi. Po 11 wysłał mi meila, że wczoraj "trochę przesadzili" i zgubił telefon. Potem go znalazł i napisał do mnie jakby nigdy nic. Byłam tak rozczarowana, że nie odezwałam się cały dzień. On nie widzi w tym problemu. Że pije do nieprzytomności, nie wie co robi, nie odzywa się. Ja nie potrzebuję kontaktu co parę minut, ale jakieś wieści czy żyje czy nic mu nie jest. Oczywiście - to ja mogłabym pisać, wydzwaniać, ale tu chodzi by to on to czuł, że tak należy. By nie chodziło o kontrolę, a jego świadomy wybór.
Boli mnie, że nie umie zrozumieć, że związek to odpowiedzialność za uczucia drugiej strony. Martwię się, że upija się ZA KAŻDYM razem.
Dużo było rozmów-on mówi, że się zmieni, że się poprawi. A potem znów to samo. Nie mam już na to siły. Gdyby nie to, że jak się nie napije w gronie znajomych to na prawdę miły, fajny facet - odeszłabym. W sumie, jak się nie widzimy ciągle we mnie dojrzewa decyzja o tym. Wstrzymuję się, gdy jesteśmy razem - aż do następnej "imprezki".
Słyszałam rady, by zrobić tak samo. Wyjść gdzieś na całą noc, a potem nie odzywać się itp. Jednak ja nie lubię takich gierek, moja lojalność wobec uczuć tej drugiej osoby jest zbyt silna w środku. Wolę wyjść na frajerkę niż nagiąć swoje zasady i zrobić coś tyko w ramach rewanżu.
Stanęłam na rozdrożu, rozkładam ręce i nie wiem już co mam robić. Próbowałam wszystkiego - oprócz rozstania. Ale to dla mnie już krok ostateczny.