Zakochalam się po uszy w Nim, to było w kwietniu ubiegłego roku, a w 2012 roku wszystko zaczęło się psuć. Nie umieliśmy razem poprowadzić związku, bo jest to nasz pierwszy rak długi poważny związek.
Ja niedlugo mam 20 lat, on ma 24 lata.
Gdy zaczęłam być z Nim to zaczęłam też tracić swoją indywidualność. Bardzo dobrze spędza mi się czas samotnie, a gdy jestem w grupie to też jestem dość odsunięta, jestem outsiderem, ale i lubię ludzi. Lubię imprezy, uwielbiam gdy coś się dzieje, lubię pobawić się z ludźmi, flirtować, momentami bawić się uczuciami, ale pozwalam też bawić się moimi - nie w sensie destrukcyjnym - chodzi mi o ten flirt o grę uczuć pomiędzy ciekawymi ludźmi. Ale najbardziej lubiłam się bawić z moim chłopakiem. Aż iskrzyło. Gdy się poznawaliśmy. I nie chodzi mi o seks, może bardziej o to poznawanie człowieka.
Bardzo lubie poznawać ludzi, ich naturę, lubię swiat, otoczenie, to szare i kolorowe, wierzę, ze wszędzie mogę znaleźć coś ciekawego, radosnego, zlego, intrygującego, różnorakiego!
Lubię pomagać ludziom, lubię być aktywna, lubię mścić się na ludziach, którzy mi coś zrobili i są wg mnie chamami.
ON też mi się taki wydawał. Ale miałam maturę, studia i tak dalej. Musiałam sie skupić na tym czego nienawidzę. Chodziłam do liceum plastycznego, gdzie jest trudniej, niż w normalnych. Miałam zespół rockowy. Musiałam zrezygnować ze wszystkich przyjemności na rzecz tego, by dostać się na jak najlepsze studia. Nic w zyciu mnie tak nie wykończyło. Cholerny prestiż - liczy się nie to co umiesz, a to skąd jesteś i jak wysokie mniemanie o sobie masz...
Nieważne... Chodzi mi o to, że mój chłopak też jest indywidualistą. Miał pasje, był sobą. A gdy zaczęliśmy pogłebiać naszą znajomość, zbliżać się i dzielić wszystkim, pomagać sobie, to to zaczęło zanikać. W pewnym momencie zaczęliśmy się dusić sobą, a nie przyznawaliśmy się, bo chcieliśmy sobie pomagać i okazywać miłość. Wpadliśmy w pułapkę.
Już nie pamiętam nawet kiedy to się stało. Przegapiłam ten moment, gdy zatraciliśmy się...
Skutek jest taki, że mamy coś w stylu depresji i nie czujemy chemii do siebie. Ale bardzo chcemy ze sobą być. Wydaje mi się, że go kocham, no bo chcę dla niego i nas jak najlepiej...
Tak do końca to chyba nie wiem jeszcze czym jest prawdziwa miłość. Może to ta w której jestem? Nie wiem, bo po tych problemach to czuję się jakby ktoś wypalił mi dziurę w duszy.
Czuję się staro, a jesteśmy przecież młodzi...
Czuję, że go za bardoz poznalam... ?
Nie jestem gotowa na poważny związek? A kiedy będę? Obawiam się ze nigdy. Czuję się trochę nienormalna z tym wszystkim. No bo ja nie chcę mieć dzieci, nie chcę mieć męża. Chcę mieć partnera, z którym będziemy sie wzajemnie inspirować.
Dla mnie najważniejszą wartością w życiu jest sztuka, zmysłowość, życie jako jakiś pęd życiowy i ... miłość. Ale miłość, które daje szczęści i mi i tej osobie, która jest dla mnie ważna. A jak na razie to dałam Mu same nieszczęście i sobie także.
...
Czy moje wartości są jakieś dziwne?
Nigdy nie czułam się podobna do otaczających mnie ludzi. Wolałabym być bezdomna, niż mieć dużo pieniędzy, szczęśliwą rodzinę, dom i... nic poza tym. Jestem z normalnego domu... Ale co inne się dla mnie liczy... Czy to niedojrzałość? Odkąd pamiętam mam w głowie taki schamet życia - żeby pędzić do czegoś aż do śmierci i nigdy tego nie osiągnąć - to jest mój cel. Mieć marzenia. Bo uważam, ze gdy spełni się swoje marzenia to... ich wtedy nie będize. A trzeba! żyć marzeniami.
Czy w tym wszystkim jest miejsce na miłość? Bardzo jej pragnę... ale takiej wolnej...
Nigdy nie chciałabym mieszkać z mężczyzną. Bo nie potrafię. Potrzebuję swojej samotności. Ona mi daje energię. Gdy za długo ostatnio mieszkałam z koleżanką to też czułam się przytłoczona.
Teraz będę mieszkać w akademiku. To też trochę problem... Ale może będzie tam jakiś podział... Nie wiem...
Czuję się z tym wszystkim dziwna ale i niespełniona.
Czy jestem nienormalna?