Jak dobrze, że trafiłam na ten wątek! Kurcze..
ale zacznę od początku..
U mnie w domu także łątwo nie było, o ile można to nazwać domem.. wychowywana przez babcie i dziadka alkoholika, tato w tym czasie za granicą w pracy, a mama - półprzytomna w parku na ławce. Nagle z dnia na dzień wszystko się odmieniło.. tata wrócił, z nową kobietą, zabrali mnie do siebie, dziadkowie poszli w odstawke, zapomnienie, gdyż malej dziewczynce czasem wystarczy dać wymarzoną zabawkę by zaczeła robić to, czego od Niej rodzic oczekuje.. Mama w tym czasie zmarła, z przepicia. Nowa rodzina całkiem fajna.. do czasu.. nie wiem dokładnie ile trwała sielanka, nie pamietam.. ale po ślubie nowej "mamy" z tatą, zaczęły się wzajemne zdrady, pretensje.. kłótnie o byle co.. potem godzenie sie i wypominanie wszystkiego.. Ja w tym czasie już młoda nastolatka, zaczynałam buntować się na wszystkie możliwe tego sposoby.. Rodzice - bezradni wobec mnie, zaczeli "wspomagać się" paskiem, sznurkiem, butami, czym popadnie by mnie uspokoić a przy okazji wyładować swoją agresję.. bywały miesiące lepsze i gorsze.. Ostatni taki lepszy, to był lipiec któregoś tam roku.. wakacje nad morzem.. Ja, Oni, nowa siostrzyczka, ciocia i wujek z dziećmi.. prawdziwe wakacje jakich nigdy nie miałam.. kolejne miesiące przyniosły rozstanie rodziców.. tata w szpitalu z poważnym urazem kręgosłupa.. matka z siostrzyczką u innego faceta.. a ja?? trochę tu, trochę tam... nie wiem gdzie było moje miejsce w tamtym czasie... po wyjsciu ojca ze szpitala, i wyzdrowieniu (a trochę to trwało) kolejne wielkie pogodzenie się mamusi i tatusia. efektem tego jest moja kolejna siostra. Jednakże trwało to już tylko rok.. pewnej nocy trzy lata temu macocha pojechała i już do nas nie wróciła.. zostawiając mnie, tate i siostry na pastwę losu. . Z buntowniczki, z dnia na dzień musiałam stać się osobą dojrzała, odpowiedzialna, potrafiącą sprzątać i gotować.. rzuciłam szkołę na rzecz siostrzyczek.. mama pokazywała się co jakiś czas.. nadal się pokazuje, ale jest to juz inna kobieta.. spijaczona narkomanka która kradnie co popadnie, u boku mężczyzny który już nie raz złamał jej rękę bądź nogę... dziwne to moje dzieciństwo..
Teraz sama zaczelam budować dom i rodzinę. Spodziewam się dziecka, mieszkam z ukochanym facetem, moją pierwszą miłością. Wszędzie węszę zdradę i podstęp.. Każde chwilowe spóźnienie do domu, każdy nieodebrany telefon bądź każde spojrzenie które mi się nie spodoba, dla mnie jest oznaką tego że jestem nie kochana.. Potrafię w przeciągu kilku chwil z kochającej kobiety, stać się istnym szatanem który mówi co popadnie.. Odchodzi, by za chwile przepraszać. Na szcęście mój mężczyzna jest na tyle kochający, że zawsze o wszystkim szybko zapomina.. Staram się ze wszystkich sił być perfekcyjna, nie znoszę krytyki, nie lubię gdy ktoś patrzy mi na ręce gdy coś robie.. W nowym towarzystwie jestem okropnie nie śmiała, nie umiem wydusić z siebie słowa, z obawy przed wyśmianiem i odrzuceniem. Boję się, że nie podołam jako matka, ranię swojego faceta bo nie chce słyszeć o ślubie.. ale dlaczego, to ja sama nie wiem.. Przez swój cały związek marzyłam o tym co mam teraz, o wspólnym mieszkaniu, maleństwie.. wspólnym życiu.. a teraz, gdy już to mam, chwilami marze o cofnięciu czasu i zaczęciu od nowa, bez dziecka i faceta.. Mimo iż zakochana jestem do szaleństwa i na samą myśl o tym, ze bede samotna, bez Niego, odczuwam paraliżujący strach.. Jedyne z czego jestem dumna w swoim zyciu to z tego, że wytrwałam w czystości i czekałam na tego jedynego... mimo tak wielu buntów z dziecinstwa, nigdy nikomu się nie oddałam, w głębi serca zawsze czulam ze to nie pora na mnie.. i czekałam.. Na Niego, mojego kochanego obecnego partnera.. Teraz mam lepsze dni.. ale boję się, że gdy po porodzie nadejdą trudy i nie podołam, powiem lub zrobie coś, czego będę żałowała do konca życia..
Czytając Wasze wypowiedzi, uświadamiam sobie jak wielki wpływ dzieciństwo ma na Nasze dorosłe życie.. Obym ja nie skrzywdziła tak swojego dziecka, jak sama zostałam wielkorotnie zraniona.