Witam,
Zapewne mój wątek nie będzie szczególnie oryginalny, no ale do rzeczy.
Kilka lat temu poznałem pewną kobietę. W zasadzie na dzień dobry zauważyłem, że jest w niej coś, co cholernie mnie kręci. Zabrałem się zatem do roboty, parę razy się spotkaliśmy, no ale z biegiem czasu rozsądkiem zaczęły władać emocje i wszystko się popieprzyło. To żenujące, jak facet potrafi się zachowywać, kiedy zadurzy się w kobiecie. Podobno mężczyźni nie potrafią ukryć dwóch rzeczy - kiedy są pijani i kiedy są zakochani;)
Nasza znajomość podupadła, w zasadzie przestała istnieć. W międzyczasie zacząłem spotykać się z inną niewiastą, która po jakimś czasie zostawiła mnie na lodzie. Jej historię pominę, bo to zła kobieta była.
Aby całkowicie nie stracić cech ludzkich i nie zgnuśnieć w mojej pustelni, wskrzesiłem znajomość. Wszystko fajnie, pięknie, wspólne wypady do kina, wspólne imprezy, wspólne wyjazdy na weekendy. Wszystko w luźnej, typowo koleżeńskiej atmosferze. Do pewnego momentu było dobrze.
Kilka miesięcy temu wyjechała do pracy zagranicę, nie miała tam w zasadzie znajomych, jej przyjaciółka, która ją tam ściągnęła okazała się osobą niewartą przyjaźni, więc z kolei znajomość między nami (czysto wirtualna) zaczęła się zagęszczać, przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Zawsze ceniła mój intelekt, mamy podobne zainteresowania, mamy o czym gadać. Dlatego też rozmawialiśmy praktycznie codziennie, poprzez gg, bo oboje preferujemy pisemną formę kontaktu. Trochę mniej fajnie się zrobiło, kiedy z tej zagranicy wróciła. Kontakt podupadł, a ja czułem, że to mi za bardzo nie pasuje, że potrzebuję jej więcej. Wie o tym, jak cholernie mi się podoba (patrz pierwszy akapit), ale jej jakoś specjalnie do mnie nie ciągnie. Spotkaliśmy się ostatnio, było kino, była rozmowa i delikatna ilość alkoholu, ale w jej mieszkaniu zobaczyłem kwiaty od jakiegoś zasranego absztyfikanta. Wyprowadziło mnie to z równowagi. Nie wiem, czy jestem w stanie kontynuować tę znajomość po prostu w formie przyjaźni, bo jak już wcześniej mówiłem - za bardzo mi się ta białogłowa podoba. Jestem już w takim wieku, że przydałby się ktoś, przy kim mógłbym się spokojnie starzeć, jakaś rodzina i dom nie tylko w sensie budynku;D Podobno jestem przystojny, intelektem też nie grzeszę. Mam dobrą pracę i jak to kiedyś mój kumpel powiedział - kobiety powinny się ustawiać do mnie sznurem. Niemniej jednak zdaję sobie sprawę ze swoich słabości, przy atrakcyjnych kobietach całkowicie tracę zimną krew i zaczynam się zachowywać nieracjonalnie. Kiedy już ochłonę, widzę swoje błędy. Wiem, że trudno będzie mi teraz ją zauroczyć, być może z kimś się już spotyka, choć otwarcie mi tego nie powie, bo wie, że strasznie mogłoby mnie to skosić. Jednak nie chciałbym odpuszczać bo jeśli to zrobię, naszą znajomość szlag trafi. Nie mam zamiaru obserwować, jak układa sobie z kimś życie, nie mam zamiaru udawać, że wszystko okej. Czułbym się wtedy upokorzony.
Spotykamy się za 3 tygodnie, zaprosiłem ją do teatru, strasznie to lubi, oboje lubimy. Nie posądzam absztyfikanta od kwiatów, aby był równie szarmancki, ale jeśli dalej będzie widziała we mnie tylko kumpla to będę musiał zawiesić broń, no przecież jej do niczego nie zmuszę.
Jak ją sobą zainteresować na miły bóg? Żeby we mnie zobaczyła faceta z prawdziwego zdarzenia a nie mięczaka, który się boi kwiatów w wazonie od obcego gościa.
Pomocy, nie chcę się starzeć w samotności;)