Hej,
Jestem tu nowy, w "małżeństwie" od 2 lat. Wcześniej miałem kilka związków - nie wychodziło z różnych przyczyn, ale głównie dlatego, że to nie były te osoby.
Wszystko działo się bardzo dynamicznie. Po kilku miesiącach wzięliśmy ślub.
To była osoba, z pięknym, cudownym, ciepłym wnętrzem. Stworzyliśmy związek dusz. Kiedy wyjechaliśmy do innego miasta szukać szczęścia coś się ze mną stało. Zacząłem stwarzać awantury z byle powodu, byłem zazdrosny. Pomimo tego, a może dlatego, powiedziała mi, że chce wziąć ślub. Byłem wniebowzięty, obiecałem, że zacznę nad sobą panować... Po ślubie wróciliśmy do rodzinnej miejscowości; zamieszkaliśmy z teściami. I miesiąc za miesiącem wszystko zaczęło się psuć. Oczywiście tego nie widziałem, a może widziałem, tylko to tłumiłem. Kolejne awantury o bzdury, sceny zazdrości, ciche dni, zarzuty, wyzwiska... w końcu stało się tak, że zostawałem sam, gdy ona szła do rodziców słuchać dobrych rad... potem wracała tylko na noc, gdzie spaliśmy na drugich krańcach łóżka. Wspaniały i duchowy seks odpłynął gdzieś pomiędzy kolejnymi awanturami.
W końcu teściowa powiedziała, że lepiej dla nas, gdybyśmy się rozstali. Nie wytrzymałem - widziałem, że manipuluje ona moją żoną, wkładała jej do głowy najbardziej abstrakcyjne pomysły. Zrobiłem awanturę, gdzie wyrzuciłem matce żony wszystko. Ostatecznie zadecydowaliśmy z żoną wynajęcie mieszkania i próbę ratunku dla Nas. Przez pierwsze dwa miesiące było dobrze - myślałem - układa się... nic bardziej mylnego...
Jej rodzice weszli z butami - wykorzystując posłuszeństwo córki wobec nich decydowali o wszystkim, a ja musiałem na to przystawać. Sami podejmowali decyzje co i jak, bo 'tylko chcą pomóc'. Nie było to poprzedzone żadną rozmową, żadnymi planami, po prostu robili co chcieli, a ja miałem się na wszystko godzić. Niestety, nie jestem takim facetem, nie po to brałem ślub i chciałem zakładać rodzinę, żeby być traktowanym jako 3 dziecko teściów... Powiedziałem, że wypisuję się z budowy, że mam dość... Żona jeździła codziennie i pomagała - nic do niej nie docierało, że można kogoś wynająć, że to jest bez sensu bo może się coś stać. Ktoś zachorował. Dowiedziałem się od osób trzecich. Kiedy się wydało powiedziała, że nie widziała powodu dla którego miałaby mówić mi prawdę; Zaczęły się kolejne kłótnie. W końcu po kolejnej (gdzie padły z mojej strony słowa, które były mocne i przykre - włącznie z rozwodem, na który ona ochoczo przystała) wyprowadziła się. Chciałem ją odzyskać - próbowałem ją przekonać, że widzę problem w sobie i chcę walczyć. Po tym już się do mnie nie odzywała. To było 1,5 miesiąca temu.
Dodam jeszcze, że proponowałem jej terapię małżeńską, z początku zgodziła się. Ale pozniej uznała, że pomysł był niedobry, gdyż 'nie będę z niej robił psychicznej'...
Wiem, że wyjechała do innego miasta... i tylko tyle. Jedyny kontakt to mailowy (1 mail na 1,5 tygodnia), w którym obrzuca mnie błotem jak może. Pisze, że potrzebuje czasu i nie wie co robić dalej. Przeżuwa ciągle te same historie - pisze, że nie chce się ze mną spotkać, bo się mnie boi. W listach nie padło ani jedno ciepłe słowo, nie było żadnej nadziei. Nie odbiera telefonów, nie pisze smsow, w ciągu tego czasu nie zapytała się nawet co u mnie słychać.... po prostu kompletnie o mnie zapomniała. Dodatkowo stwierdziła, że nie ufa ani nie wierzy mi. Po prostu nieformalna separacja...
Wiem, że ją kocham, wiem że popełniłem wiele błędów, zacząłem walczyć ze swoim charakterem z pomocą psychologa. Ale do niej nic nie trafia, żadne argumenty. Przy tym wszystkim nie chce dać mi konkretnej odpowiedzi - albo w prawo albo w lewo. Tylko tyle, że potrzebuje czasu. Tylko my możemy coś z tym zrobić, a przy braku komunikacji stan ulegnie tylko pogorszeniu. Nie chę rozwodu, kocham ją nad życie, ale z drugiej strony rozum podpowiada mi, że coś tu nie gra. Nie wiem, może ktoś inny, może rzeczywiście jej psychika jest na tyle uszkodzona, że potrzebuje się podleczyć, a może po prostu przestała mnie kochać i chce o mnie zapomnieć. Nie rozumiem tylko po co to przeciągać. Nie potrafię iść do prawnika i założyć sprawy, niestety. Cały czas się łudzę i mam nadzieję na pogodzenie. Ale jak się pogodzić z osobą, która nie daje Ci na to szansy? Z którą nie ma żadnego kontaktu?
Nie mam już siły, jestem wykończony.
Czy ktoś zetknął się już z podobną sytuacją?