Drodzy
jestem tu od prawie roku. Odnalazłam to forum ponieważ dokładnie rok temu dowiedziałam się, że zostałam ponownie zdradzona. Opisałam swoją historię w innym (nie swoim wątku) więc nie będę się nad nią bardzo rozpisywać. Napiszę krótko. ponad 25 letni związek, żadnych patologii, normalne wydawałoby się "szczęśliwe" życie. 5 lat temu mój wtedy jeszcze mąż zakochał się w dużo młodszej dziewczynie. Jak się wydało wyprowadził się, potem był rozwód. W międzyczasie starłam się walczyć o niego, nic to nie dało, w końcu odpuściłam. Jednak zeszliśmy się. Wyprowadziliśmy do Warszawy. Żyliśmy w sielance 2 lata. Do zeszłego roku. Nowa "laska" mojego faceta jest w wieku naszego syna. Na początku oczywiście kajanie się, potem jak się szybko okazało gra na 2 fronty. Wiem powinnam go wtedy kopnąć w tyłek ale tak nie zrobiłam. Mieszkam w jego mieszkaniu, wtedy nie miałam pracy a nie chciałam wracać do swojego mieszkania w rodzinnym mieście bo tam właściwie nie ma już dla mnie miejsca. Mieszka tam nasz syn z dziewczyną. Do tego wiadomo w Warszawie jest praca, są dobre zarobki. On nie chciał słyszeć o wyprowadzce. Więc tak sobie żyliśmy. Na początku kłócąc się non stop. Potem w coraz większej zażyłości. Aż w końcu jak mąż z żoną. Wydawało mi się, że tamten związek się skończył. Wiedziałam jednak, że będą się widywali od czasu do czasu z racji kontaktów służbowych. Stale jednak okazywało się, że on poszukuje nowych wrażeń. Przynajmniej kilka razy znalazłam smsy od różnych lasek. Zawsze to samo tłumaczenie, a ja już nie chciałam słuchać nowych kłamstw. Wielokrotnie mówiłam mu, że jestem nieszczęśliwa, że nie chce już być oszukiwana, że zasługuje na to aby traktowano mnie jak księżniczkę. Wiedziałam że między nami już nic się nie zmieni. On zawsze będzie mnie zdradzał, szukając innych wrażeń a ja będę bezpieczną przystanią, na którą można liczyć, która pocieszy, wesprze. Pomału zaczynałam się buntować, wiedząc że w końcu nadejdzie ten dzień kiedy stwierdzę, że mam dość.
I chyba wczoraj ten dzień nadszedł. On ma taką pracę, że 3-4 dni spędza służbowo poza domem (idealne warunki do zdrady), dodatkowo w ten weekend pojechał na jakiś kongres. Widziałam maila w tej sprawie więc wiem, ze to nie ściema. Wczoraj zadzwonił do mnie z trasy ale nie mogłam z nim rozmawiać więc powiedziałam, że niedługo oddzwonię. Nie odebrał. Od razu się wkurzyłam bo jestem przewrażliwiona na tym punkcie. Nie robiłam jednak paniki. Ciśnienie mi się podniosło po 3 telefonach i 2 godzinach bez kontaktu. Wiedziałam, ze jechał samochodem więc nie było możliwości zaśnięcia, wyjścia bez telefonu itd. On zresztą przecież wiedział, że miałam oddzwonić. Rano po moim kolejnym telefonie, dostałam smsa, że teraz nie może ze mną rozmawiać bo, uwaga!, padły GPSy (sic!) i on musi pilotować swoich gości jadących na kongres. No rozwalił mnie kompletnie tą wymówką. Zadzwonił po jakimś czasie. Przepraszał, że nie oddzwonił, dając jakąś nie trzymającą się kupy wymówkę. Pokłóciliśmy się oczywiście. Powiedział, że zadzwoni później jak będzie mógł i od tej pory cisza. A ja od tej pory myślę, łamię się i podejmuje decyzje.
Ponieważ tak jak napisałam mam dość takiego życia postanowiłam, że wyprowadzę się, wynajmę sobie coś i zacznę wreszcie normalnie żyć. Wiecie jak to jednak jest z decyzjami. podejmować jest je łatwo a dotrzymać dużo trudniej. Dodatkowo za miesiąc skończę 44 lata i będę musiała zaczynać od zera 3 raz, co mi się uśmiecha średnio. Boje się samotności, zmian. Boje się, że nie wytrwam w postanowieniu. Dlatego pisze. Wiem, ze potraficie dać dużo wsparcia na które bardzo liczę.