juz zmeczony.
Nie mam sily, przestaje wierzyc w to, ze kiedys bedzie dobrze, w siebie przestalem juz wierzyc dawno temu... Probowalem, staralem sie cos zrobic, zmienic siebie, brnac do przodu, miec jakis cel, odzyskac pasje, ale wszystko potoczylo sie zupelnie inaczej, a ja nie mam juz sily cokolwiek zmienic. Mam ochote pojechac gdzies daleko, na totalne zadupie, z dala od tego wszystkiego, cywilizacji i zyc nikomu nie przeszkadzajac.
3 lata temu stracilem kogos, po kim myslalem, ze sie pozbieralem jakos, ale okazuje sie, ze wcale nie. Nie stracilem kogos kogo tylko kochalem, ale wraz z nia marzenia, ze w koncu spotkam kogos, z kim bede mogl zalozyc rodzine, kogos, z kim mialem gorsze chwile i potrafilem sie klocic, ale bylem bardzo szczesliwy i wiele rzeczy docenilem jak bylo juz za pozno.
Ostatnio zupelnie przypadkiem sie z nia spotkalem, odnowilismy troche kontakt. Jest to moment, kiedy akurat ma trudniejszy okres w zyciu, ciezka praca non stop, przemeczenie, stres, smutek, zrezygnowanie. Jako, ze swieta spedzala sama, uruchomil sie we mnie tryb "na pewno nie!" i w sumie prawie wprosilem sie z piernikiem, rybka i spedzilismy troche czasu wspolnie i bylo fajnie. Siedzialem i wpatrywalem sie jak zajada sie i az poliki sie jej trzesa, posmialismy sie i normalnie rozmawialismy.
O nic mnie nie prosila, tak samo jakos to wyszlo. Jak ja przytulalem zaplakana w pewnym momencie, zdalem sobie sprawe, ze budza sie znow we mnie te same instynkty i zmysly, ktore sprawialy, ze mialem ochote sie nia opiekowac, byc wsparciem, kopniakiem w dupe kiedy trzeba. Tym kims, kim sie jest, jak sie kogos kocha...
Nie wiem, czy przestane ja kiedykolwiek kochac, pewnie czesciowo sobie idealizuje jak bylo, ale tak na prawde poza malymi kryzysikami, to ja bylem z nia bardzo szczesliwy. Ona miala jednak dosc...
Pokochalem ja kiedys za to, ze po prostu jest, ze sie usmiecha, ma takie dobre serducho. Pokochalem jej cholernie trudny charakter, znosilem wybuchowosc, nadwrazliwosc i zmienne nastroje. Pokochalem po prostu caly pakiet, ktory byl w tym opakowaniu stu piecdziesieciu paru centymetrow wzrostu.
Wydawalo mi sie, ze po rozstaniu nauczylem sie ja kochac ze swiadomoscia, ze nigdy nie bedziemy razem. Przestac kochac mi sie nie udalo, im bardziej sie staralem tym gorzej wychodzilo. Chcialbym strasznie, zeby znow bylo mi dane obok niej sie budzic i patrzec na siebie tak, jak kiedys. Cholernie wiele bym za to oddal, poswiecil lata zycia zeby zyc krocej ale po prostu z nia w tym moim zyciu.
Wiem jednak, ze po prostu chce zeby byla szczesliwa i coz, skoro jest jej lepiej beze mnie w jakiejkolwiek formie w jej zyciu, to niech tak bedzie.
Strasznie jednak trudno sie z tym pogodzic... Rozstalismy sie w momencie, kiedy mielismy trudny okres i sporo sie klocilismy, nie tylko z przyczyn zwiazanych z nami, ale przez stres z pracy, nauki. Mielismy dac sobie czas na zastanowienie, co dalej... Ja przemyslalem wszystko i bylem pewien, ze chce sprobowac bo zrozumialem swoje bledy i nasze wspolne oraz wiedzialem jak je rozwiazac. Ona niestety postanowila odwrotnie...
Z tym nigdy chyba sie potrafilem pogodzic. Moze kiedys mi sie uda.
Mam 30 lat i juz od jakiegos czasu ciagnie mnie do zalozenia rodziny. Ona jest jedyna kobieta z ktora bylem, ktora jak trzymalem w rekach i jak patrzylem w oczy to wiedzialem, ze chce zeby byla matka naszych dzieci.
Niewazne jak sie stresowalem w pracy, jak denerwowalem, kiedy zasypialismy w objeciach, nic innego nie mialo znaczenia.
Nie wiem po co to Wam pisze, chyba mam taka potrzebe, chocby nawet nikt tego nie przeczytal.
Zaluje, ze sie taki urodzilem, zbyt wrazliwy na faceta i chyba ze zbyt widealizowanym podejsciem do pewnych spraw.
Kocham a nie jestem kochany i bez szans na bycie z kobieta, ktora bezgranicznie kocham. Nikt o tym nie wie a ja to tlamsze w sobie i staram sie zyc z dnia na dzien, ale od jakiegos czasu jest to coraz trudniejsze.
Albo sie wykoncze zdrowotnie z nerwow i zgryzoty, albo umre w samotnosci.
Mam nadzieje, ze Wam sie lepiej uklada i jestescie szczesliwsi :)