Problem nie moj ale mojej dobrej znajomej...
Oboje sa mlodzi, on 25 lat ona 24, on pracuje ona konczy ostatni rok studiow.. Sa ze soba juz 8 lat, mysla o sobie powaznie, planuja slub...
On jest na emigracji w UK, pracuje i mieszka na spolke z kilkoma znajomymi...
Dziewczyna zasugerowala ze fajnie by bylo zamieszkac razem przed slubem, poznac sie, pozyc troszke samemu bez wiecznego towarzystwa nad glowa.
Chlopak gwaltownie protestuje przeciwko temu pomyslowi twierdzac:
1. Znamy sie az za dobrze
2. Przeciez w wakacje mieszkalismy razem, nie musimy sie spieszyc... (oki co to jest 2 tygodnie czy 3 w wakacje? )
3. Wzgledy materialne...na spolke zyjac dziela sie rachunkami na tyle osob ile tam mieszka. A mieszkajac tylko we dwojke to i rachunki beda wieksze (to znaczy liczba glow na ktora mozna podzielic oplaty nizsza) Poza tym twierdzi, ze teraz chce szybko zarobic na slub i nie chce wydawac za duzo
A tak w ogole to on uwaza ze zamieszkanie razem to dopiero po slubie...
Uprzedze pytanie...nie jest zagorzalym katolikiem, ktoremu zasady moralne nie pozwalaja na takie wyjscie..
Kolezanka nie jest jakas niezaradna kobietka, ktora oczekuje utrzymania od partnera.
Ma glowe na karku i praca jej nie obca. Owszem, na poczatku nie bedzie problemu z mieszkaniem ze znajomymi, ale jak tylko znajdzie prace to chcialaby pojsc na swoje...
Facet gwaltownie protestuje.
Panowie i panie, co to moze znaczyc? Z czego wynika takie postepowanie?