Witam,postanowiłam się poradzić Was bo sama już nie mogę uporać się z natłokiem myśli.Zastanawiam się czy ja mam jakieś nienormalne wymagania względem swojego faceta czy to z nim jest po prostu coś nie tak?
Jestem z M. od kilku miesięcy,choć znamy się znacznie dłużej.Przez ten krótki czas bardzo się do siebie zblizylismy i zżyliśmy.Doszłam do wniosku,że w końcu chyba to TEN facet,facet z którym mogłabym wykreować wspólną przyszłość (dziwnie może to tak stwierdzac po 3 miesiącach bycia razem,ale jednak).Wszystko super,oddanie,wsparcie,milosc,kolorowo że aż strach.No własnie.Teraz przyszedl czas na święta.Wróciliśmy w swoje rodzinne strony(oboje studiujemy daleko od domu).Ja miałam czas na przemyślenia i troche samotnosci.I nagle zaczęły do mnie wracac momenty,w ktorych moj facet zachowywał się...dziwnie?Chodzi głównie o kwestie finansowa.Idziemy do kina-on zaprasza- każde płaci za siebie.Idziemy na piwo- każde płaci za siebie.Idziemy do sklepu-zakupy za dychę-ja mu dorzucam 5taka.Mowi mi ze widział ładny pierścionek dla mnie i mówi mi o cenie...Czy takie niuanse są normalne czy mi się zdaję,że tak raczej nie powinno byc i moj facet jest małym materialistą?
Jesteśmy w tym samym wieku,mamy ponad 20 lat,ja się pracy nie boję,studiuję zaś co sezon wakacyjny pracuję i zarabiam na siebie i na studia,on natomiast czeka,aż rodzice mu studia opłacą.On nigdy nie pracował,ma dużo czasu wolnego na studiach,mimo to rozwija tylko swoją pasję - sport. Ja chce go wkręcić na wakacje do pracy-on kręci nosem i od 3 miesięcy słyszę "nie wiem,pomyślę,praktyki chciałbym zrobić". Praktyki- darmowe,które trwałyby może miesiąc góra,a równie dobrze mógłby ich poszukać teraz.Jestem jego pierwszą dziewczyną,w jego życiu wielką rolę odegrała matka,która go wychuchała i wydmuchała i niestety,teraz kontynuuje to jego starsza siostra,z którą on aktualnie mieszka.Help!Wydaję mi się,że potrzebuję MĘŻCZYZNY,a nie dziecka,ktorego jeszcze musze sobie wychować.Co uważacie o takiej sytuacji,moi drodzy?Porozmawiać?ale jak,skoro zaraz wyjdę na materialistkę.Czy może ja jednak nią jestem?Chociaz nie wydaje mi się,gdyż chcę po prostu,żeby facet nie rozliczał mnie z każdej złotówki.Potrzebuje czasem jakiegoś głupiego kwiatka,czekoladki,jakiejś błahostki,zaproszenia na wyjście gdzieś razem i spędzenia mile wieczoru,natomiast tego nie dostaję.
Cóż poradzicie?Dziękuję za wszystkie odpowiedzi !!!
Dopóki nie będzie musiał, nie nauczy się samodzielności i zostanie takim chłopcem. Spróbuj z nim porozmawiać, może będzie chciał Ci udowodnić, że potrafi być mężczyzną, ale wydaje mi się, że szanse marne niestety. Po co ma pracować, skoro mamusia daje mu na wszystko, czego potrzebuje? Bardzo ciężko zmienić taki tok myślenia...
już z nim rozmawiałam, zgodził się ze mną,że jest,jak to on powiedział kolokwialnie "dupą wołową". I cóż dalej? przypuszczam,że to czcze gadanie,czyli tak jak było do tej pory...dużo mówił,ba!PIĘKNIE mówił...i na tym się kończyło zazwyczaj.Mówi ,że widzi swoje błędy,ale wydaje mi się,że nic nie zrobi ku zniwelowaniu ich,bo odpowiada mu obecny stan rzeczy.Ale wiem,że zależy mu na mnie.A ja straciłam ochotę brnąć w ten związek dalej.Na prawdę miałam przeczucie,że to TEN.Jak widać,okazało się trochę mylnym przeczuciem.Trzeba odrzucić uczucia na bok i wziąć pod uwagę aspekt czysto praktyczny,przyszłościowy...okropność :c
Znam taki typ - dużo mówi o swoim pochodzeniu i "korzeniach" rodzinnych, ale każda praca jest poniżej jego wymagań. W rozmowach zgadza się że jest "niezaradny" i .. nic z tym nie robi. Niestety tak wygląda jego całe życie. Od 6-ciu lat jest na utrzymaniu dziewczyny, mieszkają u niej, on płaci jej pieniędzmi nawet za wypady z kolegami. Na pytanie "jak sobie damy radę, gdybym straciła pracę ?" odpowiada "rodzina nam pomoże".. i tak cały czas. Zero perspektyw.
Na Twoim miejscu przemyślałabym czy chcesz żyć z takim człowiekiem.
Ja osobiście nie wyobrażam sobie sytuacji w której nie mogę liczyć na partnera. I nie chodzi mi o kwestie finansowe, tylko chęć wspólnego życia i zaangażowania w związek, realizację wspólnych planów. Nie czułabym się komfortowo z taką osobą, która nie potrafi sama poradzić sobie w życiu i wciąż ogląda się na innych by mu pomogli.
Z tego co mówisz, macie po 20+ lat,ale skoro jeszcze studiujecie to raczej blizej Wam do 20 niż 30-co oznacza że masz jeszcze czas, zegar biologiczny Ci nie tyka i nie musisz przed końcem roku gnać do ołtarza czy USC. Więc zrób to co mnie doświadczenie życiowe nauczyło robić w sytuacjach niepewności- poczekaj. Czas przyniesie jakieś rozwiązanie - 1 z 3 najpewniej: albo on w końcu dorośnie, albo Ty uznasz że tak Ci na nim zależy że bierzesz go ze wszystkimi wadami, albo nie wytrzymasz z jego stosunkiem do życia i się rozstaniecie.
To co mówisz,zwłaszcza o jego stosunku do pracy jest dość niepokojące. Już wkrótce przecież będzie musiał zacząć zarabiać na siebie -i co,wtedy też będzie musiał 'poczekać,pomyśleć...'? Zresztą, człowiek po 20tce już zwykle ma jakieś własne potrzeby, marzenia - i ambicję żeby zdobyć to samemu a nie prosić rodziców! Brak tego wskazuje że to będzie facet którego raczej trzeba adoptować niż stworzyć z nim związek -a to wymaga albo baaaaaaaardzo silnego charakteru albo strasznej desperacji żeby zaryzykować bycie jedyną dorosłą osobą w rodzinie.
Że już nie wspomnę o tym informowaniu Cię ocenie pierścionka -to nie tylko skąpstwo,to też brak kultury.
Że płacicie osobno w kinie -bo ja wiem? Niby mamy równouprawnienie,ale mi osobiście się wydaje, że jak ktoś Cię zaprasza to Cię zaprasza... Tak to już się w naszej kulturze przyjęło, że dobrze o facecie świadczy,jak jest gentelmanem. Taka równowaga między oczekiwaniami a obdarowaniem - o kobiecie źle swiadczy jesli oczekuje zbyt wiele, o facecie - no własnie, jesli zawsze podtyka pod nos rachunek.
Dziękuję serdecznie za wszystkie odpowiedzi.Rozmawialiśmy znowu,przedstawiłam swoje oczekiwania,on przyznał się do większości popełnionych gaf i okazał zrozumienie.Teraz pójdę za radą brzydulli - poczekam.Czas na pewno przyniesie rozwiązanie.
Pozdrawiam !
Na ten temat, kto płaci można długo dyskutować, najlepiej więc, gdy każdy płaci za siebie ![]()
Witam ponownie,ten sam wątek - ten sam związek.
No właśnie, nadal jestem z M. I mimo, że czas płynie to ja mam wciąż wątpliwości co do tego w czym oboje trwamy.
To dziwne, nie potrafię chyba tego ogarnąć myślami. Widzę paradoks naszego wspólnego jestestwa.
Poznaliśmy się już nieco lepiej, zdarzało się pomieszkiwać nam wspólnie i chyba to daje największy ogląd na sprawę i właśnie prowokuje do rodzenia się wątpliwości. Niby zazwyczaj jest dobrze, on jest dobry, czuły, troskliwy, kiedyś mi się wydawało, że to tzw. "solidna firma"...
Kiedyś czyli już jakieś pół roku temu stwierdził, że chce być zawsze blisko mnie, wobec czego przeprowadzi się do miasta w którym ja studiuje. Zawsze podchodziłam do tego sceptycznie, jednak on to tyle razy powtarzał... Znalazł już sobie drugi kierunek studiów, który by mógł studiować tam i połączyć to z obecnym kierunkiem studiów, praktyki, jakieś swoje zajawki...Towarzyski nazbyt nie jest, wielu znajomych nie ma, a jak już się z nimi spotyka to 2 razy do roku, więc ta kwestia nie byłaby chyba aż tak mordercza. W każdym razie, wszystko już kiedyś sprawdził, planował co i gdzie i kiedy i że chce być ze mną tam... Zawsze mu powtarzałam, że nie chcę niczego na nim wymuszać. Teraz - bo wakacje - powrócił ten temat : jaka decyzja z przeprowadzką ? On nie wie...Następnie po dłuuuugim milczeniu (taka reakcja na trudne tematy - milczenie) sucho oznajmił, że nie chce się wyprowadzać. Mimo mojego zdystansowania do tej kwestii, jestem zdziwiona, zasmucona, rozczarowana. Obiecanki cacanki, mimo, że powtarzał (i robi to nadal) że mnie bardzo kocha i chce żebym była z nim szczęśliwa oraz twierdzi, że zawsze chce przy mnie być. Mamy wspólne plany, wizje wspólnej przyszłości niby często się pojawiają w naszych rozmowach, ale chyba jest to wszystko bardzo ułudne.
Myślałam, że w te wakacje pójdzie do pracy, bo niby miał. Nie idzie. Miał iść na praktyki. Nie idzie. Tutaj pojawia się argument, że musi się uczyć do wrześniowej poprawki. Na prawdę, przez całe wakacje ?
Nigdzie razem nie wychodzi raczej, czasem zdarzy się jakieś kino i na tym koniec. Zaczyna mi brakować rozrywek, wspólnego spędzania czasu podczas jakichś zabaw, imprez, nie wymagam nie wiadomo czego,po prostu chciałabym spędzać z nim czas jakoś inaczej. On o tym wie i nic z tym nie robi. Nie znam żadnych jego znajomych, bo wg niego " nie było ku temu okazji " . Mam wrażenie, jakbym ja była dodatkiem do jego życia,jego drugim życiem albo coś pomiędzy...Nie wiem jak to dokładnie określić. Nie znam jego świata, środowiska, czuję się przez to trochę odrzucona. Oczywiście informowałam go o tym na bieżąco, gdy tylko pojawiały się dotyczącego tego problemy, ale oczywiście zawsze " nie było okazji ".
Ja jestem szczera wobec niego, pytam się o rady, dzielę się z nim swoimi przemyśleniami, problemami, a on...różnie. Jest skryty, milczący, niby taki typ jednak mam wrażenie, że może chce zachować jakąś barierę pomiędzy nami ? Denerwuje mnie jego brak komunikatywności kiedy jest między nami źle, nie rozmawia ze mną, milczy, a ja muszę go ciągnąć za język.
I jak zwykle kwestia finansowa : mówi mi, że głupio mu, kiedy ja mu oddaje pieniądze za coś, jednak zawsze bierze. Co do grosza. Ja oddaje czy też dorzucam się np do zakupów, bo nie chce, aby on był moim sponsorem, jednak chciałabym, aby mnie czasem rozpieszczał, kupił mi coś ot tak, bo chciałby, abym się ucieszyła z niespodzianki, tak bez okazji. Czy też gdzieś zabrał...Jeśli już, to takie hece pojawiają się z jakiejś konkretnej okazji. Ostatnio sytuacja w księgarni : kupował prezenty dla członków rodziny z okazji ich urodzin. Kilka rzeczy, w tym również i dla siebie.Nagle się pyta w dosyć dziwny,wymuszony sposób, czy ja coś chce. Ja na to odpowiadam, czy powinnam chcieć. Zaś on mi mówi, że chce mi też coś czasem dać bez okazji. Jednak nagle się zakręcił przy półkach z książkami, czymś się zainteresował i temat się urwał, a ja rozeźlona wyszłam ze sklepu. Potem nie dałam po sobie poznać, że mam zły nastrój przez to. Wczoraj mimochodem w rozmowie luźno poruszyłam kwestię skąpstwa, on zaś stwierdził, że "ma małego mosze na ramieniu, który mu poszeptuje do ucha" i śmiech ... WHAT ?! Albo jeśli ja czegoś potrzebuje, to on mnie łaskawie informuje, że może mi pożyczyć to czy tamto ... Z naciskiem na pożyczyć. Albo ja jestem przewrażliwiona. I inne podobne sytuacje. Dodam tylko, że ja jestem z biednej rodziny, której sytuacja finansowa z miesiąca na miesiąc jest w coraz gorszej kondycji natomiast jego rodzina dobrze prosperuje, na tyle, że stać ich na zmianę samochodu, przebudowę domu czy mieszkanie w stolicy, a on nigdy nie musiał pracować w żadne wakacje. Ja i owszem, nie mialam wakacji już od kilku lat...
Przepraszam, że tyle treści, ale nawet nie mam z kim o tym wszystkim otwarcie porozmawiać, moja mama twierdzi, że nie powinnam z nim być, a ja go kocham, bo daje mi dużo ciepła, jest spokojny, dobry, ale ma też wiele cech, które mnie irytują i sprawiają, że mam czasem mieszane uczucia co do niego
(( Czy to może ja mam jakiś spaczony ogląd na temat tego, jak powinien zachowywać się chłopak wobec swojej dziewczyny...
Jesteś madrą dziewczyną - dedydować musisz sama.
Moim subiektywnym zdaniem macie graniczną niezgodność.
Teraz jesteś zakochana, ale wieź oparta na zakochaniu długo nie przetrwa.
Niezgodność może postępować z czasem.
Spróbuj oszacować, co się zmieniło przez ostatnie kilka miesięcy.
Na lepiej, czy na gorzej.
Jeśli na gorzej, chyba tendencja się utrzyma.
Ciezko cokolowiek doradzic, bo kochasz go ale jednak nie podoba Ci sie w jaki sposob sie zachowuje wzgledem Ciebie.
Wydaje mi sie, ze jedynym rozwiazaniem mogla by byc powazna szczera rozmowa gdzie Ty mu powiesz wszystko co powiedzialas nam. Powiedz, ze nie chcesz dzielic zycia z kims kto niby ma Cie w planach a jakos nic z nimi nie robi. Powiedz, ze nie chcesz zebyscie sie ze wszystkiego rozliczali i ze denerwuje Cie ten stan zeczy. Powiedz mu dokladnie czego oczekujesz i zapytaj jak on sie do tego ma.
Po tym zobaczymy co bedzie dalej.
Jak dla mnie powinnaś przede wszystkim słuchać siebie i tego co sama chcesz. Spróbuj dostrzec co jest dla Ciebie ważniejsze. To, że go kochasz i plątać się dalej w głąb związku czy to że siedzicie jak stare małżeństwo mimo młodego wieku gdzie powinniście korzystać z życia, jesteście młodzi i teraz macie czas na zwiedzanie świata imprezy spotkania ze znajomymi. Jeśli On wie, że pochodzisz z biedniejszej rodziny a u Niego się praktycznie przelewa i na nic mu nie brakuje to jak dla mnie chłopak powinien wyjść z inicjatywy i Ci jakoś rozświetlić życie z Nim a nie obciążać Cię bardziej bo na to na pewno nie zasługujesz.. A jeśli też powiesz mu że to koniec i podasz argumenty to jeśli na prawdę Cię kocha to będzie walczył i się postara i zmieni przynajmniej tak powinien zrobić:) życzę powodzenia !:)
Chciałabym powiedzieć mu o tym wszystkim wprost, ale boję się, że on tego w ogóle nie zrozumie i stwierdzi tylko, że jestem materialistką albo głupią dziewuchą z wymaganiami, że ciągle mi źle, a on przecież się tak stara ...Nawet nie wiem, jak się za to wszystko zabrać.
Mam wrażenie, że te wszystkie nawyki są po prostu wyssane z mlekiem matki i nie da się z nimi już nic zrobić, a jeśli dostane tego potwierdzenie, będę wiedziała, że to koniec. Może się boję. Kiedyś byłam nieszczęśliwie zakochana, a M. wybił mi tamtego chłopaka z głowy po ponad 2 latach bezowocnego snucia się pomiędzy wspomnieniami, a przyszłościowymi wizjami, które nigdy by nie zaistniały w prawdziwym świecie. Po tym chłopaku zdecydowałam, że pozostanę sama i wtedy pojawił się M., który starał się o moje względy przez pół roku ... Nie byłam tego związku pewna,jednak z czasem to się zmieniało. Teraz mam wrażenie, że nie potrzebnie się zgodziłam na bycie razem. Mogłam być szczęśliwą, niezależną dziewczyną bez zbędnych problemów ... Jeśli tak myślę, to chyba oznacza, że na prawdę oboje z M. mamy problem ...
Kwestią materialną bym się tak nie martwiła, podejście masz zdrowe do sprawy, nie nazwałabym Cie materialistką.
Jestem zdania, że mężczyzna nie powinien za wszystko płacić, dziele pół na pół też do końca nie jest sprawiedliwe, skoro decydujecie się w przyszłości na wspólne życie, to każdy powinien partycypować w spólnych kosztach na miarę swoich możliwości. Skoro Tobie w tej chwili się nie przelewa, a u niego jest jak najbardziej ok, to naturalnym powinno być, przyjęcie przez partnera większej części kosztów.
Dziwne dla mnie jest to, że nie znasz jego znajomych. To, że nic nie robi i cieszy się wolnością na garnuszku rodziców też nie jest dobre. Co będzie jak tej nadopiekuńczej mamusi zabraknie? Pieniążki się skończą? Obudzi się z ręka w nocniku czy mu mamusie zastąpisz?
Nie wzbraniałbym się przed rozmową z nim na tematy, które Cie niepokoją, szczególnie jeśli wiążesz z nim przyszłość.
Rozmawiałam z nim. Powiedział mi, że ma dosyć kłótni. Że pracować nie będzie, bo narazie nie musi, a jeszcze zdąrzy się napracować. Zero ambicji życiowej, samodzielnosci czy chęci zaimponowania mi. Chociaż wiem, że tym wszystkim co mu powiedziałam, ugodziłam w jego męskie ego. Synuś mamusi, nieporadny życiowo. Właściwie to jego słowa, ja tylko przytaknęłam. Powiedział, że jeśli chcę mieć prezenty, to żebym sobie znalazła sponsora, jeśli chce, aby mi organizował czas, to żebym sobie znalazła organizatora, a jeśli chcę, aby on nie miał swojego życia i chodził mi przy nodze, to abym przygarnęła psa ... Nie mam pytań, myślę, że jest wobec mnie nie szczery, miał jakąś dziwną, idealistyczną wersję związku (sam mi o tym mówił ) w której para wiecznie sobie słodzi i wiecznie biega się pod rączkę... Nie wiem, nie ogarniam, nawet nie wiem już po co tu to teraz wszystko piszę, szukam chyba jakiegoś pocieszenia...
Wiesz, Mietowa. Zgadzam się z Twoją postawą, ale tylko w części i może to, co napiszę minimalnie pomoże Ci zrozumieć Twojego chłopaka. Zgadzam się z tym, co mówisz o drobnostkach, jakie daje się w związku, ale nie uważam, by był to element obowiązkowy. Sądzę, że są dobre związki bez tego, Uważam, że to wymaganie nadmierne. Zupełnie natomiast nie rozumiem Twojej postawy w kwestii jego pójścia do pracy. Nigdzie nie napisałaś, że on dostaje od rodziców pieniądze, które nie są wystarczające by przeżyć. Przeciwnie, jak rozumiem dostaje pieniądze, które pozwalają mu się spokojnie utrzymać. W związku ztym kompletnie nie rozumiem, dlaczego chcesz by on poszedł do jakiejś, choćby wakacyjnej pracy?! Przyznam, że będąc na jego miejscu, odpowiediałabym Ci to samo: zdąży się jeszcze napracować. Jeśli nie ma takiej chęci, czy potrzeby nie rozumiem po co miałby to robić? Ja studiowała długo i kilka kierunków. Wszystkie dziennie. Rodziców stać było by mnie utrzymywać i przyznam, że ceniłam sobie ten komfort i to, że nie musiałam pracować. Z perspektywy lat mogę potwierdzić to, co usłyszałaś: zdążyłam się w życiu napracować.
Natomiats mi się wydaje, że jedyny problem, który jest realny z kwestii, które opisałaś to to, że rozliczacie się za wszytsko co do grosza. Natomiast nie wiadomo z tego co piszesz, czy np. dorzucasz się do zakupów, bo on tego wymaga, czy dlatego, że najzwyczajniej w świecie chcesz to robić. Jeśli on wymaga, byś płaciła wszędzie za siebie, to jest to dziwne. Ludzie w związkach (dotyczy to obydwu stron) czasem płaca za siebie nawzajem i jest to naturalne (jak wyobrazasz sobie mieszkać z kimś i płacic wyłącznie za siebie albo po połowie?
I zupełnie serio zastanowiłabym się przynajmniej przez chwilę nad tym, czy nie jest tak, że masz jakąś określoną wizję związku i partnera i jeśli on nie chce być taki jak ta wizja, to Ty i wyłącznie Ty masz z tym problem.
Pozdrawiam.
16 2013-07-14 13:05:56 Ostatnio edytowany przez Tango dla dwojga (2013-07-14 13:06:06)
To ja z punktu widzenia faceta ;)
Z doświadczeń jakich nabrałem (posiadanie mnóstwa pieniędzy i zarabiania znacznie więcej niż partnerka, stan równowagi - oboje tyle samo oraz sytuację, gdy Ona zarabiała znacznie więcej lub była jedynym zarabiającym: był u mnie okres bez pracy) wiem jedno:
co prawda facet już nie musi latać z dzidą za mamutami, ale pewne oczekiwania i relacje na poziomie samiec - samica są na poziomie pierwotnym.
I - oczywiście, ja wiem, że teraz mamy XXI wiek, czas wyzwolenia, a nawet wybitnej emancypacji kobiet (i to jest naprawdę cool) ale...kobieta (większość kobiet) na dłuższą metę nie będzie / nie wytrzyma z facetem, który Jej nie imponuje, nie potrafi o Nią zadbać, nie zapewnia Jej poczucia bezpieczeństwa.
My się tu możemy spierać - mówić, że nieprawda, że dziś kobiety są równe mężczyznom, że same potrafią o siebie zadbać, itd, ale nie zmienia to faktu, że najczęściej kiedy już kobieta wiąże się z mężczyzną (tak, wiem, że to Wy nas wybieracie, nawet jak my myślimy, że jest inaczej ;) to oczekuje od niego tego, że będzie o Nią dbał.
I to nie chodzi tylko (albo zawsze) o kwestie finansowe (do nich jeszcze wrócimy), ale o to, że kobieta chce wiedzieć iż ma w tej drugiej stronie oparcie: że w razie potrzeby może na niego liczyć. Nie że tylko kasa (bo tę już potraficie same świetnie zarabiać) ale też opiekuńczość, umiejętność wysłuchania (ta chyba najważniejsza ze wszystkich), przytulenia, pocieszenia, zaimponowania (?), pasji...
Jednym zdaniem - facet musi mieć coś co sprawi, że w oczach tej kobiety uczyni go wyjątkowym i zaspokajającym tę potrzebę która jest u niej najsilniej rozbudowana.
Może to być potrzeba bezpieczeństwa właśnie, wysłuchania, tychże wspólnych pasji czy...wiążąca się też z bezpieczeństwem, kwestia finansów i i tzw. zaradności życiowej...
Posłuchajcie: to nie przypadek, że jedną z najczęstszych sytuacji w których dochodzi do zdrady jest ta w której kobieta zarabia więcej niż mężczyzna. Ktoś może powie, że niemożliwe, że - Amor vincit omnia, ale...nie zawsze jest jak w filmach (nad czym sam również ubolewam, jako romantyczna, choć dość twardo stąpająca po ziemi istota)
Mnóstwo jest pewnie odpowiedzi dlaczego tak się dzieje:
- bo facet nie imponuje wtedy kobiecie
(ja wiem, że "imponowanie" brzmi strasznie, ale może robi wrażenie zabrzmi lepiej. Generalnie chodzi o to, że jak kobieta ma szanować kogoś, kto jest mniej zaradny i przedsiębiorczy niż Ona sama? Jak pisałem - niestety ;) nie możemy już latać na mamuty i przynosić Wam wyciętych z nich sznycelków i waląc się pięchami po owłosionej piersi pokazywać Wam jacy jesteśmy testoronowo męscy. Dziś polowania zastąpiła...kariera. A miejsce mięsa - pieniądze. I możemy się z tym spierać, ale fakty są takie, że dziś miejsce operatywności i zdolności polowań, które zapewniały samicom przetrwanie i wyższy status w stadzie: partnerka dobrego myśliwego pewnie była wyżej w hierarchii niż tego co nie wiedział z której strony dzidę się trzyma ;) zajęły dziś pieniądze. Bo to one zapewniają wyższy status społeczny w hierarchii. Żeby nie spłycać, że chodzi tylko o pieniądze, to takim "imponatorem" może być i wysoka kultura osobista faceta - dziś coraz rzadsza i jego dobrze sklepiona klatka piersiowa i talent np. Kusego z "Rancza" ;)
Ale - drogie Panie: weźmy taką głupią rzecz jak drobny prezencik od czasu do czasu czy wyjście / wyjazd na wakacje. Fajnie jest dostać coś od tej drugiej osoby, prawda? Kwiatek, a może zawieszkę? Z Apartu, a może jednak lepiej z Pandory? Prawda?
I - to jest najzupełniej ludzkie.
Cholera, zresztą ja sam jako facet lepiej się czuję kiedy stać mnie na to, by móc od czasu do czasu rozpieszczać moją Panią (nie za często, by jednak ceniła te chwile, a nie do nich przywykła, ale jednak ;)
I teraz - Miętowa jest pewnie fajna. I fajne ma cycki i tyłek i figurę, ale też nie zatrzymała się tylko na etapie rozwoju i dbania i mieśnie gluteus maximus, lecz również tego tam wyżej, mózgiem zwanego...
I wie jaka jest sytuacja na rynku pracy, wie że dziś jeśli nie zaczyna się wcześniej, to potem jest trudniej, itd...
Ok, może i ma trochę przewrażliwienia, bo sytuacja finansowa Jej rodziny jest inna niż jego, ale...może dziewczyna boi się też sytuacji, że Jej facet - rozpieszczony i muszący walczyć dotąd o nic (bo zawsze miał podetkane wszystko pod ryjek przez mamusię i załatwione za pieniądze) w sytuacji w której stanie oko w oko z czymś wymagającym bycia twardym i bycia dla Niej oparciem, nie będzie w stanie nim być, bo nigdy nie musiał się dotąd z niczym mierzyć?
A, tak z ręką na sercu - ile Was chciałoby być z tzw. facetem-dupą: niezaradnym życiowo kaleką, którego musiałybyście prowadzić za rączkę jak małe dziecko?
Więc ok, może i Mietowa przesadza (bo nic nie pisze - poza kwestiami finansowymi, jak Jej facet radzi sobie z tzw. życiem: z rachunkami, pomocą w utrzymaniu porządku w domu, itd i facet jest 100% zaradny), ale...wydaje mi się głupią bardzo nie być, więc...ufam Jej osądowi.
Wiem, że to zabrzmi niefajnie co teraz napiszę o facetach w Jej wieku (bo sam mam zaledwie 36 lat), ale...prowadząc swego czasu przez rok czy dwa zajęcia na uczelniach (jako praktyk, nie naukowiec) zauważyłem, że niestety o ile dziewczyny / kobiety radzą sobie coraz lepiej, o tyle przedstawiciele mojej płci to coraz większe dupy wołowe. Coraz mniej zaradne życiowe...
I, już abstrahując od tematu rozmowy, jako takie podsumowanie: trochę Wam współczuję, Wam przedsiębiorcze, zadbane, poukładane dziewczyny. Bo o facetów, którzy spełnią Wasze wymagania - nie że te wygórowane, ale takie na miarę tego jak fajnie dojrzałyście i czego się nauczyłyście z czasie studiów i pracy podczas nich, będzie coraz trudniej :(
Amen.
Ps: I wybaczcie, że się tak rozpisałem :)
mietowa245
Piekny ciolek z tego twojego chlopaka , ja na twoim miejscu nawet 5 minut bym sie nie zastanawiala tylko zakonczyla to.
Jak by moj maz byl taki w stosunku do mnie to juz by nie byl moim mezem.
Jestes jeszcze mloda i masz szanse spotkac nie jednego na swojej drodze, a on niech idzei do mymy moze mu do cyca podoic
Dziękuję, wszystkie komentarze dają mi dużo do myślenia i rzucają trochę światła na sprawę z innej perspektywy.
Po przeanalizowaniu sobie tego, co napisali ostatni forumowicze doszłam do wniosku, że może faktycznie mam jakiś określony typ związku i partnera tzn. chciałabym być po prostu szczęśliwa w związku, otaczana męskim ramieniem, które byłoby zawsze dla mnie podporą w chwilach trudnych; mężczyzna pomocny, zaradny, zaangażowany w nowe przedsięwzięcia zarówno te małe - dotyczące chociażby spraw domowych jak np. wymiana uszczelki jak i te większe - zakup mieszkania czy cokolwiek w ten deseń, co by przyniosło jakieś profity w przyszłości dla naszego wspólnego dobra. Jednak która by nie chciała takiego faceta ? Zaradnego, nie bojącego się życia ?
M. może i ma jakieś tam swoje plany co do przyszłości, jednak nie wiem na ile jest świadom ich realizowania. Poprzez to, że ma wszystko podtykane wiecznie pod nos, boję się, że to będzie kłaść się cieniem na jego podejściu do ważnych spraw i zaangażowania w nie. Już teraz ja muszę czasami mu dobitnie powiedzieć, co ma zrobić dokładnie, nawet jeśli chodzi chociażby o kwestię jego zdrowia, gdyż sam z własnej woli nie jest w stanie podjąć bardziej konkretnych kroków jak np. pójście do apteki (!).
Już tłumaczę kwestię pracy. Otaczam się ludźmi, którzy robią coś dla swojej przyszłości, a to praca, taka czy siaka, robią praktyki, na ogół coś dla siebie, zdobywają doświadczenie. I dotyczy to zarówno osób, którzy pieniądze posiadają, bo rodzice mają dobrą pracę i płacę jak i tych, którym się nie przelewa. Więc uważam, że to już chyba kwestia ambicji i chęci zdobywania czegoś samemu, czy to fundusz czy doświadczenie.
Ja sama nie wyobrażam sobie przesiedzieć wakacji bezczynnie, czerpię satysfakcję z tego, że pracuję, że w ten sposób pomogę zarówno sobie jak i rodzicom. I każda praca daje jakieś doświadczenie i rozeznanie. I staram się przekazać panu M. mój tok myślenia, jednak nie wiem czy to słuszne, gdyż może on sam powinien do tego dojrzeć. Tylko obawiam się, że zanim on do tego dojrzeje, to nie będzie już NAS. On swoją obecną beztroską mi nie imponuje, a chciałabym, aby tak było. Nie jest przedsiębiorczy.
Ma dużo czasu wolnego, który mógłby wykorzystać np. na praktyki; czasem zdarza mu się o tym napomknąć. Jednak chociażby w te wakacje, kiedy mógłby się tym zainteresować i coś zrobić w tym kierunku,on zasłania się wrześniowymi poprawkami !
Znam osoby, które ciągnęły dwa różne kierunki na studiach dziennych, do tego pracowały, a jeszcze znajdowały czas dla siebie. Może namnożenie takich typów w moim otoczeniu sprawiło, że trudno mi zaakceptować tak bierną postawę względem życia. I chociaż może oceniam M. nazbyt surowo, bo oczywiście jest on inteligentny i zdaję się, że próbuje myśleć realnie, jednakże jego sposób realnego myślenia wg mnie może dosyć dużo odbiegać w przełożeniu na praktykę.
W pracach domowych też czasem trzeba pokazać palcem, albo wytłumaczyć, jednak nie ucieka on od obowiązków i chętnie pomaga, a przynajmniej widzę, że się stara. I na prawdę byłby to chłopak cud, miód i malina, gdyby nie dawał mi odczucia, że przejmę od jego matki i siostry pałeczkę sterowania i opieki nad nim.
Kwestia finansowa : ja chcę się sama oczywiście dorzucać z kasą, kiedy trzeba sama robię zakupy itp., potrafię zapłacić za nas oboje w restauracji. Jednak jego sposób zachowania w kwestii finansowej jest dosyć dziwny, bo mam wrażenie jakby mnie przeliczał. Do kina idziemy w te dni, kiedy jest taniej, w zasadzie nic do tego nie mam jednak był taki moment, kiedy ja danego "taniego" dnia do kina na wieczorny seans iść nie chciałam, gdyż nie miałam chęci, chciałam się przygotować na uczelnie i wyspać chociaż trochę, a iść na owy seans dnia następnego, na godzinę wcześniejszą, jednak już wówczas to nie byłby ten "tani" dzień. On się upierał, aby iść tego dnia "taniego" na wieczór i basta. Pamiętam, że wtedy się pokłóciliśmy, bo ja stwierdziłam, że jeśli chce przeliczać te 5 zł w te czy we w te, to może sobie w ogóle darować. Ot taka dziwna sytuacja. Kiedyś mi powiedział, że dziwnie się czuje, przyjmując ode mnie pieniądze, które mu oddaje. Ale jednak zawsze je bierze, może sporadycznie zdarzały się sytuacje w których machnął ręką twierdząc " daj spokój". Nigdy nie są to bajońskie sumy, a jakieś drobne 10 czy 20zl, natomiast zazwyczaj jest to rozliczenie co do grosza.
Nie szukam sponsora, ale chciałabym, żeby czasem okazał "gest" i dał sobie siana z przelicznikiem, skoro go przecież stać na brak zainteresowania zakręcenia się gdzieś w celach zarobkowych.
Ostatnio też powiedział mi, że nie będzie mi robił prezentów, bo przecież nie pracuje. " To idź do pracy" pomyślałam sobie. Czy to źle, że chciałabym, aby pomyślał o mnie, a nie tylko o sobie, o tym co mi mogłoby poprawić humor, gdzieś mnie zabrać, coś podarować ? Nie oczekuje naszyjników z kryształami Swarovskiego, a po prostu pomyślenia o mnie i polotu(chociaż wiem, że z tym trzeba się już po prostu urodzić). Inna sytuacja,może nieco śmieszna no, ale : poszedł po zakupy. Po przyjściu całuje mnie, wyczuwam, że coś zjadł słodkiego. Pytam się co jadł dobrego, a on mi na to, że słodką bułkę sobie kupił i zjadł po drodze. Nie kupił tego dla nas, tylko dla siebie. I kilka innych, podobnych sytuacji się już zdarzyło.
Może to też już przewrażliwienie, patrzeć na takie szczegóły, jednak chyba życie składa się ze szczegółów, a ja szybko wyłapuje te negatywne, a później główkuje, co z tym wszystkim zrobić.
mietowa245 nie wiem czemu, ale odnoszę nieodparte wrażenie, że po prostu sama nie do końca wiesz czego chcesz od związku i partnera. I nie piszę tego o tym twoim konkretnym partnerze, ale o twojej wizji związku i partnerstwa jako takiego. Wydaje mi się, że jedynie skupiasz się na podsycaniu swoich wątpliwości.
Twój facet ma rację - jeszcze się zdąży napracować. Odnoszę wrażenie, że po prostu chce maksymalnie wykorzystać czas beztroski. Skoro ma takie możliwości, to tylko pozazdrościć. Ważniejsze jest to, co pisałaś - stara się, wykazuje chęci. To oznacza, że jak strumyczek pieniążków od rodziców się wyczerpie, to nie siądzie na 4 literach, ale zacznie działać. A że ma czasem głupie zachowania i odzywki? Nie ma idealnych ludzi bez wad. Tym bardziej, że w tym wieku to się dopiero stawia pierwsze kroki w poważnych związkach.
Piszesz, że nie jesteś materialistką, ale wypominasz słodką bułkę, którą sobie kupił. Piszesz o podliczaniu co do grosza, ale sama mu pieniądze podtykasz pod nos. Innymi słowy mówiąc - oczekujesz jednego, ale robisz coś odwrotnego. Ciężko się w tym połapać na dłuższą metę. Na jego miejscu również te pieniądze bym wziął. I to z jednego względu - aby nie były one potem powodu do kłótni, wypominania czy dziwnych żalów, co się zdarza nader często przy rozstaniach. "Kochajmy się jak bracia - liczmy się jak Żydzi". To zdrowa zasada jeśli się nie jest małżeństwem ze wspólnotą majątkową.
Też zapytam raz jescze: po co ma iśc do pracy albo na te praktyki? Naprawdę można mieć inną wizję życia i też twierdzę, że tylko mu pozazdrościć, że może leniuchować. Napracuje się jeszcze w życiu jak każdy.
Co do oddawania mu pieniędzy. Powiedział Ci, że dziwnie się czuje, gdy oddajes mu pieniądze, a jednak je przyjmuje. Pomyśl, Miętowa, może uznał, że skoro po tym jak Ci to powiedział, Ty ciągle mu je oddajesz, to masz jakąś taką potrzebę rozliczania się, że on czuje, że robi Ci jakąś dziwną przyjemność biorąc je od Ciebie. Pomyśl, że może on mógłby założyć sam tu wątek: moja dziewczyna chce się ze mną za wszystko rozliczać.
Uważam, że masz nadmiernie ściśle określoną wizję związku i partnera. I jak Ci coś nie pasuje do schematu (a to, że on nie chce iść do pracy, bo nie musi; a to, że bierze pieniąde, które Ty mu dajesz, choć nie chcesz, o czym on przecież nie wie), to jesteś niezadowolona. Przerpaszam, ale ja widzę sprzeczność pomiędzy opowieścią o tym, że on Ci nic nie kupuje, a tym, że rozliczacie się nie dlatego, że on chce, ale dlatego, że chcesz Ty. Gdybyś mu tych pieniędzy nie oddawała, zapewne kupowałby Ci więcej.
A przykład ze słodką bułką mnie rozbroił. Ile masz lat, Miętowa? Pięć? Jesteś zła, że kupił sobie słodką bułkę i zjadł po drodze? Nie wiem może Ty mi wyjaśnij, może ktoś inny umie to wyjaśnić, ale zupełnie nie rozumiem gdzie tu jest problem i co w tym złego. Jak dla mnie jedyny problem w tej sytuacji to Ty i Twój problem z czymś tak nieważnym, błahym i zwyczajnym.
Chłopak jest w tym związku z własnej nieprzymuszonej woli a zachowuje się jak singiel.
Tu nie chodzi o to, żeby dodatkowo poszedł do pracy i obsypywał autorke przeraźliwie drogimi prezentami a o to, żeby sam z siebie kupił bilet za 5 zł i poszedł z nią na randke do ogrodu botanicznego. Bez wyciągania ręki po jej część kasy. Żeby ją wziął po zajęciach na kawe i sam zapłacił. Żeby jej kupił bukiecik konwalii na dobry dzień. I kiedy przychodzi na śniadanie, to żeby kupił dwa pączki a nie jeden.
Przecież to są tak drobne wydatki, że nie zbiednieje od tego. A jeżeli ma zbiednieć to faktycznie niech pokaże, że chce coś zrobić żeby było inaczej. Te praktyki gdyby zrobił (nawet bezpłatnie) to już byłby dla niej znak, że chłopakowi zależy żeby im było lepiej (na pewno by mu to na złe nie wyszło
).
Czyż nie na tym polega związek, że się idzie na kompromisy i czasami trzeba z czegoś zrezygnować żeby sprawić komuś przyjemność albo całkiem egoistycznie - żeby mieć lepiej w przyszłości?
Swojego czasu nawet mój 12 letni kuzyn potrafił ( i czuł potrzebe ) uskładania pieniędzy (jadąc na miotle, kosząc trawe i zmywając naczynia przez cały tydzień) żeby kupić swojej sympatii jakiś drobiazg.
Tu nie chodzi o to, żeby dodatkowo poszedł do pracy i obsypywał autorke przeraźliwie drogimi prezentami a o to, żeby sam z siebie kupił bilet za 5 zł i poszedł z nią na randke do ogrodu botanicznego. Bez wyciągania ręki po jej część kasy.
Ale to nie on wyciąga ową rękę, ale właśnie autorka wątku wyciąga do niego rękę z pieniędzmi. Skoro ona mu je zwraca, co mu nie do końca jest w smak, to ogranicza koszty na każdym kroku - aby ona nie czuła się zobowiązania do oddawania mu pieniędzy.
Problem w tym, że ona z jednej strony oczekuje od niego pewnego zachowania, a z drugiej zabiła w nim chęć do takowego zachowania. To jest proste - jak chce, żeby za nią od czasu do czasu zapłacił, to niech nie wtyka mu rachunku z odliczoną kwotą za każdą pierdołę. Bo w połączeniu z jej pogonią za pieniądzem, to doprowadzi to do braku jakiejkolwiek inicjatywy z jego strony.
23 2013-07-19 13:01:17 Ostatnio edytowany przez Saaraa (2013-07-19 13:01:51)
za każdym razem kiedy mój facet za mnie płaci - daje mu pieniądze do ręki ale mówi, że nie ma opcji, on zaprasza - on płaci. następnym razem ja płace i wszyscy są szczęśliwi. Tak zostałam wychowana, wiem że nie pracuje, więc mu daje pieniądze - on podejmuje decyzje, że nie przyjmie ich ode mnie, nikt się nie obraża, nikt nie komentuje, a jeżeli już to w śmieszny sposób. Da sie.
za każdym razem kiedy mój facet za mnie płaci - daje mu pieniądze do ręki ale mówi, że nie ma opcji, on zaprasza - on płaci. następnym razem ja płace i wszyscy są szczęśliwi.
No tak, ale są tacy, który wzięliby je nawet nie po to, żeby je wziąć, ale nie urazić oddającego. Nie wiemy ile razy na poczatku chłopak opierał się przed wzięciem tych pieniędzy. Nie wiemy czy nie opiera się do dziś. Opcja - raz on płaci, raz Ty płacisz, jak dla mnie nie różni się zupełnie niczym od zrzucania się po połowie. To takie po połowie, ale rozłożone na co drugi raz.
Naprawdę nie rozumiem o co w tej sprawie chodzi, ale podobnie jak yoghurt007 sądzę, że kłopot w autorce wątku a nie jej chłopaku. I zaręcam, że jak mój mąż kupi sobie np. loda i zje go, wracając do domu z zakupami, to nie oczekuję, że też mi tego loda kupi. To absurdalne.
Krynolino, nie widzisz dyskretnej różnicy pomiędzy własnym, prywatnym mężem z którym mieszkasz i który kiedyś pewnie jakoś próbował Cię zdobyć - a chłopakiem który dopiero zaczyna życie z kobietą?
Powiedział, że jeśli chcę mieć prezenty, to żebym sobie znalazła sponsora, jeśli chce, aby mi organizował czas, to żebym sobie znalazła organizatora, a jeśli chcę, aby on nie miał swojego życia i chodził mi przy nodze, to abym przygarnęła psa ... Nie mam pytań, myślę, że jest wobec mnie nie szczery, miał jakąś dziwną, idealistyczną wersję związku (sam mi o tym mówił ) w której para wiecznie sobie słodzi i wiecznie biega się pod rączkę... Nie wiem, nie ogarniam, nawet nie wiem już po co tu to teraz wszystko piszę, szukam chyba jakiegoś pocieszenia...
Szczerze mówiąc dla mnie byłoby bardzo niepokojące gdybym coś takiego usłyszała. Najlepiej naskoczyć na dziewczyne, że materialistka bo sobie sama pączka nie kupi, bo wymaga, żeby jej zapłacił za bilet jak ją zaprasza do kina czy, żeby poszedł w wakacje do pracy skoro go "na nic nie stać". Bardzo wygodne życie.
Jeżeli już gdzieś leży wina to zapewne po środku. "Sknera" i " materialistka" to jak ogień i woda.
A co do opcji płacenia na zmianę. Tu generalnie nie chodzi o to kto ile ale - czy w ogóle.
Autorko zastanów się co będzie jak razem jednak zamieszkacie. Będziesz płacić za wszystko po równej połowie?
To ja z punktu widzenia faceta
Z doświadczeń jakich nabrałem (posiadanie mnóstwa pieniędzy i zarabiania znacznie więcej niż partnerka, stan równowagi - oboje tyle samo oraz sytuację, gdy Ona zarabiała znacznie więcej lub była jedynym zarabiającym: był u mnie okres bez pracy) wiem jedno:
co prawda facet już nie musi latać z dzidą za mamutami, ale pewne oczekiwania i relacje na poziomie samiec - samica są na poziomie pierwotnym.
I - oczywiście, ja wiem, że teraz mamy XXI wiek, czas wyzwolenia, a nawet wybitnej emancypacji kobiet (i to jest naprawdę cool) ale...kobieta (większość kobiet) na dłuższą metę nie będzie / nie wytrzyma z facetem, który Jej nie imponuje, nie potrafi o Nią zadbać, nie zapewnia Jej poczucia bezpieczeństwa.My się tu możemy spierać - mówić, że nieprawda, że dziś kobiety są równe mężczyznom, że same potrafią o siebie zadbać, itd, ale nie zmienia to faktu, że najczęściej kiedy już kobieta wiąże się z mężczyzną (tak, wiem, że to Wy nas wybieracie, nawet jak my myślimy, że jest inaczej
to oczekuje od niego tego, że będzie o Nią dbał.
I to nie chodzi tylko (albo zawsze) o kwestie finansowe (do nich jeszcze wrócimy), ale o to, że kobieta chce wiedzieć iż ma w tej drugiej stronie oparcie: że w razie potrzeby może na niego liczyć. Nie że tylko kasa (bo tę już potraficie same świetnie zarabiać) ale też opiekuńczość, umiejętność wysłuchania (ta chyba najważniejsza ze wszystkich), przytulenia, pocieszenia, zaimponowania (?), pasji...
Jednym zdaniem - facet musi mieć coś co sprawi, że w oczach tej kobiety uczyni go wyjątkowym i zaspokajającym tę potrzebę która jest u niej najsilniej rozbudowana.
Może to być potrzeba bezpieczeństwa właśnie, wysłuchania, tychże wspólnych pasji czy...wiążąca się też z bezpieczeństwem, kwestia finansów i i tzw. zaradności życiowej...Posłuchajcie: to nie przypadek, że jedną z najczęstszych sytuacji w których dochodzi do zdrady jest ta w której kobieta zarabia więcej niż mężczyzna. Ktoś może powie, że niemożliwe, że - Amor vincit omnia, ale...nie zawsze jest jak w filmach (nad czym sam również ubolewam, jako romantyczna, choć dość twardo stąpająca po ziemi istota)
Mnóstwo jest pewnie odpowiedzi dlaczego tak się dzieje:
- bo facet nie imponuje wtedy kobiecie
(ja wiem, że "imponowanie" brzmi strasznie, ale może robi wrażenie zabrzmi lepiej. Generalnie chodzi o to, że jak kobieta ma szanować kogoś, kto jest mniej zaradny i przedsiębiorczy niż Ona sama? Jak pisałem - niestetynie możemy już latać na mamuty i przynosić Wam wyciętych z nich sznycelków i waląc się pięchami po owłosionej piersi pokazywać Wam jacy jesteśmy testoronowo męscy. Dziś polowania zastąpiła...kariera. A miejsce mięsa - pieniądze. I możemy się z tym spierać, ale fakty są takie, że dziś miejsce operatywności i zdolności polowań, które zapewniały samicom przetrwanie i wyższy status w stadzie: partnerka dobrego myśliwego pewnie była wyżej w hierarchii niż tego co nie wiedział z której strony dzidę się trzyma
zajęły dziś pieniądze. Bo to one zapewniają wyższy status społeczny w hierarchii. Żeby nie spłycać, że chodzi tylko o pieniądze, to takim "imponatorem" może być i wysoka kultura osobista faceta - dziś coraz rzadsza i jego dobrze sklepiona klatka piersiowa i talent np. Kusego z "Rancza"
![]()
Ale - drogie Panie: weźmy taką głupią rzecz jak drobny prezencik od czasu do czasu czy wyjście / wyjazd na wakacje. Fajnie jest dostać coś od tej drugiej osoby, prawda? Kwiatek, a może zawieszkę? Z Apartu, a może jednak lepiej z Pandory? Prawda?
I - to jest najzupełniej ludzkie.
Cholera, zresztą ja sam jako facet lepiej się czuję kiedy stać mnie na to, by móc od czasu do czasu rozpieszczać moją Panią (nie za często, by jednak ceniła te chwile, a nie do nich przywykła, ale jednakI teraz - Miętowa jest pewnie fajna. I fajne ma cycki i tyłek i figurę, ale też nie zatrzymała się tylko na etapie rozwoju i dbania i mieśnie gluteus maximus, lecz również tego tam wyżej, mózgiem zwanego...
I wie jaka jest sytuacja na rynku pracy, wie że dziś jeśli nie zaczyna się wcześniej, to potem jest trudniej, itd...
Ok, może i ma trochę przewrażliwienia, bo sytuacja finansowa Jej rodziny jest inna niż jego, ale...może dziewczyna boi się też sytuacji, że Jej facet - rozpieszczony i muszący walczyć dotąd o nic (bo zawsze miał podetkane wszystko pod ryjek przez mamusię i załatwione za pieniądze) w sytuacji w której stanie oko w oko z czymś wymagającym bycia twardym i bycia dla Niej oparciem, nie będzie w stanie nim być, bo nigdy nie musiał się dotąd z niczym mierzyć?A, tak z ręką na sercu - ile Was chciałoby być z tzw. facetem-dupą: niezaradnym życiowo kaleką, którego musiałybyście prowadzić za rączkę jak małe dziecko?
Więc ok, może i Mietowa przesadza (bo nic nie pisze - poza kwestiami finansowymi, jak Jej facet radzi sobie z tzw. życiem: z rachunkami, pomocą w utrzymaniu porządku w domu, itd i facet jest 100% zaradny), ale...wydaje mi się głupią bardzo nie być, więc...ufam Jej osądowi.
Wiem, że to zabrzmi niefajnie co teraz napiszę o facetach w Jej wieku (bo sam mam zaledwie 36 lat), ale...prowadząc swego czasu przez rok czy dwa zajęcia na uczelniach (jako praktyk, nie naukowiec) zauważyłem, że niestety o ile dziewczyny / kobiety radzą sobie coraz lepiej, o tyle przedstawiciele mojej płci to coraz większe dupy wołowe. Coraz mniej zaradne życiowe...
I, już abstrahując od tematu rozmowy, jako takie podsumowanie: trochę Wam współczuję, Wam przedsiębiorcze, zadbane, poukładane dziewczyny. Bo o facetów, którzy spełnią Wasze wymagania - nie że te wygórowane, ale takie na miarę tego jak fajnie dojrzałyście i czego się nauczyłyście z czasie studiów i pracy podczas nich, będzie coraz trudniej
Amen.
Ps: I wybaczcie, że się tak rozpisałem
Facetem nie jestem, ale ten post bardzo mi się podoba. Pod każdym słowem się podpisuję!
Z resztą autorka chyba już sama podobnie zdiagnozowała swój problem:
I na prawdę byłby to chłopak cud, miód i malina, gdyby nie dawał mi odczucia, że przejmę od jego matki i siostry pałeczkę sterowania i opieki nad nim.
Może i on jest miłym dzieciakiem. No ale właśnie, ona chce mężczyzny...
I po temacie!
Doszłiśmy do wniosku, że niepotrzebnie się tylko męczymy, a nasze uczucia przygasły do tego stopnia, że nie powinniśmy już dłużej tego ciągnąć.
Tak będzie lepiej dla nas obojga.
Dziękuję serdecznie wszystkim za wpisy, rozważania oraz sugestie do zastanowienia się nad swoją osobą i priorytetach.
Pozdrawiam serdecznie !