Witajcie kobitki!
Zarejestrowałam się tu, aby poznać Wasze opinie na temat dziwnej filozofii mego męża na temat adorowania swojej żony.
Zacznę od początku.
Jesteśmy razem 6 lat. Na początku bardzo źle nam się układało, a to z tegoż względu, że teściowa strasznie się wtrącała w nasze sprawy i nie szczędziła mi kąśliwych uwag, ale winą o to obarczam mego męża, bo on zamiast zachować w tajemnicy to, co pmu powierzyłam - wszystko wyśpiewywał swej mamie, zatem nic dziwnego, że kobiecina uznała, że skoro mogła poznać moje skryte tajemnice (mogła nie wiedzieć, że ja sobie nie życzę by mąż paplał co ja mu powierzyłam) to może się wtrącać w moje sprawy i wiecznie mnie ustawiać...
Gdy mówiłam mężowi, że nie podoba mi się sposób w jaki jego mama mnie traktuje - on mówił, że ja ją oczerniam. Czy oczernianiem jest to, że mówiłam jakie są moje odczucia wobec jej zachowania?... Wiele znosiłam w milczeniu, złośliwe słowa jego babci (najczęstsze takie, że jesteśmy niedobraną parą), aż sama się sobie dziwię, że wytrzymałam tam tyle lat, bo tylko się rozchorowałam na nadczynność tarczycy przez ten stres.
Minęło dopiero kilka lat zanim mąż pojął, że żona ma prawo nie chcieć, aby teściowa znała wszystkie jej tajemnice i wszelkie bolączki (a powtarzał swej mamie nawet to co ja w swej złości o niej mówiłam! a mnie nie omieszkał powtarzać tego co jego mamusia wygadywała na temat synowej). Wtedy zawsze się czułam jak "gorsza żona", bo mąż każde moje próby wypowiedzenia tego jakie są moje reakcje na zachowania jego matki kwitował - wymyślasz, oczerniasz moją matkę. Co ciekawe jego matka mieszka w domu z bratem męża, który jest kawalerem, nic nie robi, a wymaga, aby to mój mąż jej poświęcał wiecznie swój czas, a braciszka-kawalera traktuje jak kruche jajeczko - chyba każda z Was by się wkurwiła, że mąż ma czas na zajmowanie się sprawami mamuśki a nie obowiązkami mężowskimi. Ale to ja byłam wredną owcą. Miałam wrażenie, że on nie rozumie, że odczucia kobiety to reakcja na coś a nie oczernianie.
Teraz z teściową mam święty spokój, bo mieszkamy daleko od siebie, rzadko się widujemy no i co najważniejsze - mąż (chyba) przestał jej wyśpiewywać o moich intymnych sprawach.
Ale.
Mąż nadal nie rozumie, że moje odczucia to nie oczernianie...
Wyjaśniam.
Mąż jest bardzo dobrym, pracowitym człowiekiem. Nie pije, nie pali, nie biega z kumplami po pubach, nie zdradza, za babami się nie ogląda. W domu pomaga. Przestał już się trzymać kurczowo spódnicy swej mamuśki.
Ostatnio przyłapuję się na tym, że po ślubie mąż przestał mnie adorować. Każda moja delikatna sugestia, że kobieta, nawet żona potrzebuje czasem adoracji - wyzwala u niego reakcję, że go oczerniam! Nawet nie mogę do końca powiedzieć CO ja nazywam adoracją, bo on wpada w szał, przerywa mi, nie daje do końca mi powiedzieć, bo sam sobie dopowiada swoje głupoty... Od początku, odkąd jesteśmy razem nie jestem w stanie mu wytłumaczyć, że moje odczucia nie są oczernianiem. Po prostu on się wścieka na mnie, że czasem (w jego języku "czasem" chyba oznacza "codziennie") chciałabym, aby podarował mi kwiatka, powiedział, że ładnie wyglądam, ale według niego do samego adorowania żony wystarczy powiedzieć tylko "kocham Cię".
Zaznaczam, że do kina nie chodzimy, do kawiarni też nie. Nigdzie mnie nie zabiera. Kwiatów nie kupuje, bo twierdzi, że tylko te własnoręcznie zerwane mają jakąś wartość - ok, rozumiem, więc mi je przynosi (jak nie zapomni) tylko latem i wiosną.
Zaznaczam, że nie oczekuję, by kupował mi jakieś drogie prezenty, bo mam wszystko. Prezentem o jakim marzę jest to, żeby czasem spontanicznie powiedział, że mu się podobam (o ile jeszcze mu podobam), co go we mnie pociąga... Chodzi tylko o takie drobne słowa, które tak bardzo podnoszą kobiece poczucie wartości. Każda moja sugestia kończy się awanturą, bo on... nie daje mi nie wypowiedzieć do końca... Chciałąm mu uświadomić, że może nie rozumie moich intencji, podsunęłam mu więc książkę o relacjach damsko-męskich (coś w stylu "Kobiety są z Wenus, mężczyźni są z Marsa"), ale nie przeczytał, bo uznał to za pierdoły...
Co chcę zmienić? Jego gruboskórność w słowach. Bo te słowa mnie bardzo często ranią. Dlaczego to co tak pragnę usłyszeć od męża - słyszę od obcych facetów? To mnie bardzo boli...
Jasne, że faceci mówią innym językiem niż my, kobiety ![]()
Twój problem chyba jest dość często spotykany. Mój chłopak co prawda prawi mi komplementy i wyznaje mi uczucia, ale wiem, że jest w tej materii wyjątkiem. W sprawie gruboskórności niestety zdarza mu się nie być - ostatnio coraz częściej. Też rani mnie swoimi słowami, potrafi palnąć taką głupotę, że mam łzy w oczach (a zaznaczam - do nadwrażliwych zdecydowanie nie należę
). Mówię mu o tym, i on (podobno) stara się to zmienić, ale musze przyznać, że z miernym efektem.
Wydaje mi się, że faceci - a przynajmniej znakomita ich większość - przywiązują do słów dużo mniejszą wagę niż kobiety. Mogę się mylić, ale to tłumaczyłoby zarówno niedotrzymane obietnice, niechlujność językową, jak i brak komplementów, czy wspomniany wyżej brak wyczucia.
Nie mam pojęcia czy da się to trwale i znacząco zmienić. Na pewno możesz uwrażliwiać swojego faceta, zwracać mu uwagę na pewne niuanse, które dla Ciebie są kluczowe, otwierać go na Twój punkt widzenia. Tylko on musi chcieć współpracować, inaczej w kółko będzie Ci wypominał, że go "oczerniasz".
Najlepiej, gdybyście oboje postarali się zrozumieć siebie nawzajem i popracować - każdy nad sobą, wychodzić naprzeciw drugiej połówce ![]()
To nie ma nic wspólnego z "innym językiem", bo facet jest po prostu syneczkiem mamusi. Znam takich z autopsji - najgorsze skurwysyństwo tego świata. I proszę moderację o nieusuwanie tego słowa, bo trzeba nazywać pewne rzeczy adekwatnie do tego, jakimi po prostu są. Latanie ze wszystkim i donoszenie "kochanej mamusi" to najczystsza postać niedorozwoju emocjonalnego i niedojrzałości. To skrzyżowanie przywiązania i uzależnienia. Taki człowiek nigdy się nie zmieni. Mam tutaj przykład mojej przyjaciółki. Poznała - jak jej się wydawało - fantastycznego, statecznego, dobrze zarabiającego faceta. Ze względów finansowych mieszkali w domu jego mamy. Później się wyprowadzili. Kupili gospodarstwo, jakąś ziemie. Ona dla niego przeprowadziła się do innego miasta. Jego matka we wszystko się wtrącała od początku. Koleś opowiadał jak to ona rzekomo imprezuje, często pije itp. Teściowa podłapała - alkoholiczka pewno. Nie było to prawdą rzecz jasna. Inwestowali w posiadłość oboje - zarówno on jak i ona i jej rodzice. Ładna kasa na to poszła. Ale teściowa ciągle nakręcała kolesia. Mimo, że mieli brać ślub to się rozstali w końcu (również przez fakt, że koleżka zdradził). Tak na nią najeżdżał, że słów mi brakuje. Jak z nim rozmawiałem to mi płakał rzewnymi łzami, bo wiedział jak bardzo dał ciała. Chciał ją odzyskać. Pojechał do rodzinnego domu porozmawiać ze swoją matką "aby przestała ingerować". Po kilku dniach przyjechał razem z matką - wymeldował moją przyjaciółkę z niby ich wspólnego domu, a do tego kazali jej podpisać kwitek u notariusza, że finansowo są rozliczeni i że nie będzie dochodzić roszczeń finansowych. Generalnie to skrót telegraficzny, bo tego było dużo, dużo więcej....a takie jego gadanie u jednej na drugą i odwrotnie to było cały czas.....
Jak ktoś mi mówi o facecie, że "nie pije, nie pali, nie chodzi po pubach z kumplami, nie ogląda się za innymi" to ja wiem, że coś z nim nie tak - że brak mu równowagi. Jego świat zamyka się na domu. I to tym domu, w którym pierwsze skrzypce odgrywają rodzice, bo przecież on jest ich dzieckiem. I to niezależnie od wieku delikwenta. Facet musi od czasu do czasu wyjść z kumplami i sobie trochę odstresować. Musi poprzebywać w ordynarnym, męskim towarzystwie. Musi od czasu do czasu obejrzeć się za inną. Inaczej testosteron mu zrobi z mózgu sieczkę i taki człowiek będzie tworzył przez to sytuacje konfliktowe w swoim najbliższym otoczeniu. Nie da się zamknąć dorosłego faceta w świecie małego chłopca. To zawsze skończy się fatalnie.
Kwiatów nie kupuje, bo twierdzi, że tylko te własnoręcznie zerwane mają jakąś wartość - ok, rozumiem, więc mi je przynosi (jak nie zapomni) tylko latem i wiosną.
To i tak masz dobrze, mój mi nie przynosi wcale
. Gdy się czasem delikatnie upomnę to się denerwuje :"oj, daj już spokój z tymi kwiatkami".
To prawda, że mężczyźni nadają na innych falach. Nieco już ten ich język rozszyfrowałam po wielu latach małżeństwa
, ale wciąż niektórych zachowań nie umiem rozszyfrować. Z tym adorowaniem to tak już jest. Bardzo niewielu mężczyzn potrafi po wielu latach prawić komplementy żonie, czy inaczej ją adorować, co nie znaczy, że nie kochają.
5 2012-11-19 22:07:08 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2012-11-19 22:09:16)
Yoghurt, takich historii o teściowej to i ja znam wiele od moich koleżanek... Nie wiem czemu, ale odnoszę wrażenie, że dla wielu teściowych synowa to rywalka, albo ktoś kogo należy wiecznie zmieniać na własną modłę... Dlatego jestem za tym, aby mieszkać JAK NAJDALEJ od teściów i nigdy nie mieszkać pod jednym dachem z powodu braku swego kąta... Synek i tak zawsz ebędzie bronił matki i twierdził, że mamusia miała wyłącznie dobre intencje, a synowa nie chce dostrzec jej serca miłosiernego...
A spotkania z kumplami? Jja już nawet namawiałam męża, żeby z kumplami się spotkał... Byłam wkurzona, nie... byłam wulgaryzm, że nie poszedł na wieczór kawalerski swego najlepszego kolegi z lat szkolnych i studenckich
Jesteśmy tyle lat razem, że mu ufam. Nawet mu mówiłam "Idź! Jak będą tam gołe baby to mi nie mów"
Zresztą gołe baby to już wszędzie widać
Przyznam, że mnie wkurza, że on nie utrzymuje kontaktów ze swymi kolegami ze studiów, bo spotkania z tymi kumplami trochę otwierają memu mężowi oczy na pewne sprawy...
Ale pig-headed, masz słuszną rację, nad takimi sprawami oboje musimy pracować
Kocham mego męża, tylko nie ukrywam, że byłoby mi łatwiej, gdyby on przeczytał tą książkę "Kobiety są z Wenus..." Na pewno nie twierdziłby, że tylko ja ze wszystkich kobiet chciałabym być czasem adorowana
No, ale popracuję nad tym ![]()
To nie ma nic wspólnego z "innym językiem", bo facet jest po prostu syneczkiem mamusi. Znam takich z autopsji - najgorsze skurwysyństwo tego świata. I proszę moderację o nieusuwanie tego słowa, bo trzeba nazywać pewne rzeczy adekwatnie do tego, jakimi po prostu są. Latanie ze wszystkim i donoszenie "kochanej mamusi" to najczystsza postać niedorozwoju emocjonalnego i niedojrzałości. To skrzyżowanie przywiązania i uzależnienia. Taki człowiek nigdy się nie zmieni. Mam tutaj przykład mojej przyjaciółki. Poznała - jak jej się wydawało - fantastycznego, statecznego, dobrze zarabiającego faceta. Ze względów finansowych mieszkali w domu jego mamy. Później się wyprowadzili. Kupili gospodarstwo, jakąś ziemie. Ona dla niego przeprowadziła się do innego miasta. Jego matka we wszystko się wtrącała od początku. Koleś opowiadał jak to ona rzekomo imprezuje, często pije itp. Teściowa podłapała - alkoholiczka pewno. Nie było to prawdą rzecz jasna. Inwestowali w posiadłość oboje - zarówno on jak i ona i jej rodzice. Ładna kasa na to poszła. Ale teściowa ciągle nakręcała kolesia. Mimo, że mieli brać ślub to się rozstali w końcu (również przez fakt, że koleżka zdradził). Tak na nią najeżdżał, że słów mi brakuje. Jak z nim rozmawiałem to mi płakał rzewnymi łzami, bo wiedział jak bardzo dał ciała. Chciał ją odzyskać. Pojechał do rodzinnego domu porozmawiać ze swoją matką "aby przestała ingerować". Po kilku dniach przyjechał razem z matką - wymeldował moją przyjaciółkę z niby ich wspólnego domu, a do tego kazali jej podpisać kwitek u notariusza, że finansowo są rozliczeni i że nie będzie dochodzić roszczeń finansowych. Generalnie to skrót telegraficzny, bo tego było dużo, dużo więcej....a takie jego gadanie u jednej na drugą i odwrotnie to było cały czas.....
Jak ktoś mi mówi o facecie, że "nie pije, nie pali, nie chodzi po pubach z kumplami, nie ogląda się za innymi" to ja wiem, że coś z nim nie tak - że brak mu równowagi. Jego świat zamyka się na domu. I to tym domu, w którym pierwsze skrzypce odgrywają rodzice, bo przecież on jest ich dzieckiem. I to niezależnie od wieku delikwenta. Facet musi od czasu do czasu wyjść z kumplami i sobie trochę odstresować. Musi poprzebywać w ordynarnym, męskim towarzystwie. Musi od czasu do czasu obejrzeć się za inną. Inaczej testosteron mu zrobi z mózgu sieczkę i taki człowiek będzie tworzył przez to sytuacje konfliktowe w swoim najbliższym otoczeniu. Nie da się zamknąć dorosłego faceta w świecie małego chłopca. To zawsze skończy się fatalnie.
Widzę, ze masz zdrowe podejście do życia
co do innego języka- myślę ze jest taki sam i wszystko zalezy od człowieka, mój facet jest czuły na słowa, chociaż sam tez cos palnie i podniesie mi cisnienie, ale gdy facet jest maminsynkiem to najlepiej go omijać i niech ożeni się z mamusią- wszyscy będą szczęśliwi! facet musi mieć j... no wiecie co
i własne zdanie, być pewnego rodzaju autonomią a za razem przyjacielem swojej pratnerki, za czym idzie zrozumienie i wsparcie
napisz list.
8 2012-11-19 22:45:52 Ostatnio edytowany przez anik_k (2012-11-19 22:46:37)
brzydkazona napisał/a:Kwiatów nie kupuje, bo twierdzi, że tylko te własnoręcznie zerwane mają jakąś wartość - ok, rozumiem, więc mi je przynosi (jak nie zapomni) tylko latem i wiosną.
To i tak masz dobrze, mój mi nie przynosi wcale
. Gdy się czasem delikatnie upomnę to się denerwuje :"oj, daj już spokój z tymi kwiatkami".
To prawda, że mężczyźni nadają na innych falach. Nieco już ten ich język rozszyfrowałam po wielu latach małżeństwa, ale wciąż niektórych zachowań nie umiem rozszyfrować. Z tym adorowaniem to tak już jest. Bardzo niewielu mężczyzn potrafi po wielu latach prawić komplementy żonie, czy inaczej ją adorować, co nie znaczy, że nie kochają.
ja kwiatka dostałam tylko raz, co nie znaczy, że mnie nie kocha, bo wie,że kocham miśki żelki i tego mam pod dostatkiem ![]()
9 2012-11-19 23:30:10 Ostatnio edytowany przez alfaalfa (2012-11-19 23:33:19)
Zaznaczam, że do kina nie chodzimy, do kawiarni też nie. Nigdzie mnie nie zabiera. Kwiatów nie kupuje, bo twierdzi, że tylko te własnoręcznie zerwane mają jakąś wartość - ok, rozumiem, więc mi je przynosi (jak nie zapomni) tylko latem i wiosną.
Nie doczytałam chyba: a w jaki sposób Ty dbasz o swojego męża?
Wyliczyłaś wady męża dokładnie, wylałaś swą gorycz na jego matkę.. brakuje tu jeszcze tylko krótkich informacji jak sama dbasz o atmosferę w domu i własne małżeństwo ?
Sama nie możesz zaprosić go do kina?
Ten opis bardzo źle mówi o Tobie, coś jak : chcę brać nie dając nic w zamian.. ale tak się nie da.
Jeśli możesz dopisz coś o sobie i Twoich staraniach (poza krzykiem i wykładami).
Coż sama przyznałaś ze po paru latach Twój mąż dojrzał do sytuacji i uregulował relacje ze swoja mamą , zrozumiał i chyba jest lepiej
na dodatek piszesz że "Mąż jest bardzo dobrym, pracowitym człowiekiem. Nie pije, nie pali, nie biega z kumplami po pubach, nie zdradza, za babami się nie ogląda. W domu pomaga. Przestał już się trzymać kurczowo spódnicy swej mamuśki.i" czy Ty nie za bardczo chcesz zrobić z niego ideał ? Może to własnie w jego oczach jest okazywaniem Ci miłości adorowaniem cenniejszym niż wszystkie te kwiatki
A że inni meżczyźni Ci to mówią a i owszem dlaczego by nie przez pare chwil razem od czasudo czasu ale zamieszkaj z któymś z nich tak przez te 6 lat to zobaczysz jak bedą Cię "adorować "
A i alfaalfa ma swięta racje ![]()
alfalfa, widzę, że negatywnie mnie oceniasz już po tym, że czegoś nie dopisałam
Poza tym nie napisałam nigdzie, że moja relacja z mężem to wykłady i krzyk ![]()
Jestem tu nie dlatego, że uważam, że "wszystko mi się należy", a dlatego, że jestem jedną z wielu kobiet, które po prostu się starają jak mogą i też chciałyby usłyszeć od swego męża jakiś komplement, ciepłe słowo. Uważałam, że ja mówiąc mężowi ciepłe słowa, komplementy, a nawet własnoręcznie zrobiony upominek z załączoną karteczką z miłym tekstem - w ten sposób sugeruję mu, żeby i on czasem uczynił podobny gest. Często wieczorami proponuję herbatę z małym ciasteczkiem, pytam czy zjadłby coś, przytulę go... Można byłoby zwalić taki stan rzeczy na jego zmęczenie po pracy, ale oboje pracujemy, i to ciężko pracujemy. W tym kieracie, jeszcze po sprzątnięciu domu po dwójce małych bałaganiarzy jeszcze potrafię i chcę znaleźć czas na zrobienie wyszukanego obiadu i deseru, by mężowi sprawić radość, ale on to pomija milczeniem i to na pewno nie dlatego, że jestem kiepską kucharką
Ostatnio mąż zaprosił swoich znajomych do nas, przygotowałam obiadokolację, przystawki, zależało mi, aby ich gościnnie przyjąć. Specjalnie na ten dzień odłożyłam służbowy wyjazd. Fajnie byłoby usłyszeć od męża, że docenia ten gest.
Zanim zamieszkaliśmy razem - mąż (wtedy jeszcze narzeczony) potrafił ciepłym słowem skomentować moje starania, potrafił powiedzieć, że ładnie mi w zielonym sweterku... Z biegiem czasu przestał to mówić, dlatego zwyczajnie mi brakuje tych słów, każdej kobiecie by brakowało. Uznałam, że może to skutek tego, że się nie staram, ale staram się naprawdę... Nadmienię, że nie mam w zwyczaju kończyć każdego dnia z suchem komentarzem "dziś znów nic miłęgo mi nie powiedziałeś".
a moze czas odpuscic?
na poczatku czytajac myslalam ze wlasnie nic nie robisz a tylko wymagasz ale skoro robisz to moze przyzwyczail sie ze nic nie robi a dostaje wszystko?
moze jak zateskni za dobrymi obiadkami, deserami i milymi slowami to sam spyta co jest lub zacznie sam mowic cos milego?
Najskuteczniejsza się okazała rada zielonego kwasa - pisemne wyrażanie mego "buntu" okazało się drogą ku lepszemu
Widzę, że o trudniejszych sprawach po prostu muszę pisać ![]()