Brak poczucia stabilizacji, oparcia i bezpieczeństwa w związku - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » Brak poczucia stabilizacji, oparcia i bezpieczeństwa w związku

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 5 ]

Temat: Brak poczucia stabilizacji, oparcia i bezpieczeństwa w związku

Cześć,

Mam poważny (w moim mniemaniu) problem i potrzebuje Waszej porady. Będę wdzięczna za każde słowo.

Nawet nie wiem od czego zacząć, bo wątków w całej tej historii jest kilka. Postaram się znaleźć jakiś początek i zacząć od niego.

Mam 29 lat (to akurat może mieć istotne znaczenie) i od 2 lat jestem w związku. Wcześniej w moim życiu uczuciowym bywało różnie, byłam w 3 letnim związku, który zakończył się dla mnie małym załamaniem nerwowym, totalnym brakiem pewności siebie, poniżeniem i stłamszeniem.

W obecnym związku, jak już pisałam, jestem 2 lata. T jest bardzo dobrym człowiekiem. Nie jest babiarzem, nie jest pospolitym chamem i nie jest też narcyzem. Mieszkamy od siebie jakieś 60 km, co wydawałoby się nie dużo, ale o ile na początku widywaliśmy się co 2 tygodnie, tak teraz widzimy się co 1-2 miesiące. Na początku miałam spore obawy, ponieważ T jest chory na przewlekłą chorobę, która budziła we mnie wielki strach i panikę, że coś może mu się stać. Choruje na epilepsję od dzieciństwa. Z czasem przywykłam do choroby, nauczyłam się ją tolerować zwłaszcza, że odkąd byliśmy razem miał 2 ataki i to nie w mojej obecności. Prawie od początku naszej znajomości planowaliśmy ślub, dzieci i założenie rodziny. Chcieliśmy tego samego, więc nie było to dla mnie nic dziwnego.

Po pewnym czasie nasze relacje się zmieniły, albo to ja się zmieniłam.. Zaczęłam bardziej konkretnie pytać go o przyszłość, o to dlaczego widujemy się tak rzadko, czemu nie mogę do niego przyjechać (jeśli ja nie zaprosiłam go do siebie to inaczej się nie widzieliśmy). W ciągu 2 lat 2 razy widziałam jego mamę, a siostry nie znam w ogóle. Zaczęły się pojawiać problemy finansowe, wspólne wyjazdy były pokrywane przeze mnie w 80%, jego pobyt u mnie też w całości pokrywałam (nie chodzi mi o to, że jak kogoś zapraszam to ma mi płacić, ale o to, że jeżeli go odwożę do miasta ponad 20 km w jedną stronę, z którego odbiera go kolega to wypadałoby raz na jakiś czas dać coś na paliwo, zwłaszcza, że koledze płacił), dochodziło nawet do tego, że na imieniny moich rodziców kupowałam alkohol i prezent i dawałam jemu, żeby dał moim rodzicom w swoim imieniu.

Jestem osobą raczej konkretną i nie zaślepioną przez różowe okulary dlatego zaczęło do mnie docierać, że coś jest nie tak. Nie mogłam go odwiedzać, nie mogliśmy nigdzie wyjechać, nie wychodziliśmy do kina czy na kolacje, bo za wszystko musiałam płacić. Wiedziałam, że ma trudną sytuację materialną, ale mieszka z mamą i zarabia, czasami nawet więcej niż ja.

W międzyczasie R cały czas planował założenie rodziny. Chciał żebym była w ciąży, żebyśmy mieli ślub, ale ani razu nie widziałam konkretów w tym co mówił. Ufałam mu, bardzo chciałam założyć rodzinę, bardzo zależy mi na poczuciu bezpieczeństwa i zwyczajnie myślę, że jestem już na to gotowa, na swoje własne życie.

Pewnego wieczoru nie wytrzymałam i drogą internetową dosłownie na siłę wyciągnęłam z niego prawdę. Okazało się, że ma kosmiczne długi, w kwocie za którą można kupić małe mieszkanie. Załamałam się, nie wiedziałam jak sobie z tym poradzić, z tą kwotą, z perspektywą spłacania rat do końca życia, na które idzie połowa jego pensji, nie umiałam też poradzić sobie z tym, że o tak ważnych rzeczach mi nie mówił. Planował wspólną przyszłość, mówił, że będziemy starać się o dziecko, a tak naprawdę okazał się totalnie nieodpowiedzialny.

Od tego momentu wszystko się we mnie zmieniło. Zaczęłam rozsądnie zastanawiać się nad tym wszystkim i zrozumiałam, że nie jesteśmy w stanie założyć rodziny, bo jej po prostu nie utrzymamy. Poza tym wiem, że byłby wspaniałym kochającym ojcem, ale dom, problemy i cała reszta byłaby na mojej głowie. Podczas większej kłótni mówi mi, że musi wziąć leki bo za bardzo się denerwuje. Ja mam wtedy wyrzuty sumienia, że on się denerwuje i wpływa to na jego zdrowie, więc wszystko duszę w sobie i sama staram się radzić sobie z problemami, ale tak na dłuższą metę po prostu się nie da. Nie jetem super silną kobietą, potrzebuję partnera w związku, oparcia, a nie decydowanie zawsze i wszędzie o wszystkim. T jest dobrym człowiekiem, bardzo często pisze jak bardzo mnie kocha, jak mu na mnie zależy, ale to są tylko słowa... nie czyny.

Niedawno byłam też do spowiedzi, jako, że ksiądz na tę okoliczność zapytał mnie czy jestem w związku, powiedziałam, że tak i powiedziałam, że sypiamy ze sobą. Kolejny ksiądz, kazał mi zrezygnować z tego związku, który nie kończy się założeniem rodziny. Powiedział mi, że nie wszyscy są stworzeni do życia w rodzinie i to mnie przeraziło.
Boje się, że ja właśnie jestem taką osobą. Bardzo chciałabym w końcu mieć dziecko i męża i cieszyć się normalnym życiem, ale mam mętlik w głowie. Z jednej strony wiem, że nie powinnam być z T bo nie kocham go na tyle mocno, żeby mieć z nim dziecko, a z drugiej strony, jeśli nie potrafię docenić tego co mam? Jeśli to moja szansa na rodzinę, a ja jej nie wykorzystam? Nie wiem co mam robić dalej, nie wiem w którą stronę pójść, żeby było dobrze. Nie chcę nikogo ranić, krzywdzić swoimi decyzjami, ale wiem też że zmiany są konieczne.

Od niedawna chodzę do lekarza, na dość częste jak na mnie wizyty. Ten lekarz jest w moim wieku, albo może młodszy rok. Nie znam go prywatnie, nie wiem co to za człowiek, czy nadęty bufon czy super sympatyczny wesoły facet, ale poraziła mnie jedna myśl. Na pierwszej wizycie kiedy był trochę bliżej mnie (spokojnie.... to dentysta, nie da się inaczej wink smile poczułam jego zapach i pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy była taka, że on pachnie... domem. Wiem, że część z Was uzna mnie za wariatkę, ale naprawdę ten człowiek pachnie domem i nie są to żadne perfumy tylko po prostu jego zapach... domu. Poczułam, że tęsknię ta tym, za tą pewnością, za oparciem i bliskością i za... domem? Strasznie było mi głupio, że takie rzeczy przychodzą mi do głowy, że powinnam poważnie myśleć, a nie takie farmazony tworzyć w głowie, ale za każdym razem, na każdej wizycie czuje ten zapach i za każdym razem jest to dla mnie zapach domu.


Bardzo brakuje mi poczucia bezpieczeństwa, oparcia i zapachu domu..

Zobacz podobne tematy :

2

Odp: Brak poczucia stabilizacji, oparcia i bezpieczeństwa w związku

Trudna sprawa... Niby mówi się, że prawdziwa miłość wszystko przetrzyma, ale życie jest życiem. Niby wiesz, że go kochasz, ale czy to wystarczy? I czy rzeczywiście dacie radę utrzymać rodzinę, jeśli ją założycie? Spróbuj może go spytać, jak sobie dalej wyobraża Wasze życie, czy ma jakiś pomysł, żeby ogarnąć ten problem, niemały problem. To jasne, że każdy pragnie stabilizacji, własnego ciepłego domu, a ten lekarz chyba nieświadomie rozbudził Twoje pragnienia. Rozumiem, że nie myślisz o rozstaniu i szukasz raczej innego rozwiązania...

3

Odp: Brak poczucia stabilizacji, oparcia i bezpieczeństwa w związku
Katarina87 napisał/a:

Trudna sprawa... Niby mówi się, że prawdziwa miłość wszystko przetrzyma, ale życie jest życiem. Niby wiesz, że go kochasz, ale czy to wystarczy? I czy rzeczywiście dacie radę utrzymać rodzinę, jeśli ją założycie? Spróbuj może go spytać, jak sobie dalej wyobraża Wasze życie, czy ma jakiś pomysł, żeby ogarnąć ten problem, niemały problem. To jasne, że każdy pragnie stabilizacji, własnego ciepłego domu, a ten lekarz chyba nieświadomie rozbudził Twoje pragnienia. Rozumiem, że nie myślisz o rozstaniu i szukasz raczej innego rozwiązania...

myślę o rozstaniu i to bardzo poważnie

4

Odp: Brak poczucia stabilizacji, oparcia i bezpieczeństwa w związku
melcia29 napisał/a:

Cześć,

Mam poważny (w moim mniemaniu) problem i potrzebuje Waszej porady. Będę wdzięczna za każde słowo.

Nawet nie wiem od czego zacząć, bo wątków w całej tej historii jest kilka. Postaram się znaleźć jakiś początek i zacząć od niego.

Mam 29 lat (to akurat może mieć istotne znaczenie) i od 2 lat jestem w związku. Wcześniej w moim życiu uczuciowym bywało różnie, byłam w 3 letnim związku, który zakończył się dla mnie małym załamaniem nerwowym, totalnym brakiem pewności siebie, poniżeniem i stłamszeniem.

W obecnym związku, jak już pisałam, jestem 2 lata. T jest bardzo dobrym człowiekiem. Nie jest babiarzem, nie jest pospolitym chamem i nie jest też narcyzem. Mieszkamy od siebie jakieś 60 km, co wydawałoby się nie dużo, ale o ile na początku widywaliśmy się co 2 tygodnie, tak teraz widzimy się co 1-2 miesiące. Na początku miałam spore obawy, ponieważ T jest chory na przewlekłą chorobę, która budziła we mnie wielki strach i panikę, że coś może mu się stać. Choruje na epilepsję od dzieciństwa. Z czasem przywykłam do choroby, nauczyłam się ją tolerować zwłaszcza, że odkąd byliśmy razem miał 2 ataki i to nie w mojej obecności. Prawie od początku naszej znajomości planowaliśmy ślub, dzieci i założenie rodziny. Chcieliśmy tego samego, więc nie było to dla mnie nic dziwnego.

Po pewnym czasie nasze relacje się zmieniły, albo to ja się zmieniłam.. Zaczęłam bardziej konkretnie pytać go o przyszłość, o to dlaczego widujemy się tak rzadko, czemu nie mogę do niego przyjechać (jeśli ja nie zaprosiłam go do siebie to inaczej się nie widzieliśmy). W ciągu 2 lat 2 razy widziałam jego mamę, a siostry nie znam w ogóle. Zaczęły się pojawiać problemy finansowe, wspólne wyjazdy były pokrywane przeze mnie w 80%, jego pobyt u mnie też w całości pokrywałam (nie chodzi mi o to, że jak kogoś zapraszam to ma mi płacić, ale o to, że jeżeli go odwożę do miasta ponad 20 km w jedną stronę, z którego odbiera go kolega to wypadałoby raz na jakiś czas dać coś na paliwo, zwłaszcza, że koledze płacił), dochodziło nawet do tego, że na imieniny moich rodziców kupowałam alkohol i prezent i dawałam jemu, żeby dał moim rodzicom w swoim imieniu.

Jestem osobą raczej konkretną i nie zaślepioną przez różowe okulary dlatego zaczęło do mnie docierać, że coś jest nie tak. Nie mogłam go odwiedzać, nie mogliśmy nigdzie wyjechać, nie wychodziliśmy do kina czy na kolacje, bo za wszystko musiałam płacić. Wiedziałam, że ma trudną sytuację materialną, ale mieszka z mamą i zarabia, czasami nawet więcej niż ja.

W międzyczasie R cały czas planował założenie rodziny. Chciał żebym była w ciąży, żebyśmy mieli ślub, ale ani razu nie widziałam konkretów w tym co mówił. Ufałam mu, bardzo chciałam założyć rodzinę, bardzo zależy mi na poczuciu bezpieczeństwa i zwyczajnie myślę, że jestem już na to gotowa, na swoje własne życie.

Pewnego wieczoru nie wytrzymałam i drogą internetową dosłownie na siłę wyciągnęłam z niego prawdę. Okazało się, że ma kosmiczne długi, w kwocie za którą można kupić małe mieszkanie. Załamałam się, nie wiedziałam jak sobie z tym poradzić, z tą kwotą, z perspektywą spłacania rat do końca życia, na które idzie połowa jego pensji, nie umiałam też poradzić sobie z tym, że o tak ważnych rzeczach mi nie mówił. Planował wspólną przyszłość, mówił, że będziemy starać się o dziecko, a tak naprawdę okazał się totalnie nieodpowiedzialny.

Od tego momentu wszystko się we mnie zmieniło. Zaczęłam rozsądnie zastanawiać się nad tym wszystkim i zrozumiałam, że nie jesteśmy w stanie założyć rodziny, bo jej po prostu nie utrzymamy. Poza tym wiem, że byłby wspaniałym kochającym ojcem, ale dom, problemy i cała reszta byłaby na mojej głowie. Podczas większej kłótni mówi mi, że musi wziąć leki bo za bardzo się denerwuje. Ja mam wtedy wyrzuty sumienia, że on się denerwuje i wpływa to na jego zdrowie, więc wszystko duszę w sobie i sama staram się radzić sobie z problemami, ale tak na dłuższą metę po prostu się nie da. Nie jetem super silną kobietą, potrzebuję partnera w związku, oparcia, a nie decydowanie zawsze i wszędzie o wszystkim. T jest dobrym człowiekiem, bardzo często pisze jak bardzo mnie kocha, jak mu na mnie zależy, ale to są tylko słowa... nie czyny.

Niedawno byłam też do spowiedzi, jako, że ksiądz na tę okoliczność zapytał mnie czy jestem w związku, powiedziałam, że tak i powiedziałam, że sypiamy ze sobą. Kolejny ksiądz, kazał mi zrezygnować z tego związku, który nie kończy się założeniem rodziny. Powiedział mi, że nie wszyscy są stworzeni do życia w rodzinie i to mnie przeraziło.
Boje się, że ja właśnie jestem taką osobą. Bardzo chciałabym w końcu mieć dziecko i męża i cieszyć się normalnym życiem, ale mam mętlik w głowie. Z jednej strony wiem, że nie powinnam być z T bo nie kocham go na tyle mocno, żeby mieć z nim dziecko, a z drugiej strony, jeśli nie potrafię docenić tego co mam? Jeśli to moja szansa na rodzinę, a ja jej nie wykorzystam? Nie wiem co mam robić dalej, nie wiem w którą stronę pójść, żeby było dobrze. Nie chcę nikogo ranić, krzywdzić swoimi decyzjami, ale wiem też że zmiany są konieczne.

Od niedawna chodzę do lekarza, na dość częste jak na mnie wizyty. Ten lekarz jest w moim wieku, albo może młodszy rok. Nie znam go prywatnie, nie wiem co to za człowiek, czy nadęty bufon czy super sympatyczny wesoły facet, ale poraziła mnie jedna myśl. Na pierwszej wizycie kiedy był trochę bliżej mnie (spokojnie.... to dentysta, nie da się inaczej wink smile poczułam jego zapach i pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy była taka, że on pachnie... domem. Wiem, że część z Was uzna mnie za wariatkę, ale naprawdę ten człowiek pachnie domem i nie są to żadne perfumy tylko po prostu jego zapach... domu. Poczułam, że tęsknię ta tym, za tą pewnością, za oparciem i bliskością i za... domem? Strasznie było mi głupio, że takie rzeczy przychodzą mi do głowy, że powinnam poważnie myśleć, a nie takie farmazony tworzyć w głowie, ale za każdym razem, na każdej wizycie czuje ten zapach i za każdym razem jest to dla mnie zapach domu.


Bardzo brakuje mi poczucia bezpieczeństwa, oparcia i zapachu domu..

Malcia29, przeczytaj to co piszę bardzo uważnie. Jestem od Ciebie troszkę młodsza, mam 25 lat i mam dziecko. Niestety jestem już po rozwodzie. Powodów było bardzo wiele ( w tym kompletny brak stabilności finansowej ).
Potem poznałam partnera, księcia. Ciągle mówił, że mnie kocha, kilka razy dziennie. Mną targał jednak ogromny niepokój. Po pierwsze partner mieszkał u mnie już trochę ponad 2 m-ce i nawet nie zapytał czy ma się dołożyć do rachunków.
Innym razem nie dostałam wypłaty na czas, a mieliśmy pojechać  do zoo, wzięłam go na próbę i powiedziałam : Nie jedziemy, bo nie dostałam kasy. Myślałam, że zechce mi pożyczyć ale tego nie zrobił.
Też miał długi, zaległy kredyt na mieszkanie, w którym mieszkał z dziewczyną.
Jeżeli chodzi o nasze dochody, to ja miałam więcej kasy, jednak partner lubił "dobrze" zjeść i mnóstwo pieniędzy wydawaliśmy na jedzenie. Chciałam co nieco zaoszczędzić, ale naprawdę nie było jak.
Wzięłam go na kolejną próbę : Powiedziałam, że znajdę  dodatkową, lepszą pracę. Myślałam, że on tez to zasugeruje, ale nie...
Dodam, że pracował na czarno co mnie bardzo irytowało, bo nawet do lekarza nie miał jak iść na kasę chorych.
Jak nie miał pracy, to potrafił 1 miesiąc przesiedzieć  w domu .Wszystko mi posprzątał i ugotował, ale to nie przynosiło kasy, a ja pracowałam, ale też sprzątałam, gotowałam.
Na wakacje musiałam pojechać sama, bo on kasy nie miał. Było mi smutno,bo chciałam jechać razem.
W domu rodzinnym faceta było biednie. Rodzice kupę kasy wydawali na fajki, stąd chyba te problemy z budżetem.
Partner pojechał do Niemiec do pracy i kasy też nie za wiele przywiózł. Wyszło na to, że miał kupić samochód sam, a ja dołożyłam do tego auta 1000 zł.
Byłam bardzo zdziwiona tymi zachowaniami, ponieważ przyjaciel eksa był bardzo zaradnym chłopakiem i mój partner bardzo dużo mu pomagał np. przy gospodarce.
Mój eks natomiast mówił, że w przyszłości zrobi remont, że pojedziemy gdzieś tam na wakacje, kupimy takie a takie auto. Tylko nie było robione nic w kierunku tego.
Doszło do tego, że zaczęłam go kontrolować: Czy będzie miał pracę czy nie?
Bo jak praca byłą to na czarno, a potem na przykład miesiąc przerwy i czekanie na kolejną fuchę na czarno.
Myślałam, że się wykończę. Nie chcę robić z siebie tutaj mega zaradnej, bo mi w życiu było troszkę łatwiej, pochodzę z rodziny, w której tato wiele osiągnął. Wiem jednak, ze wiele w życiu pracowałam i nadal to robię: ciągle się uczę, jakieś nowe kursy, szukam dodatkowych źródeł dochodu, chcę odkładać kasę.
Nie wiem w jakim stopniu niezaradny jest twój partner, ja z moim nie wytrzymałam...Tyle, że mój dodatkowo bywał bardzo wybuchowy względem mnie i dziecka, ale to już inna historia.
A może twoje obawy, to jakiś instynkt? Może porozmawiaj z najbliższymi co o tym myślą? Oni widzą rzeczy, których ty nie dostrzegasz. Wiadomo, że do ciebie należy ostateczna decyzja, ale jakieś wsparcie zawsze się przyda. Jedno jest pewne- doskonale rozumiem twoje obawy.

Posty [ 5 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » Brak poczucia stabilizacji, oparcia i bezpieczeństwa w związku

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024