Mam wrażenie, że faceci dzielą się na dwie grupy:
a) normalnych, przeciętnych, którzy znajduja dziewczyny, są mili, rozmowni i uczynni, choć nie mają w sobie "tej iskry" i nie widzę w nich mężczyzn tylko kumpli,
b) intrygujących i przystojnych, tajemniczych, którzy wzbudzają we mnie żywe zainteresowanie.
Każda ze znajomości które chciałabym rozwinąć zaczyna się nietuzinkowo. Potrącenie przez samochód, zgubienie się w innym kraju, awaria komunikacji miejskiej. Wystarczyłoby na napisanie ksiązki.
Wtedy wpadam w objęcia (czasem dosłownie) faceta, ktory wydaje mi się ucielesnieniem marzeń, jest dla mnie przystojny, czarujący, inteligentny, oczytany, chcę chłonąć o nim wszystko, a on stanowczo, ale z czułością i taktem domaga się mojej uwagi. Ściga mnie, wpada w obsesję na moim punkcie, najgłupsze życzenia wypełnia co do joty, zasłania mi cały krajobraz i porywa w inną rzeczywistość. A potem nagle error.
Znika.
Zza krzaków wyskakuje jego ukochana z maczetą.
Albo poprzednia dziewczyna go zraniła i "nie czuje się jeszcze gotowy".
Przeważnie to pierwsze. Nie jestem psychicznie przygotowana na pozostawienie jak jakąś rzecz. Ale tacy zwykli, przeciętni, umiarkowani, ktorych nie byłoby na to stać w żaden sposób na mnie nie działają. Nawet, jesli umawiam się z nimi na randkę i nie wykluczam, że coś z tego będzie, to odczuwam zażenowanie i dyskomfort podczas próby dotknięcia mnie czy rozmowy na tematy bardziej osobiste.
Czy to jakaś wada fabryczna wszystkich, którzy mi się podobają, czy może to ja postępuję nie tak?