Cześć,
Mam poważny (w moim mniemaniu) problem i potrzebuje Waszej porady. Będę wdzięczna za każde słowo.
Nawet nie wiem od czego zacząć, bo wątków w całej tej historii jest kilka. Postaram się znaleźć jakiś początek i zacząć od niego.
Mam 29 lat (to akurat może mieć istotne znaczenie) i od 2 lat jestem w związku. Wcześniej w moim życiu uczuciowym bywało różnie, byłam w 3 letnim związku, który zakończył się dla mnie małym załamaniem nerwowym, totalnym brakiem pewności siebie, poniżeniem i stłamszeniem.
W obecnym związku, jak już pisałam, jestem 2 lata. T jest bardzo dobrym człowiekiem. Nie jest babiarzem, nie jest pospolitym chamem i nie jest też narcyzem. Mieszkamy od siebie jakieś 60 km, co wydawałoby się nie dużo, ale o ile na początku widywaliśmy się co 2 tygodnie, tak teraz widzimy się co 1-2 miesiące. Na początku miałam spore obawy, ponieważ T jest chory na przewlekłą chorobę, która budziła we mnie wielki strach i panikę, że coś może mu się stać. Choruje na epilepsję od dzieciństwa. Z czasem przywykłam do choroby, nauczyłam się ją tolerować zwłaszcza, że odkąd byliśmy razem miał 2 ataki i to nie w mojej obecności. Prawie od początku naszej znajomości planowaliśmy ślub, dzieci i założenie rodziny. Chcieliśmy tego samego, więc nie było to dla mnie nic dziwnego.
Po pewnym czasie nasze relacje się zmieniły, albo to ja się zmieniłam.. Zaczęłam bardziej konkretnie pytać go o przyszłość, o to dlaczego widujemy się tak rzadko, czemu nie mogę do niego przyjechać (jeśli ja nie zaprosiłam go do siebie to inaczej się nie widzieliśmy). W ciągu 2 lat 2 razy widziałam jego mamę, a siostry nie znam w ogóle. Zaczęły się pojawiać problemy finansowe, wspólne wyjazdy były pokrywane przeze mnie w 80%, jego pobyt u mnie też w całości pokrywałam (nie chodzi mi o to, że jak kogoś zapraszam to ma mi płacić, ale o to, że jeżeli go odwożę do miasta ponad 20 km w jedną stronę, z którego odbiera go kolega to wypadałoby raz na jakiś czas dać coś na paliwo, zwłaszcza, że koledze płacił), dochodziło nawet do tego, że na imieniny moich rodziców kupowałam alkohol i prezent i dawałam jemu, żeby dał moim rodzicom w swoim imieniu.
Jestem osobą raczej konkretną i nie zaślepioną przez różowe okulary dlatego zaczęło do mnie docierać, że coś jest nie tak. Nie mogłam go odwiedzać, nie mogliśmy nigdzie wyjechać, nie wychodziliśmy do kina czy na kolacje, bo za wszystko musiałam płacić. Wiedziałam, że ma trudną sytuację materialną, ale mieszka z mamą i zarabia, czasami nawet więcej niż ja.
W międzyczasie R cały czas planował założenie rodziny. Chciał żebym była w ciąży, żebyśmy mieli ślub, ale ani razu nie widziałam konkretów w tym co mówił. Ufałam mu, bardzo chciałam założyć rodzinę, bardzo zależy mi na poczuciu bezpieczeństwa i zwyczajnie myślę, że jestem już na to gotowa, na swoje własne życie.
Pewnego wieczoru nie wytrzymałam i drogą internetową dosłownie na siłę wyciągnęłam z niego prawdę. Okazało się, że ma kosmiczne długi, w kwocie za którą można kupić małe mieszkanie. Załamałam się, nie wiedziałam jak sobie z tym poradzić, z tą kwotą, z perspektywą spłacania rat do końca życia, na które idzie połowa jego pensji, nie umiałam też poradzić sobie z tym, że o tak ważnych rzeczach mi nie mówił. Planował wspólną przyszłość, mówił, że będziemy starać się o dziecko, a tak naprawdę okazał się totalnie nieodpowiedzialny.
Od tego momentu wszystko się we mnie zmieniło. Zaczęłam rozsądnie zastanawiać się nad tym wszystkim i zrozumiałam, że nie jesteśmy w stanie założyć rodziny, bo jej po prostu nie utrzymamy. Poza tym wiem, że byłby wspaniałym kochającym ojcem, ale dom, problemy i cała reszta byłaby na mojej głowie. Podczas większej kłótni mówi mi, że musi wziąć leki bo za bardzo się denerwuje. Ja mam wtedy wyrzuty sumienia, że on się denerwuje i wpływa to na jego zdrowie, więc wszystko duszę w sobie i sama staram się radzić sobie z problemami, ale tak na dłuższą metę po prostu się nie da. Nie jetem super silną kobietą, potrzebuję partnera w związku, oparcia, a nie decydowanie zawsze i wszędzie o wszystkim. T jest dobrym człowiekiem, bardzo często pisze jak bardzo mnie kocha, jak mu na mnie zależy, ale to są tylko słowa... nie czyny.
Niedawno byłam też do spowiedzi, jako, że ksiądz na tę okoliczność zapytał mnie czy jestem w związku, powiedziałam, że tak i powiedziałam, że sypiamy ze sobą. Kolejny ksiądz, kazał mi zrezygnować z tego związku, który nie kończy się założeniem rodziny. Powiedział mi, że nie wszyscy są stworzeni do życia w rodzinie i to mnie przeraziło.
Boje się, że ja właśnie jestem taką osobą. Bardzo chciałabym w końcu mieć dziecko i męża i cieszyć się normalnym życiem, ale mam mętlik w głowie. Z jednej strony wiem, że nie powinnam być z T bo nie kocham go na tyle mocno, żeby mieć z nim dziecko, a z drugiej strony, jeśli nie potrafię docenić tego co mam? Jeśli to moja szansa na rodzinę, a ja jej nie wykorzystam? Nie wiem co mam robić dalej, nie wiem w którą stronę pójść, żeby było dobrze. Nie chcę nikogo ranić, krzywdzić swoimi decyzjami, ale wiem też że zmiany są konieczne.
Od niedawna chodzę do lekarza, na dość częste jak na mnie wizyty. Ten lekarz jest w moim wieku, albo może młodszy rok. Nie znam go prywatnie, nie wiem co to za człowiek, czy nadęty bufon czy super sympatyczny wesoły facet, ale poraziła mnie jedna myśl. Na pierwszej wizycie kiedy był trochę bliżej mnie (spokojnie.... to dentysta, nie da się inaczej
poczułam jego zapach i pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy była taka, że on pachnie... domem. Wiem, że część z Was uzna mnie za wariatkę, ale naprawdę ten człowiek pachnie domem i nie są to żadne perfumy tylko po prostu jego zapach... domu. Poczułam, że tęsknię ta tym, za tą pewnością, za oparciem i bliskością i za... domem? Strasznie było mi głupio, że takie rzeczy przychodzą mi do głowy, że powinnam poważnie myśleć, a nie takie farmazony tworzyć w głowie, ale za każdym razem, na każdej wizycie czuje ten zapach i za każdym razem jest to dla mnie zapach domu.
Bardzo brakuje mi poczucia bezpieczeństwa, oparcia i zapachu domu..