Słuchajcie,
Chcę Wam opowiedzieć moją historię. Niczego nie oczekuję, po prostu to przeczytajcie. Jeśli ktoś zechce coś dopowiedzieć od siebie - będzie super;-)
Jestem (jeszcze) w związku małżeńskim z 4 lata młodszą kobietą od prawie dziesięciu lat. Nie mamy dzieci. Mamy własne mieszkanie, samochód , garaż. Oboje pracujemy. Przez dużą część naszego związku wydawało mi się, że jesteśmy dobraną parą: oboje lubiliśmy odkrywać nowe miejsca na wakacjach, wycieczki rowerowe w weekend, wyjazdy na koncerty, wydawało mi się, że coś wspólnie zbudowaliśmy: urządzanie mieszkania, wspolne rozwiązywanie codziennych problemów, pomoc w czasie choroby. Obydwoje bardzo kochamy zwierzęta, mamy 2 psy.
Z pożyciem do pewnego momentu też nam się dobrze układało. Jednak nie wszystko było takie cacy. Dwa lata po ślubie, gdy jeszcze bardzo kochałem swoją żonę, zostałem zdradzony przez nią z mężczyzną poznanym przez internet. Wybaczyłem, choć zadra w sercu została. Ja żony nigdy nie zdradziłem.
Od pewnego czasu żona znalazła sobie własny krąg znajomych, z którymi zaczęłą spędzać czas (studia w innym mieście, koncerty, wypady do knajp). No a niedawno zakomunikował mi, iż jest biseksualna. Zakochała się w kobiecie, chce się ode mnie wynieść i rozpocząć nowe życie z nową partnerką. Tamta dziewczyna, żeby było śmieszniej, przyjeżdzala kilkakrotnie z wizytami do MOJEGO (naszego) domu, będąc przedstawiana jako KOLEZANKA i nawet nocowała u nas. Ma nastoletnią córkę ze swego małżeństwa (też się rozchodzą z mężem podobno). Więc sytuacja jak w telenoweli;-)
Nie wiem, czy jest jakiś sens walczyć o ten nasz związek w sytuacji, gdy psycholog małżeński powiedział nam po wizycie, że nie widzi podstaw do budowania czegoś nadal z moją żoną. Inicjatywa wizyty u psychologa wyszła ode mnie.
Dziewczyny, ja nie jestem nastolatkiem. Nie powieszę się z tego powodu. Ogarnia mnie tylko smutek na samą myśl o tym, że straciłem 10 lat swego życia... Że przyjdzie mi żyć w otoczeniu, gdzie każdy przedmiot, mebel, zdjęcie, znajomi, rodzina - będą mi przypominać o byłej żonie. Pewnie z czasem ból minie, ale boję się tego, że ten toksyczny związek będzie miał wpływ na moje postrzeganie kobiet w ogóle. Bo już o homoseksualistach nie wspomnę.
Muszę przyjąć ten 'kop od życia' po męsku. A po męsku - to oznacza, że mój ból muszę znieść w samotności. W tym sensie Wam - kobietom, jest łatwiej. Jest większa akceptacja społeczna dla Waszych rozterek, gdy je macie...
pozdrawiam Was;-)
Piotr