Moja sprawa jest strasznie skomplikowana i nie dotyczy mnie, ale dzieci mojego brata. Ja z mamą jesteśmy już bezsilne i szukamy pomocy. Mianowicie mój brat poślubił prawie 7 lat temu swoją żonę, nikt z mojej rodziny specjalnie za nią nie przepadał, no ale w końcu to on z nią będzie żył a nie my. Żona brata założyła sobie, że po skończeniu technikum nie pójdzie na studia, ani do pracy tylko założy rodzinę i tak też się stało. Parę miesięcy po ślubie zaszła w ciążę i urodziła synka. No i tu zaczęły się schody. Kompletnie nie dawała sobie rady z opieką nad nim, no i jak to dobra rodzina każda ze stron jej pomagała, do tego stopnia że przez pierwszy rok mieszkali tydzień u moich rodziców, tydzień u jej. W międzyczasie wyszły skłonności bratowej do rządzenia całą rodziną i spozoru niegroźne zamiłowanie po piwka, które brat tłumaczył depresja poporodową. No, ale każdy miał swoją cierpliwość i po którymś z kolei jej wyskoków zasugerowano żeby poszli w końcu mieszkać do siebie. Z regóły po 3 dniach wracali z podkulonym ogonem i z przeprosinami. I tak to mniej wiecej trwało rok. Dziecko wychowywało się praktycznie tylko z nami, ona ani nie gotowała ani nie sprzatała tylko objeżdzała z bratem po sklepach, restauracjach i "doglądała" z nim jego spraw zawodowych, co w końcu zaowocowało jego ogromnymi długami. Wspomne jeszcze, że mieszkanie i start na rozkręcenie firmy zasponsorowała moja rodzina, brat przebywając ciągle z żoną na zakupach, a nie w firmie popadł w długi ponieważ ciągle dobierał pożyczki, zwiększał kredyty. O czym dopiero powiedział w momencie, gdy bank chciał mu zabrać samochód. Noi tu zaczęły się ogromne kłótnie, bratowa zaczęła wyzywać moją rodzinę, że za kogo ona wyszła kim my jesteśmy i że mamy kolejne pieniądzę "pożyczyć", brat jak zwykle kręcił i bronił jej, że ma gorszy dzień a poza tym znowu zaszła w ciążę. Oczywiście (czego do tej pory nie rozumiem) dostali pieniądze od mojej jak i jej rodziny, z tym że moja mama zastrzegła, że nie chce jej wiecej na oczy widzieć. Brat może tylko z dzieckiem przyjeżdżać. W tym czasie ona przebywala u swojej matki, my się w końcu po raz kolejny zapytaliśmy o co chodzi, że Wy nie mieszkacie we własnym mieszkaniu, jak normalne rodziny. Po długim milczeniu wyszło na jaw, że bratowa od dłuższego czasu leczy się na nerwicę natręctw, która objawia się ciągłym sprzątaniem (co ciekawe sprzata tylko u siebie, a u innych jest bałaganiarą). Wcześniej wydawało nam się,że jest ona tylko "wygodna" i nikgo nie zaprasza do siebie. Gdy już ktoś wszedł do ich mieszkania całymi nocami sprzątała wszystko, szorowała, miała przesuszone, dosłownie popękaną skórę dłoni. Oczywiścię wcześniej mówili nam, że to jakieś uczulenie. Po urodzeniu kolejnego dziecka mama i bratowa pogodziły się i znowu zaczelo sie jeżdżenie no bo przecież bratowa jest chora i ma dwojke dzieci - trzeba im pomóc. W międzyczasie mnóstwo kłotni, zapewnień że się leczy, przeprosin, incydentów alkoholowych i tak w kółko. Aż do pierwszej jej próby samobójczej i zamknięcia w szpitalu psychiatrycznym - zazwyczaj robi to gdy mój brat stara postawić na swoim i odmawia jej, spełnienia jej jakiejś irracjonalnej zachcianki (głównie wyjazdy i zakupy). Wszyscy znajomi się od nich odsunęli bo każdy ma jej dość i wymądrzania i dyrygowania. Ona jest w stanie zamęczyć wszystkich swoją osobą. Po wyjściu ze szpitala była kolejna próba, ale brat zmiękł bo ona obiecała że zrozumiała co to znaczy być matką bedzie sie nimi zajmowała i zgodzi się na terapię u psychologa. Dzieci dorastały, a wraz z tym jej fobie. Dzieci bedac u niej w mieszkanie nie mogly wyjsc z pokoju, bo pobrudza. Gdy przyjezdzaly do nas do domu, nie chciały wracać do siebie już w wieku 4 lat, tylko pytaja sie kiedy przyjadą na "wakacje" do nas. Oczywiście ona zapewnia, że kocha dzieci tylko ona jest chora i my mamy to zrozumieć. Dzieci zaczely chodzic w wieku 3-4 lat do przedszkola bo ona nie umiala z nimi spedzac czasu, tylko kazala im siedziec i ogladac telewizje, nie gotowala im tylko kupowala gotowe jedzenie. Brat stwierdzil, że niech ida do przedszlola to chociaz im tam dadza normalne jedzenie. Ciągłe awantury, kłótnie, brata wielokrotnie wyrzucała z domu. Bo jakas zachcianka jej nie została zaspokojona. Po którejs z kolei próbie samobójczej miała z nowu trafić do szpitala psychiatrycznego, ale udalo się bratu załatwić klinike Akademia Medyczną ze specjalnie dobrana dla niej terapią oczywiście uciekła / wypisała się po 3 dniach. Bratowa poprosila żeby moja rodzina poszla na spotkanie z psychologiem, który wyjasni jak postępować z chorą. Oczywiście psycholog powiedziała o przyczynach, która tkwi w dzieciństwie bratowej, której mama była notorycznie bita przez ojca alkoholika. Co ciekawe, moja bratowa w szale rzuca się na brata i go bije, nie raz widziałam go zadrapanego, na co on miał oczywiście wymówke. Teraz bratowa po raz kolejny jest w szpitalu bo znowu połknęł kolejne psychotropy.Będąc tam wydzwania do wszystkich raz grozi nam raz żegna się, że zrobi sobie coś, następnym razem pisze,że mamy wysprzątać mieszkanie bo jak znajdzie bród to mu za.....li. Dzieci, gdy ona jest w szpitalu nawet nie wspomną o niej. Oczywiście mogłabym napisać jeszcze wiele przypadkach, o jej alkoholiźnie, o jej słowach, o tym jak dzieci po wejsciu do domu już przy drzwiach muszą się rozebrać do naga i wejsc pod prysznic bo są brudne, jak przyjadą od dziadków też są brudne. Mam świadomość, że jako rodzina chcąc pomóc zrobiliśmy więcej złego, ale teraz mamy świadomość że to mój brat powinien podjąć decyzję, której nie podejmie - on się zachowuje jak ofiara, która nie może żyć bez swojego kata. Tłumaczymy mu to, że wybierająć ją krzywdzi dzieci i że prędzej czy poźniej odbije się na nich. Czy istnieje możliwość jakiegoś prawnego ograniczenia im praw? Jesteśmy w stanie jako rodzina zająć się wychowywaniem ich. Brat z żoną nie nadają się kompletnie, ona traktuje je jakk karte przetargową którą manipuje wszystkich. Czy osoba po wielokrotnych próbach samobójczych i może wychowywać dzieci???
Alicjo juz dawno powinniscie pojsc do jakies instytucji,ktora pomoze w tej sprawi.Mysle,ze POWIATOWE CENTRUM POMOCY RODZINIE to wlasnie taka instytucja,ktora poprowadzi Was w tej sprawie.Musicie cos zrobic dla dobra dzieci,bo przy takiej opiece dzieje sie krzywda dzieciom,bratowa jest osoba chora i sama nie da sobie rady,ani twoj brat......trzeba te sprawe rozwiazac dla dobra dzieci!Moze powinnas pojsc do jakiegos prawnika?!
... też chciałabym wiedzieć jak w takich sytuacjach pomóc.
Generalnie to dorośli ludzie i odpowiadają za siebie i swoje dzieci, więc nikt nie może za bardzo wtrącać się w taki układ (zmiana stanu prawnie typu ogranicznie praw rodzicielskich, niepoczytalności, itp - to jakaś nierealna rzecz). Nie za bardzo wierzę, by instytucje pomocowe były w stanie realnie pomóc. Można wprowadzić rodzinie jakiś system pseudokontroli, (pani kurator, czy inna opiekunka społeczna, przyjdzie w wyznaczonym dniu i zobaczy, to co jej pokażą kontrolowani przez nią ludzie).
Mam wrażenie, że najlepszą formą pomocy - jest odcięcie się od takiej rodziny. Brzmi to absurdalnie, ale często jest tak, że tak długo jak mogą liczyć na to, że ktoś ich wybawi z opersji (opieka nad dzieckiem, długi, itp), tak długo nie ma hamulca, czegoś co by spowodowało, że zajęliby się ratowaniem swojego życia, rodziny. Być może taka banalna sytuacja jak brak pieniędzy i niemożność pożyczenia spowodowałby opamiętanie, albo sytuacja w której pojawia się realna groźba odebrania praw rodzicielskich.
Oczywiście nie jest to dobre rozwiązanie, bo jest to rodzina, bo są malutkie dzieci, które w tym układzie nie zawiniły, a ponoszą konsekwencję nieodpowiedzialności rodziców. Możecie próbować prawnie odebrać im prawa rodzicielskie, ale nie jest to chyba takie łatwe i szybkie.
Z drugiej strony - twoja bratowa może mieć poważne problemy psychiczne. Choroby takie są nierozumiane, bo to nie jest katar, czy złamana noga, by móc zobaczyć, zbadać, zmierzyć, ocenić. Warto wspierać bratową, by leczyła się. Dobrze jest posłuchać tego, co ma do powiedzenia psycholog - może podpowie jak pomóc dziewczynie, a jednocześnie rodzinie twojego brata.
Dziadkowie jako najbliższa rodzina mogą wystosować odpowiednie pismo do sądu przedstawiając sytuację dzieci (o poradę prawną można się udać do urzędu gminy bądź miasta, tam jest możliwość rozmowy z bezpłatnym radcą prawnym po wcześniejszym umówieniu się) opisując, że itak praktycznie to oni zajmują się dziećmi, że matka i ojciec wogóle nie poczuwają się do tej roli. I ograniczyć prawa rodzicom jednocześniej wnosząc o to aby sąd ustalił ich (dziadków) rodziną zastępczą dla maluszków, jeżeli będzie dość dowodów i świadków na to że dzieci są zaniedbywane itp. to sąd napewno przychyli się do wniosku dziadków, biorąc pod uwagę dobro dzieci, rodzice co prawda mogą potem się starać sie o przywrócenie im tych praw.. ale to także sprawa długa bo znowu muszą stanąć przed sądem i udawadniać że w pełni mogą wykonywać władze rodzicielska i zapewnić dzieciom spokój i godne warunki życia.
Dziadkowi mogą starać się także o całkowite odebranie praw rodzicom z względu na dobro dzieci ( Art. 111. § 1. Jeżeli władza rodzicielska nie może być wykonywana z powodu trwałej przeszkody (ewidentna choroba psychiczna matki dzieci) albo jeżeli rodzice nadużywają władzy rodzicielskiej lub w sposób rażący zaniedbują swe obowiązki względem dziecka, sąd opiekuńczy pozbawi rodziców władzy rodzicielskiej. Pozbawienie władzy rodzicielskiej może być orzeczone także w stosunku do jednego z rodziców. ) Sąd może także zalecić różne terapie rodzinne itp itd, decydować o tym jakie decyzje rodzice mogą podejmować a na jakie muszą mieć zezwolenie sądu,ale jeśli nadal żadna pomoc im "zaproponowana" lub narzucona przez sąd nie skutkuje, i jeśli rodzice trwale nie interesują się dziećmi, także mogą mieć odebrane prawa.
Także nadzieja i podstawa prawna jest musicie tylko udać się właśnie do prawnika, jeśli nie stać was to może być to właśnie ten darmowy, o którym pisałam wyżej i on pomoże "wystosować" odpowiednie pismo, i zaznaczy co się przyda na sprawie, jacy świadkowie, jakie dowody itp. Mam nadzieję trochę chociaż pomogłam
.