Pozwoliłam sobie umieścić swoje pytanie w dziale "zdrowie" bo i tego dotyczy moje pytanie. Zauważyłam, że w ostatnich miesiącach półki sklepowe i drogeryjne zaczęły uginać się pod żelami antybakteryjnymi do rąk. Wiadomo, że bakterie są wszędzie i należy myć ręce ale jako dość dociekliwa osoba zaczęłam drążyć temat. Podobno takie żele zabijają do 99% bakterii i przy regularnym stosowaniu ( nie wiem co oznacza owa regularność) i zmniejszają ryzyko zakażeń bakteryjnych i wirusowych do 85% ( trafiłam na takie statystyki w jednym z artykułów). Sprawa niby błaha, mały wydatek... tylko czy taki "gadżet" jest w ogóle potrzebny? Przecież jeśli chwilę po użyciu dotknę COKOLWIEK to te bakterie znowu się pojawią na moich dłoniach. Stosować czy nie?
Z całą pewnością taki żel nie jest w stanie zastąpić mycia rąk wodą i mydłem. Myślę, że z tymi żelami to taki chwyt marketingowy. Kiedy wcieramy żel w dłonie, to może i zabijamy w ten sposób bakterie, ale przecież ich nie spłukujemy, toteż na dłoniach mamy martwe bakterie, które są świetną pożywką dla kolejnych żywych - i w ten sposób, chcąc usunąć drobnoustroje z dłoni, "zapraszamy" ich jeszcze więcej...
No właśnie też o tym myślałam, mam też wrażenie, że to jakiś chwyt marketingowy. Jednak myjąc dłonie spłukuje się brud i bakterie. Patrzyłam właśnie na skład i jest to właściwie sam alkohol. Zawsze myślałam, że bakterie i wirusy mają tendencję do mutowania i mają dużą zdolność przeżycia, więc jeśli na dłoniach przeżyje ten 1% to i tak jest to pewnie kilka milionów bakterii... Zastanawiam się nad tym bo nie dość, że w sklepach tego pełno to ja jeszcze łażę dużo po górach i wszyscy są uzbrojeni w te żele...mogę się wtedy schować ze swoimi chusteczkami nawilżanymi.
Sądzę, że już spłukanie dłoni wodą mineralną z butelki albo przepłukanie ich w strumieniu górskim dałoby lepszy efekt, niż te żele
Sama kiedyś namiętnie takiego specyfiku używałam ze względu na moje ustawiczne poczucie posiadania brudnych rąk (jakaś lżejsza odmiana bakteriofobii
), ale potem znajomy biolog mnie oświecił - samej jakoś mi wcześniej nie przyszło do głowy, że zabicie bakterii to przecież nie to samo co zabicie ich i usunięcie "trupków" ze skóry.
Myślałam już, że jestem jedyną osobą nastawioną sceptycznie do takich wynalazków. To co piszesz właściwie potwierdza moje przypuszczenia.