Ostatnio zaczęłam się zastanawiać nad pewną prawidłowością, którą zauważyłam u siebie i swoich znajomych.
Wyjaśnię może na moim przykładzie. Mam wielkie szczęście mieć fantastycznego Tatę, który jest dla mnie autorytetem i wzorem mężczyzny. Jestem świadoma jego wad, jednak ma je każdy. Z tego względu bywam w relacjach z mężczyznami... Cóż, wymagająca
Nie chodzi tu o znalezienie kopii mojego Taty, a jedynie o pewną świadomość, że ewentualny parter mógłby być w jakimś aspekcie lepszy.
Mam też chłopaka, z którym wiąże przyszłość, który jest mi bardzo bliski. Czasem jednak, w przypadku sprzeczek czy jakiś konfliktów mam przekonanie, że tak nie powinno być. Bo przecież Tata dla Mamy taki nie jest
Nie chcę go zostawiać bo go kocham, chodzi mi tu o takie ukłucie w sercu i pewien rodzaj rozczarowania, które się pojawia w takich sytuacjach.
Oprócz tego zwykle wracam do domu z radosnym sercem, że mam takie miejsce, gdzie mi jest tak dobrze. Pojawia się czasem żal, że gdy założę rodzinę to dom opuszczę i czasem robi mi się przykro... Bo przecież tak mi tu dobrze.
Wiem, że osoby, które są szczęśliwe w swoich domach mają czasem takie rozterki, niektóre nawet odkładają zakładanie rodziny na później albo sprowadzają się z mężem/żoną do rodziców (czego osobiście nie chcę wcielać w życie z pewnych względów).
I teraz pytanie, czy jest nam "za dobrze"? Czy obraz szczęśliwego domu jaki mamy, nie utrudnia trochę wzięcia odpowiedzialności za swoje życie i podjęcie wyzwania w stworzeniu równie szczęśliwej rodziny?
Proszę o rady i wasze opinie ![]()