Witam
Ostatni rok mojego życia był zaskakujący. Wydawało mi się, że takie historie piszą w damskich gazetkach czy książkach, a tu niespodzianka od losu.
Żeby wszystko było jasne napisze po kolei. Z moją żona (Agnieszka), z którą jestem 10 lat mam 7 letnią córkę (Ulę). Mieszkamy w dość dużym domku w Poznaniu więc postanowiliśmy wynająć kilka pokoi studentom (piętro jest ich, nasz jest parter). Przez 2 lata mieszkały z nami 2 dziewczyny, z którymi nie było kłopotu. Miłe, sympatyczne, spokojne i wesołe. W ubiegłym październiku żona dostała ciekawą ofertę pracy, która wiązała się jednak z półrocznym szkoleniem (wyjazdem). Przyznam, że na początku obawiałem się czy aby dam radę sobie sam z dzieckiem oraz tymi obowiązkami w połączeniu z pracą 2 etatową. Ale uznaliśmy, że musimy spróbować. Mogłem przecież liczyć na pomoc rodziców, no i teściów. Żona wyjechała i się zaczęło...
Sam nie wiem nawet jak, ale zacząłem spędzać na piętrze swój wolny czas. A to kawa z dziewczynami, a to piwo, a to rozmowa... Żonie mówiłem, że skoro dziecko śpi to co mam się nudzić, wolałem pogadać z kimś. Ona nie widziała problemu. Z czasem zacząłem mieć bliższe relacje z jedną z nich (Zuzą) i zaczęliśmy spędzać więcej czasu we dwoje. A że mieszkaliśmy w jednym domu, to ten czas był praktycznie codziennie. Zuzka okazała się całkowitym przeciwieństwem mojej Agi, zabawna, wesoła, pełna życia. Takie połączenie dziewczęcej niewinności z dojrzałością. Podobało mi się, że świetnie się dogadujemy. Mielismy wiele tematów do rozmowy i z czasem zauważałem, że Zuzka zaczyna mi ufać. Zdobyła również zaufanie mojej córki, która ją pokochała. Gdy ja musiałem jechać na noc do pracy Zuza chętnie zostawała z małą i świetnie wychodziła jej opieka nad Ulą. Dziś musze przyznać, że sie związały bardzo ze sobą, bo mała nazywa Zuzę "kochaną ciocią". Moja żona doskonale wiedziała o tym jak spędzam czas z Zuzą i że ona opiekuje się Ulą. Czasem nawet śmiała się, że mamy nianię za darmo. Ale nie była zła o moje relacje z Zuzą, powtarzała że mi ufa i to się liczy.
Gdzieś w okolicy końca roku zdałem sobie sprawę, że zakochałem się w Zuzce. Nasze wspólne rytuały typu:poranna kawa czy wspólny obiad był standardem, bez którego nie mogłem się obejść. A sama ona zaczęła mnie fascynować. Widziałem w niej już nie koleżankę, ale prawdziwą kobietę o pięknych oczach, ślicznej buzi, delikatnym dotyku.Do dziś pamiętam jej zapach... Ale bałem się jej to wyznać. Dziewczyna jest bardzo wrażliwa, gdyż dzieciństwa to ona nie miała prawdziwego a na dodatek ostatnio chłopak ją zdradził, przez co uznała, że szybko nie bedzie miała nowego związku. Ale mi zaufała, mi zwierzyła się z problemów z kolesiem, ze smutków i nawet opowiedziała o swoich kompleksach. Zabawne było, że w Sylwestra gdy składaliśmy sobie życzenia Noworoczne (robiliśmy z żoną i lokatorkami domówkę) uścisk przyszedł nam bez większego problemu, czuliśmy to jako coś normalnego. Wtedy też pod nieuwagę żony pocałowałem Zuzę delikatnie w usta (co dla mnie też nie było niczym złym). Zuza była trochę zszokowana, ale przyznała że "problemu nie ma, jeśli to jeden raz i to z racji Nowego Roku". Czas biegł, Aga pojechała dalej na szkolenie a ja spędzałem czas z Zuzą. Kochałem ją i wszystko co było z nią związane - jej włosy, to jak robi kawę, albo jak bawi się z Ulą, jak do mnie mówi czy ogólnie jak się patrzy. Nie chciałem by się dowiedziała, ale niestety stało się. 14 lutego przyszedłem z różą do niej i jej powiedziałem. Przyznała, że wiedziała od dłuższego czasu, ale nie chciała zaczynać tematu. Zachowała się jak przystało na damę, uznała to za komplement, że ktoś darzy ją tak silnym uczuciem i jest wręcz zaszczycona, ale nie chce niszczyć mi małżeństwa ani odbierać małej ojca, bo sama go nie posiadała. Jednak będzie jej miło nadal być moją przyjaciółką. Byłem zaskoczony takim obrotem sprawy, ale cóż. Skoro jej to nie przeszkadzało to czemu nie, ja mogłem mieć ją dla siebie, choc trochę na dystans, ale lepsze to niż nic. Mijał czas, zaczęła się wiosna a wraz z nią uczucie miłości ale ze strony Zuzy. Tak, zakochała się we mnie, ale bała się mi to wyznać. Niestety uczucie było silniejsze niż się jej wydawało. Wydawało mi się, że dopóki ja ją kocham to nie ma problemu, bo żona wróci i przestanę chodzić na górę. Ale Zuza po raz kolejny okazała się dyplomatką. Uznała, że nie zamierza rozbijać mojego małżeństwa i owszem chce znajomości, ale tylko tyle. Że choć pali do mnie uczuciem to jest pewna granica, której ona nie chce złamać, bo i po co. Tak, jej miłość była delikatna ale i poważna. Wiedziała, że żony nie zostawię i nie miała z tym problemu. Swoją miłość nazwała bezpieczną, bo miała mnie zapewniać o tym, że niezależnie co się stanie ona będzie zawsze obok, jak przyjaciółką. Wiosna robiła swoje - zrzucało się ciuszki, odsłaniało ciało. No krew nie woda... Zapragnąłem jej. Już nie wystarczały mi wieczory w jej towarzystwie i siedzenie ramie w ramie na kanapie. Zamiast od czasu do czasu złapać ją za rękę pragnąłem trzymać ją w objęciach i nie puszczać. Zamiast delikatnego buziaka w policzek pragnąłem całować każdy centymetr jej ciała... No i moje marzenia się spełniły. To był jakiś wolny dzień, kiedy oboje postanowiliśmy uczcić jakiś sukces Zuzy. Wzniosłem toast raz, drugi... Sam nie wiem kiedy wypiliśmy 2 butelki wina i zaczęliśmy się całować, namiętnie bez ograniczeń. Wylądowaliśmy w łóżku...
Dalej było tak, że jak raz tak wyszło było już podobnie innym razem. Przestały między nami być hamulce, chciałem ją wziąć w ramiona - brałem, chciałem pocałować - całowałem. Wszystko uważnie, aby Ula nie widziała... Ale nie było dobrze, Agnieszka wróciła i jakoś tak dowiedziała się, że coś między mną a Zuzą wyszło. Zagroziła rozwodem, kazała się Zuzi wyprowadzić, ale ja nie chciałem. Ona jednak spakowała swoje rzeczy, pocałowała czule w czoło i powiedziała, że nie czuje żalu, po czym się wyprowadziła. Po tygodniu milczenia zadzwoniłem do Zuzi aby usłyszeć jej głos. Normalnie wpadłem jak śliwka w kompot. Zakochałem się i nie wyobrażałem sobie, aby Zuzi zabrakło w moim życiu. Tego jej głosu, tej jej delikatności, opiekuńczości, wrażliwości a przede wszystkim dobrego serca... No ale żonę też kocham, jestem z nią 10 lat, dała mi wspaniałą córkę, no i szansę... Szansa... Zabawne słowo... Po rozmowie z Zuzią doszedłem do wniosku, ze bardzo zraniłem dziewczynę. Choć wiedziała, że nigdy żony nie zostawię czuję się winny (ona nie daje po sobie poznać, że coś ją boli, ale znam ją). Powiedziała, że mi ufa, że wierzy w moje słowa, ale jest coś jeszcze... Ja pragnę szansy również od niej. Kocham ją i nie wyobrażam sobie, aby miało jej zabraknąć. Myślałem, że umiem bez niej żyć, ale niestety okazało się, że nie... Jest mi bliższa niż myślałem. Pragnę jej udowodnić, jak bardzo mi na niej zalezy, ale nie wiem za bardzo jak. Wiem, że czuje się opuszczona, bo rzadko dzwonię, ale niestety żona ma na mnie oko. Zuzia naturalnie przeprosiła za całe zamieszanie i wyjechała z miasta do dziadków...
Teraz nie wiem co począć. Kocham żonę i jej nie zostawię. Zależy mi na niej i dziękuje codziennie jej za to, że dała nam, co ja mówie mi szanse. Kwiaty, słowa, czyny - pragnę w ten sposób pokaząc, że mi na zonie zalezy. Ale kocham również Zuzię i pragnę również dostać od niej szansę, pragnę mieć pewność, że ona również mnie kocha, że nie jestem jej obojetny. Agnieszka wie o tym, że rozmawiałem z Zuzą kilka razy ale nie wie, że jej pragnę. Co jest ze mną, jestem nienormalny czy jak? Kocham jedną i drugą, każda jest przeciwieństwem... Gdyby je połączyć... ech mieszkanka wybuchowa...